Reklama

Zawsze byłem człowiekiem, który lubi mieć plan. Od naszej pierwszej randki z Kingą czułem, że pasujemy do siebie jak dwa elementy skomplikowanej układanki. Ona wnosiła do mojego życia chaos i kolor, ja dawałem jej spokój i strukturę. Przez trzy lata budowaliśmy nasz wspólny świat, cegła po cegle.

Byłem szczęśliwy

Kulminacją tego procesu miał być zakup mieszkania. Stara kamienica w centrum miasta, wysokie sufity, ogromne okna. To było nasze marzenie. Remontowaliśmy je sami, po godzinach pracy. Każda pomalowana ściana, każdy ułożony panel podłogowy był dla mnie obietnicą, że to tutaj będziemy się starzeć.

Właśnie w tym mieszkaniu, w naszym niemal gotowym salonie, zamierzałem się oświadczyć. Data była wybrana – rocznica naszego poznania. Pierścionek wybierałem przez dwa miesiące. Nie chciałem niczego ostentacyjnego. Kiedy w końcu odebrałem go od jubilera, czułem lęk, który towarzyszy najważniejszym życiowym decyzjom. Pokazałem go tylko mojej siostrze Natalii.

– Ona się popłacze – powiedziała. – Jesteście dla siebie stworzeni. Widzę, jak na ciebie patrzy. Nareszcie trafiła na kogoś, kto o nią dba.

Wiedziałem, że przed poznaniem Kinga mnie była w burzliwym związku z niejakim Arturem. Z opowieści wynikało, że był to typ niebieskiego ptaka – bez grosza przy duszy, z głową w chmurach i tendencją do wpadania w kłopoty. Kinga rzadko o nim mówiła, a jeśli już, to z pewnym smutkiem i rezygnacją. Twierdziła, że ten rozdział jest definitywnie zamknięty, a ja byłem tym, na kogo czekała całe życie.

To był przypadek

Do oświadczyn został tydzień. Siedziałem w naszym wynajmowanym mieszkaniu, próbując dopiąć budżet remontowy. Brakowało nam jeszcze kilku elementów wykończeniowych do łazienki, a ja zgubiłem gdzieś fakturę za kafelki. Wiedziałem, że Kinga robiła ostatnio przelew za transport materiałów, więc pomyślałem, że może potwierdzenie jest na jej mailu.

Jej laptop stał otwarty na stole w kuchni. Kinga brała prysznic. Słyszałem szum wody i jej fałszowanie jakiejś radiowej piosenki. Uśmiechnąłem się do siebie. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic, często korzystaliśmy ze swoich urządzeń. Podszedłem do komputera, żeby szybko sprawdzić skrzynkę odbiorczą.

Kiedy wybudziłem ekran, okazało się, że przeglądarka nie była zamknięta na poczcie, ale na stronie banku. Kinga musiała sprawdzać stan konta przed chwilą i zapomniała się wylogować. Już miałem zamknąć kartę, szanując jej prywatność, gdy mój wzrok padł na listę ostatnich transakcji. Byłem wzrokowcem, zawodowo wyczulonym na detale. Coś nie pasowało w harmonogramie wydatków.

Zobaczyłem przelew wykonany dwa dni temu. Kwota nie była astronomiczna, ale też nie mała – tysiąc pięćset złotych. Tytuł przelewu: „Pomoc – czynsz”. Odbiorca: Artur. Kursor myszki zawisł nad przyciskiem wylogowania. Mówiła, że Artur jest przeszłością. Może to pomyłka? Może zbieżność nazwisk?

Dawała mu pieniądze

Ale ciekawość i strach były silniejsze niż rozsądek. Wpisałem w pasek wyszukiwania historii operacji słowo „Artur”. Lista, która się rozwinęła, sprawiła, że musiałem usiąść na krześle. To nie był jednorazowy incydent. Przelewy pojawiały się regularnie od sześciu miesięcy. Kwoty były różne – dwieście, pięćset, czasem tysiąc złotych. Tytuły zawsze enigmatyczne: „Na leki”, „Naprawa auta”, „Ostatni raz”, „Trzymaj się”.

Szybka kalkulacja w głowie uświadomiła mi, że w ciągu ostatniego półrocza Kinga przelała swojemu byłemu chłopakowi blisko osiem tysięcy złotych. W tym samym czasie, gdy my liczyliśmy każdą złotówkę na remont, rezygnowaliśmy z wakacji i jedzenia na mieście, żeby kupić wymarzoną kanapę, ona sponsorowała życie człowieka, który rzekomo był dla niej nikim.

Woda w łazience przestała szumieć. Zamknąłem laptopa z trzaskiem. Wyszła z łazienki owinięta ręcznikiem, z turbanem na głowie, promienna i pachnąca.

– Znalazłeś tę fakturę, kochanie? – zapytała, widząc mnie przy stole.

Spojrzałem na nią i po raz pierwszy od trzech lat zobaczyłem kogoś obcego. Czy ta uśmiechnięta dziewczyna, z którą planowałem spędzić resztę życia, była doskonałą aktorką?

– Nie szukałem faktury – powiedziałem. – Zobaczyłem otwarty bank.

Byłem wściekły

Jej uśmiech zgasł w ułamku sekundy. Nie musiałem nic więcej dodawać. Wiedziała, co zobaczyłem.

– Wygląda na to, że od miesięcy utrzymujesz swojego byłego faceta. Tego samego, który podobno złamał ci serce i o którym nie chciałaś słyszeć.

– On ma kłopoty – powiedziała, wbijając wzrok w podłogę. – Stracił pracę, potem mieszkanie. Wpadł w spiralę długów. Nie ma nikogo innego. Jego rodzina się odwróciła.

– I dlatego ty musisz być jego bankomatem? – zapytałem gorzko. – Oszczędzamy na fugach w łazience, a ty wysyłasz mu półtora tysiąca na czynsz? Czy ty w ogóle myślisz?

– To była pożyczka! – krzyknęła, podnosząc wzrok. W jej oczach szkliły się łzy. – Obiecał, że odda, jak tylko stanie na nogi.

– Pożyczka? – zaśmiałem się bez wesołości. – Widziałem historię przelewów. „Ostatni raz” pojawiało się tam trzy razy. On cię doi, a ty na to pozwalasz. Dlaczego mi nie powiedziałaś?

To było najważniejsze pytanie. Pieniądze to jedno, ale tajemnica bolała znacznie bardziej.

– Bałam się – wyszeptała. – Wiedziałam, jak zareagujesz. Jesteś taki… zasadniczy. U ciebie wszystko musi być czarne albo białe. Nie zrozumiałbyś, że można komuś pomagać z litości, nie czując do niego nic więcej.

– Z litości? – powtórzyłem. – Czy na pewno tylko o litość chodzi?

Okłamywała mnie

Tej nocy spałem na kanapie. A właściwie leżałem z otwartymi oczami, wpatrując się w sufit. Moje zaufanie zostało nadszarpnięte nie przez fakt pomocy, ale przez systematyczne oszustwo. Następnego dnia mieliśmy jechać do nowego mieszkania, żeby odebrać dostawę mebli kuchennych. Atmosfera w samochodzie była gęsta.

Kinga próbowała nawiązać rozmowę, ale ja odpowiadałem półsłówkami. Czułem się oszukany. Czy nasze wspólne życie było dla niej mniej ważne niż kłopoty Artura? Kiedy dotarliśmy na miejsce, weszliśmy do pustego salonu. Świeżo pomalowane ściany w kolorze, który tak długo wybieraliśmy, nagle wydały mi się obce.

– Proszę cię, porozmawiajmy. Zablokowałam jego numer. To był ostatni przelew. Przysięgam. Nie łączy mnie z nim nic poza litością i poczuciem winy, że mi się udało, a jemu nie.

– Poczuciem winy? – oparłem się o parapet. – Dlaczego czujesz się winna?

– Bo kiedy byliśmy razem, to ja byłam tą silniejszą. Kiedy odeszłam, on się posypał. Mam wrażenie, że to przeze mnie stoczył się na dno.

– Nie jesteś odpowiedzialna za dorosłego faceta – powiedziałem twardo. – Ale jesteś odpowiedzialna za nasz związek. A w tym momencie mam wrażenie, że emocjonalnie wciąż tkwisz tam, z nim. Ratujesz go, bo wciąż jest dla ciebie ważny.

Tłumaczyła się

Kinga zaprzeczała gwałtownie, płakała, zapewniała o swojej miłości do mnie. Chciałem jej wierzyć. Tego popołudnia, kiedy montowaliśmy szafki, wydawało się, że najgorsze mamy za sobą. Obiecała, że temat Artura jest zamknięty definitywnie.

Dwa dni później byłem w pracy, kiedy dostałem powiadomienie z naszej wspólnej chmury zdjęciowej. Mieliśmy zsynchronizowane telefony, żeby łatwiej dzielić się zdjęciami z remontu. Czasami jednak technologia bywa bezlitosna. Na ekranie mojego komputera pojawił się zrzut ekranu, który Kinga zrobiła na swoim telefonie, prawdopodobnie przez pomyłkę lub żeby komuś wysłać. Był to fragment rozmowy na komunikatorze.

Data: dzisiaj rano. Artur: „Dzięki za wczoraj. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. Jesteś jedyną osobą, która mnie rozumie. On nigdy cię nie doceni tak jak ja. Pamiętasz nasz wyjazd w Bieszczady? Tęsknię za tym”. Odpowiedź Kingi: „Artur, przestań. Pomogłam ci ostatni raz. Mam swoje życie.” Artur: „Masz życie, czy masz klatkę? Wiem, że wciąż o mnie myślisz. Inaczej byś nie odpisywała”.

Kinga pozwalała mu wchodzić z butami w naszą intymność. Pozwalała mu sugerować, że nasz związek jest „klatką”. I co najgorsze – wciąż z nim rozmawiała, mimo że obiecała zablokować numer.

Nakryłem ją

Kłamstwo numer dwa. Kłamstwo, które bolało bardziej niż stracone pieniądze. Ona nie potrafiła odciąć pępowiny. Była uzależniona od bycia jego ratunkiem, a on doskonale wiedział, w jakie struny uderzyć. Grał na jej emocjach, a ona tańczyła, jak jej zagrał, jednocześnie udając przede mną idealną narzeczoną.

Wyszedłem z biura wcześniej. Musiałem to skończyć. Nie mogłem budować domu na bagnie. Wróciłem do domu, gdzie Kinga pakowała książki do kartonów. Przeprowadzka miała nastąpić za trzy dni. Wyglądała tak niewinnie, w moim starym T-shircie, z włosami spiętymi w kucyk.

– Cześć, kochanie! Wróciłeś wcześniej? – uśmiechnęła się, ale widząc moją twarz, natychmiast spoważniała.

Bez słowa wyjąłem telefon i pokazałem jej zrzut ekranu.

– Miałaś go zablokować – powiedziałem spokojnie, choć w środku się gotowałem. – Miało nie być kontaktu. A on pisze ci, że cię nie doceniam, a ty wchodzisz z nim w dyskusję.

Kinga upuściła książkę, którą trzymała w ręku.

– On groził… Musiałam odpisać, żeby go uspokoić.

– Zawsze znajdziesz wytłumaczenie, prawda? – pokręciłem głową. – Zawsze będzie jakiś powód. A prawda jest taka, że ty nie chcesz tego kończyć. Ty potrzebujesz tego dramatu. Potrzebujesz czuć się potrzebna. Ja jestem dla ciebie bezpieczną opcją, stabilizacją, domem. Ale emocje są tam, u niego.

– To nieprawda! Kocham cię! – podbiegła do mnie i próbowała mnie objąć, ale odsunąłem się.

Wszystkiemu zaprzeczyła

– Gdybyś mnie kochała i szanowała, nie robiłabyś tego za moimi plecami. Nie finansowałabyś jego życia naszym kosztem. Nie pozwalałabyś mu obrażać mnie w wiadomościach.

Sięgnąłem do szuflady ze skarpetkami. Wyjąłem aksamitne pudełeczko. Kinga wstrzymała oddech, jej oczy rozszerzyły się z nadziei i przerażenia jednocześnie.

– To miało być na sobotę – powiedziałem, ważąc pudełko w dłoni. – Planowałem to od miesięcy. Chciałem, żebyśmy weszli do nowego mieszkania jako narzeczeni.

Otworzyłem pudełko. Pierścionek lśnił niewinnie. Kinga zakryła usta dłonią, łzy płynęły jej po policzkach strumieniami.

– Tomek, błagam cię… Naprawię to.

– Nie, nie naprawisz zaufania jednym słowem – zamknąłem pudełko z głośnym trzaskiem. – Nie oświadczę ci się. Nie teraz. I nie wiem, czy kiedykolwiek.

Schowałem pierścionek do kieszeni spodni. Czułem, jak ten gest fizycznie mnie boli, jakbym wyrywał sobie kawałek serca. Ale wiedziałem, że to jedyna słuszna decyzja. Nie mogłem ślubować wierności kobiecie, która wciąż jest lojalna wobec innego mężczyzny.

– Co to znaczy? – zapytała cicho, dławiąc się łzami. – Zostawiasz mnie?

– To znaczy, że wstrzymujemy wszystko. Przeprowadzkę, plany, ślub. Potrzebuję czasu. I ty też go potrzebujesz, żeby zdecydować, czy chcesz być moją żoną, czy opiekunką swojego byłego. Nie możesz być jednym i drugim.

Tkwię w zawieszeniu

Wyprowadziłem się tego samego wieczoru do hotelu. Potrzebowałem dystansu. Następne dni były koszmarem. Kinga dzwoniła, pisała, przysyłała dowody na to, że zmieniła numer, że zerwała wszelkie kontakty. Moja siostra, kiedy dowiedziała się o wszystkim, była wściekła na Kingę, ale radziła mi, żebym nie przekreślał wszystkiego od razu.

Wróciłem do naszego nowego mieszkania sam. Usiadłem na podłodze w pustym salonie. Patrzyłem na ściany i myślałem o ironii losu. Zbudowaliśmy piękne mury, ale zapomnieliśmy o fundamencie szczerości. Minęły trzy miesiące. Nie rozstaliśmy się definitywnie, ale nie mieszkamy razem. Kinga poszła na terapię, by przepracować swój syndrom ratownika i toksyczną relację z przeszłością. Widujemy się, rozmawiamy, uczymy się siebie na nowo, ale z dużą dozą ostrożności.

Pierścionek wciąż leży w szufladzie. Nie oddałem go, ale też nie wiem, kiedy i czy w ogóle go wyjmę. Artur zniknął z naszego życia – przynajmniej taką mam nadzieję – ale cień wątpliwości pozostał. Miłość to nie tylko motyle w brzuchu i wspólne wybieranie kafelków. To przede wszystkim lojalność. A tej nie da się kupić, ani wyremontować jak starego mieszkania. Trzeba ją budować od zera, a to najtrudniejsza praca, jaką kiedykolwiek musiałem wykonać.

Tomasz, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama