Reklama

Wszystko zaczęło się w momencie, gdy drzwi zamknęły się za moją żoną i dwójką naszych dzieci, Jankiem i Zosią. Wyjeżdżali na ferie do teściów, w góry. Ja zostałem. Oficjalna wersja brzmiała, że muszę dopiąć ważny projekt w firmie i nie mogę wziąć urlopu.

Miałem plan

Agata przyjęła to z typowym dla siebie zrezygnowaniem. Ostatnio często widziałem ten wyraz twarzy – zmęczenie i rozczarowanie, które próbowałem ignorować, tłumacząc sobie, że to tylko przejściowy kryzys, zmęczenie materiału po dwunastu latach małżeństwa.

Gdy tylko silnik jej samochodu ucichł, w moim wnętrzu eksplodowała energia. Nie miałem zamiaru siedzieć nad papierami. Miałem plan, który dojrzewał w mojej głowie od miesięcy. Nasza kuchnia. To pomieszczenie było dla mnie symbolem wszystkiego, co w naszym życiu stało się chaotyczne i przestarzałe. Sosnowe szafki, które pamiętały jeszcze czasy naszych studiów, pęknięta płytka przy zlewie, którą Agata maskowała doniczką z bazylią, i ten wieczny nieporządek na blatach.

Chciałem jej dać luksus. Chciałem, żeby poczuła się jak w katalogu wnętrzarskim. Chciałem „naprawić” jej życie, tak jak naprawiałem usterki w samochodzie. Byłem przekonany, że problemem w naszym małżeństwie jest otoczenie, a nie to, co działo się między nami.

– Zrobię ci niespodziankę, kochanie – szepnąłem do pustego przedpokoju, zacierając ręce.

To była niespodzianka

Zadzwoniłem do Krzyśka, mojego znajomego, który prowadził firmę budowlaną. Był wtajemniczony. Mieliśmy dokładnie dziesięć dni. To było szaleństwo, wyścig z czasem, ale byłem zdeterminowany. Czułem się jak bohater filmu akcji, który ma misję do wykonania.

Pierwszy dzień był dniem demolki. Patrzyłem, jak ekipa Krzyśka wynosi stare szafki. Czułem satysfakcję, gdy lądowały w kontenerze podstawionym pod blokiem. Wraz z nimi znikały te wszystkie drobiazgi, które mnie irytowały. Magnesy na lodówce przytrzymujące rachunki, stare puszki po herbacie, które Agata zbierała i ten okropny, pstrokaty dywanik. W pewnym momencie Krzysiek podszedł do mnie z dziwnym wyrazem twarzy. W ręku trzymał kawałek framugi drzwiowej, którą właśnie demontowali, żeby poszerzyć wejście.

– Słuchaj, Tomek – zaczął niepewnie, drapiąc się po głowie pełnej pyłu. – Jesteś pewien, że chcesz to wyrzucić? Tutaj są te kreski… Wiesz, jak dzieciaki rosły.

Spojrzałem na drewno. Faktycznie, na boku framugi, niewidocznym na pierwszy rzut oka, były zaznaczone daty i imiona. Janek – 2 latka. Zosia – pierwszy dzień w przedszkolu. To były nasze, intymne zapiski. Przez chwilę poczułem ukłucie w sercu, ale szybko je zagłuszyłem.

– Wyrzuć to – rzuciłem stanowczo. – Robimy generalny remont. Nie ma miejsca na sentymenty. Zrobię im nową miarkę, taką profesjonalną, naklejaną na ścianę. Będzie pasować do designu.

Wyrzuciłem wszystko

Krzysiek wzruszył ramionami, ale w jego oczach widziałem cień wątpliwości.

– Jak uważasz. To twoja chata. Ale kobiety przywiązują wagę do takich rzeczy.

– Agata będzie zachwycona, że wreszcie pozbyliśmy się tej rupieciarni – zapewniłem go, bardziej przekonując samego siebie niż jego. – Ona po prostu nie ma czasu, żeby się tym zająć, więc ja biorę sprawy w swoje ręce. Męska decyzja.

Przez kolejne dni dom zamienił się w pobojowisko, ale w mojej głowie już widziałem efekt końcowy. Żadnych słoiczków na wierzchu, żadnych ściereczek w kwiatki. Zamówiłem meble na wymiar, najdroższe systemy cargo, blat z konglomeratu, który kosztował tyle, co nasze zeszłoroczne wakacje.

Wydałem oszczędności, które mieliśmy na koncie oszczędnościowym na czarną godzinę. Uznałem, że to jest właśnie ta godzina – godzina na uratowanie atmosfery w domu. W połowie tygodnia, gdy kładliśmy nowe, wielkoformatowe płytki, zadzwoniła Agata.

– Jak tam w pracy? – zapytała. Jej głos był zmęczony, w tle słyszałem krzyki dzieci.

– Dobrze, pracuję ostro – skłamałem gładko, stojąc po kostki w pyle gipsowym. – A jak wy? Odpoczywasz?

– Janek się przeziębił, a mama… wiesz, jak to mama. Ciągle pyta, dlaczego nie przyjechałeś. Uważa, że unikasz rodziny.

– Powiedz jej, że pracuję na naszą przyszłość – odparłem z dumą. – Zobaczysz, jak wrócisz. Wszystko będzie inaczej.

– Co będzie inaczej? – W jej głosie pojawiła się nuta niepokoju.

– Zobaczysz. Odpoczywaj. Kocham cię.

Byłem podekscytowany

Rozłączyłem się szybko, bo ekipa wnosiła właśnie ogromną lodówkę z kostkarką. Agata zawsze marzyła o kostkarce. A może to ja marzyłem? W tamtym momencie granica między moimi pragnieniami a jej potrzebami zatarła się całkowicie. Byłem w amoku tworzenia. Czułem, że buduję dla niej świątynię.

Kiedy wreszcie, w piątek wieczorem, ekipa wyszła, a ja zostałem sam w nowej kuchni, zaparło mi dech. Było idealnie. Nowocześnie. Jak w apartamencie w Nowym Jorku. Wszystko lśniło. Nie było śladu po dawnym, zagraconym pomieszczeniu. Czułem się zwycięzcą. Spędziłem całą sobotę na sprzątaniu każdego pyłku, układaniu nowych sztućców w idealnych przegródkach. Wyrzuciłem starą, obtłuczoną zastawę Agaty i kupiłem nową, kwadratową, pasującą do wystroju. Wstawiłem do wazonu wielki bukiet tulipanów. Byłem gotowy.

Niedzielne popołudnie. Stałem w oknie, wypatrując ich samochodu. Serce biło mi jak oszalałe. Wyobrażałem sobie te okrzyki. „Tato, ale super!” – krzyknie Janek. A Agata podejdzie, dotknie gładkiego blatu i spojrzy na mnie tym wzrokiem, którego nie widziałem od lat. Wzrokiem pełnym podziwu.

Podjechali. Wybiegłem przed dom, pomogłem z bagażami. Dzieciaki były zmęczone podróżą, marudne. Agata wyglądała na wyczerpaną.

– Cześć – pocałowała mnie w policzek. Chłodno. – Zrobiłeś ten projekt?

– Chodźcie – powiedziałem tajemniczo, biorąc ją za rękę. – Mam dla was niespodziankę. Zamknijcie oczy.

Nie podobało im się

Poprowadziłem ich do kuchni. Ustawiłem ich w rzędzie. Moje dłonie drżały z ekscytacji.

– Raz, dwa, trzy… Otwieramy! – krzyknąłem, zapalając światła.

Zapadła cisza. To nie była ta cisza, której oczekiwałem. To nie była cisza zachwytu, która odbiera mowę. To była cisza ciężka, gęsta i niepokojąca. Zosia pierwsza przerwała milczenie.

– Gdzie są moje rysunki z lodówki? – zapytała piskliwym głosem. – Gdzie jest ten z kucykiem?

– Zrobiłem wam porządek, kochanie – powiedziałem szybko. – Teraz mamy piękną, czystą lodówkę. Rysunki są w bezpiecznym miejscu.

W rzeczywistości większość z nich trafiła do kosza w ferworze walki, ocalały tylko nieliczne, schowane w szufladzie. Spojrzałem na Agatę. Stała nieruchomo. Jej twarz była blada. Oczy błądziły po pomieszczeniu, ale nie widziałem w nich radości. Widziałem przerażenie.

– Gdzie jest kredens mojej babci? – zapytała szeptem.

Chodziło jej o ten stary, drewniany mebel, który malowała własnoręcznie, zdzierając stary lakier, kiedy była w ciąży z Jankiem. Ten, który zajmował pół kuchni i do niczego nie pasował.

– Kochanie, on się tu nie nadawał – wyjaśniłem, siląc się na uśmiech. – Wyniosłem go do garażu. Możemy go komuś oddać. Zobacz, ile teraz masz miejsca! Zobacz ten blat! I zmywarka jest nowa, cichutka…

Była zawiedziona

Agata nie patrzyła na zmywarkę. Podeszła do miejsca, gdzie kiedyś była futryna drzwi. Dotknęła gładkiej, pomalowanej na szaro ściany.

– Zamurowałeś futrynę? – Jej głos drżał.

– Tak, poszerzyliśmy wejście, żeby było więcej światła.

– Tam były zaznaczone wzrosty dzieci – powiedziała, odwracając się do mnie powoli. W jej oczach zebrały się łzy, ale nie spłynęły po policzkach. Zamiast tego jej spojrzenie stwardniało.

– Zrobimy nową miarkę! – próbowałem ratować sytuację, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg. – Agata, spójrz na to całościowo. Wydałem na to majątek, pracowałem po nocach, żebyś miała luksus. Żebyś miała łatwiej.

– Nie pytałeś mnie – powiedziała cicho. – Ani razu mnie nie zapytałeś.

– Bo to niespodzianka!

– To nie jest niespodzianka. To jest inwazja – jej głos nabrał siły. – Wykasowałeś nas z tego domu. Wykasowałeś moje wspomnienia, pracę mojej babci, rysunki naszych dzieci. Stworzyłeś laboratorium, w którym nie ma dla nas miejsca. Zawsze tak robisz. Decydujesz za wszystkich, bo myślisz, że wiesz lepiej, co jest dla nas dobre.

Byłem w szoku

Czułem narastającą złość. Ja się staram, ja wypruwam żyły, ja wydaję ostatnie grosze, a ona ma pretensje o stary kredens?

– Jesteś niewdzięczna – warknąłem, a magia chwili prysła ostatecznie jak bańka mydlana. – Chciałem, żebyśmy żyli jak ludzie.

Agata westchnęła. To było głębokie westchnienie, jakby zrzucała z siebie ciężar, który nosiła od lat. Sięgnęła do swojej torebki, która wciąż wisiała na jej ramieniu.

– Planowałam porozmawiać z tobą wieczorem, na spokojnie – powiedziała, wyciągając białą kopertę. – Myślałam, że może ten wyjazd da mi dystans, że może zatęsknię. Że może, gdy wrócę, zobaczę w tobie tego mężczyznę, którego poślubiłam, a nie kierownika projektu, który zarządza rodziną jak budową.

Podała mi kopertę.

– Ale wchodzę tutaj i widzę, że nic się nie zmieniło. Nawet gorzej. Zniszczyłeś jedyne miejsce w tym domu, w którym czułam się naprawdę u siebie. Zrobiłeś to beze mnie, wbrew mnie, dla własnego ego.

Wszystko zniszczyłem

Otworzyłem kopertę drżącymi rękami. W środku był pozew rozwodowy. Data na dokumencie wskazywała, że został sporządzony dwa tygodnie temu. Jeszcze przed wyjazdem.

– Chciałam ci to dać przed feriami – powiedziała, patrząc na idealnie lśniący, grafitowy zlew. – Ale stchórzyłam. Myślałam: dam nam szansę. Zobaczę, jak będzie po powrocie. Może coś się zmieni.

– Zrobiłem to dla ciebie… – wydukałem, czując, jak w gardle rośnie mi ogromna gula.

– Nie. Zrobiłeś to dla siebie. Żebyś mógł pochwalić się przed kolegami, jaką masz nowoczesną kuchnię. Żebyś nie musiał patrzeć na bałagan, który jest po prostu śladem naszego życia.

Dzieci stały w korytarzu, ciche i przestraszone. Zosia trzymała w ręku pluszowego misia, patrząc to na mnie, to na matkę.

– Mamo, ja chcę pić – powiedział cicho Janek.

Agata odwróciła się do niego i uśmiechnęła smutno.

– Chodź, naleję ci wody.

Podeszła do szafki, otworzyła ją. Była pusta. Zapomniałem przełożyć szklanki z kartonów, które stały w garażu. W nowej, idealnej kuchni nie było w czym podać dziecku wody. To był moment, w którym zrozumiałem swój błąd. Patrzyłem na moją żonę stojącą w tej obcej, zimnej przestrzeni, którą stworzyłem. Nie pasowała tu. Jej miękki sweter, jej zmęczona twarz, jej ciepło – wszystko to gryzło się z surowym minimalizmem, który tak bardzo mi się podobał w katalogach.

Zrozumiałem swój błąd

Zrozumiałem, że przez lata naprawiałem nasze życie w ten sam sposób. Kupowałem droższe wakacje, zamiast spędzić z nią czas na rozmowie. Kupowałem nowszy samochód, żeby było bezpieczniej, zamiast zapytać, czy nie woli po prostu pójść na spacer. Zagłuszałem pustkę rzeczami. A teraz, w ostatecznym akcie desperacji, skułem tynki naszej wspólnej historii i położyłem na nich gładź szpachlową obojętności.

Agata zabrała dzieci do pokoju. Ja zostałem w kuchni. Usiadłem na nowym, designerskim hokerze, który był niewygodny i twardy. Wokół mnie panowała idealna harmonia formy i treści, zakłócona jedynie przez białą kopertę leżącą na środku wyspy kuchennej.

Spojrzałem na ścianę, gdzie kiedyś była futryna z kreskami. Przypomniałem sobie dzień, w którym zaznaczaliśmy roczek Zosi. Pamiętam, jak się śmialiśmy, bo nie chciała stać prosto. Pamiętam zapach ciasta, które wtedy piekła Agata w tym starym, piekarniku, który czasem przypalał spód. Teraz miałem piekarnik z funkcją pary i termosondą. I nie miałem dla kogo piec. Wieczorem Agata zeszła na dół. Miała spakowaną małą walizkę.

– Zabieram dzieci do mamy – powiedziała rzeczowo. – Nie mogę tu teraz być. Tu jest dla mnie za zimno.

Nie protestowałem

Zrozumiałem, że remont kuchni był tylko katalizatorem. Pokazał jej czarno na białym, że nasze priorytety rozjechały się lata temu. Ja dążyłem do perfekcji, ona szukała ciepła. Ja chciałem efektu, ona chciała treści. Kiedy wyszła, zostałem sam w domu, który nagle wydał mi się ogromny i obcy. Zapaliłem wszystkie te nowoczesne światła, listwy LED pod szafkami, podświetlenie cokołów. Kuchnia wyglądała jak z żurnala. Była piękna. Była martwa.

Patrząc na ten idealny obrazek, uświadomiłem sobie, że właśnie przeprowadziłem najdroższą i najbardziej bezsensowną destrukcję w moim życiu. Zburzyłem dom, próbując go wyremontować. Oszczędności przepadły, kredens babci stał w wilgotnym garażu, a moja rodzina była w drodze do teściowej.

Zostałem z piękną kuchnią, w której nawet woda z kranu smakowała teraz gorzko. I z papierami, które jasno mówiły, że na pewne naprawy jest już po prostu za późno. Nie da się zagruntować braku bliskości, ani zamalować braku szacunku do uczuć drugiej osoby. Czasami, chcąc zbudować coś nowego, bezmyślnie niszczymy fundamenty, na których wszystko się trzymało.

Tomasz, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama