Reklama

Spędziłem ostatnie pół roku za granicą, pracując na budowie w Norwegii. Ciężka robota, zimno, samotność. Wszystko po to, żeby zapewnić lepszy byt mojej żonie i nam – naszej przyszłości. Tęskniłem za nią jak cholera. Ostatnie tygodnie odliczałem dni do powrotu. Miałem wrócić dopiero po Nowym Roku, ale postanowiłem zrobić niespodziankę – przylecieć wcześniej, na sylwestra. Kupiłem bukiet czerwonych róż, schowałem go delikatnie do walizy i nie mówiąc nic nikomu, wsiadłem w samolot. Nie wiedziałem, że ten dzień zamiast radości przyniesie coś, co rozsypie cały mój świat na kawałki.

Myślałem, że się ucieszy

Z lotniska wsiadłem od razu w taksówkę. Kierowcy nawet nie powiedziałem, skąd wracam – tylko podałem adres i siedziałem cicho, jakbym sam siebie próbował przekonać, że to dobry pomysł. Że każda żona ucieszyłaby się na widok męża, który zjawia się z bukietem róż. W głowie układałem sobie, jak ją zaskoczę. Otworzy drzwi, a ja stanę w progu, w kurtce przysypanej śniegiem, z kwiatami. Uśmiechnie się, rzuci mi się na szyję, może się popłacze. Wyobrażałem sobie tę scenę jak z filmu.

Zatrzymaliśmy się przed naszym blokiem. Zapłaciłem, wysiadłem, poprawiłem kołnierz i wyjąłem bukiet spod kurtki. Miałem serce w gardle. Przez moment stałem na klatce i się zawahałem. Może jednak powinienem zadzwonić? Uprzedzić? Ale nie, przecież to miała być niespodzianka. Wchodząc po schodach, poczułem znajomy zapach domowych potraw. Ktoś gotował bigos z grzybami – ten zapach zawsze przypominał mi dom.

Wsunąłem klucz do zamka, cicho, jakby to była jakaś misja. Drzwi ustąpiły bez problemu. W środku było ciepło. Cisza. Tylko cicho grała jakaś znana piosenka z radia w kuchni. Uśmiechnąłem się. Była w domu. Pewnie się krzątała, nieświadoma, że właśnie wróciłem. Zdjąłem buty i ruszyłem do pokoju. Drzwi były uchylone. Z bukietem w ręce lekko je popchnąłem. I wtedy go zobaczyłem. Jakiś obcy typ. W moim szlafroku.

Głaskał ją po włosach

Stałem w drzwiach, jakby mnie ktoś wmurował. Czerwone róże wypadły mi z ręki i rozsypały się po podłodze. Żadne z nich mnie nie zauważyło od razu. Ona siedziała obok, w piżamie, z zamkniętymi oczami, a on głaskał ją po włosach. Moja żona. Mój dom.

– Co to, do cholery, ma być?! – wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć.

Podskoczyła jak oparzona. On też się poderwał, zupełnie zdezorientowany. Zakryła się poduszką, jakby to coś mogło jeszcze uratować.

– Boże… co ty tu robisz?! – wydusiła, patrząc na mnie jak na ducha.

– Wróciłem. Z Norwegii. Chciałem ci zrobić niespodziankę – powiedziałem, choć głos miałem jak obcy.

Facet spojrzał na mnie, potem na nią, i sięgnął po koszulkę. Bez słowa, jakby chciał zniknąć. Zrobił dwa kroki w stronę drzwi, ale zastawiłem mu drogę.

– Zatrzymaj się. Chcę wiedzieć, kim jesteś.

– Tomek. Pracujemy razem. Przepraszam, nie wiedziałem, że wracasz… – wymamrotał.

– To twoja linia obrony? Że nie wiedziałeś?

Nie odpowiedział. Minął mnie, po drodze niemal depcząc kwiaty. Ona siedziała skulona, blada. Nie płakała. Patrzyła tylko, jakby coś kalkulowała.

– Od jak dawna? – spytałem, a cisza, która zapadła, mówiła wszystko.

Nawet nie udawała skruchy

Usiadłem na fotelu, tym samym, na którym nie raz przysypiałem wieczorami po pracy. Ona wciąż siedziała, trzymając poduszkę jak tarczę przy sobie. Milczała. Patrzyła w przestrzeń. I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze, że gość jak się przebierał, to chyba miał moje bokserki na sobie. Ulubione z czerwonym paskiem, najwygodniejsze jakie miałem.

– Nawet mu moje gacie dałaś? – zapytałem spokojnie. Zbyt spokojnie.

Spojrzała na mnie. Przez sekundę coś jakby błysnęło jej w oczach. Wstyd? Złość? Nie wiem.

– Nie planowałam tego. To się… po prostu stało.

– Wydarzyło się?! To się nie dzieje jak ulewa. Wyszłaś do sklepu i nagle gość jest w moich gaciach w moim domu i głaszcze cię po włosach?

– Nie rób scen, proszę.

Parsknąłem śmiechem. Tak, teraz ja robiłem sceny. A ona pewnie żałowała tylko tego, że wróciłem wcześniej. Że nie zdążyła posprzątać. Może nawet miała nadzieję, że się nie dowiem.

– Czyli co? Ja tam zasuwałem po dachach, żebyśmy mogli mieć lepiej, a ty w tym czasie… robiłaś pranie i dzieliłaś się bielizną?

Zamilkła. Już nawet nie udawała skruchy. Jakby to wszystko było męczące, jakby nie miała siły się tłumaczyć.

– To nie miało się tak skończyć – powiedziała cicho.

– Ale się skończyło – odpowiedziałem.

Prawda, której się bałem

Nie pamiętam, ile czasu siedzieliśmy w tej ciszy. Wszystko, co miało znaczenie, wyparowało. Myślałem, że po tylu wspólnych latach, po planach, rozmowach, kłótniach i śmiechach – że wiem, z kim dzielę życie. Że choć jestem daleko, to ona czeka. Tymczasem czekała, owszem, ale na kogoś innego.

– Od kiedy? – powtórzyłem pytanie, już spokojniej. Nie z ciekawości. Chciałem tylko znać skalę swojego frajerstwa.

– Trzy miesiące – powiedziała. – Może cztery. Nie jestem pewna. Na początku… to było głupie. Zaczęło się od spotkań po pracy. Żarty i takie tam.

– A potem już poszłaś na całość?

– Nie tak od razu – odparła, jakby to miało cokolwiek zmienić.

Wstałem. Nogi miałem jak z waty. Przeszedłem do kuchni. Na blacie stały dwa kubki. Mój – ten z napisem „Najlepszy mąż” – i drugi, którego nie znałem. Pewnie jego. Naczynia po wspólnej kolacji. Może śmiali się, kiedy ją zjedli.

– Zawsze wiedziałam, że jesteś dobry – powiedziała zza pleców. – Nie zasługujesz na to, co się stało.

Odwróciłem się. Patrzyłem na nią, ale nie widziałem już tej samej kobiety. Obca twarz. Obce spojrzenie.

– To czemu to zrobiłaś?

– Bo przestałam czuć, że jeszcze jestem dla kogoś ważna.

Nowy rozdział beze mnie

Siedzieliśmy przy kuchennym stole, jak dwa zupełnie obce sobie byty. Mnie zżerał ból, a ją chyba… obojętność. Albo zmęczenie. Nie płakała, nie próbowała mnie przekonać, że to był błąd. Nie mówiła, że mnie kocha. Może już nie musiała. Może wiedziała, że te słowa nic nie naprawią.

– Wróciłem, bo chciałem zacząć z tobą nowy rozdział. Myślałem, że damy radę. Że jeszcze mamy czas, żeby coś naprawić w tym naszym życiu. Że może ten wyjazd coś w nas oczyści. Tymczasem ty… ty zaczęłaś już nowy rozdział beze mnie.

– Przestało mi ciebie brakować – powiedziała, cicho, niemal szeptem. – Najpierw był tylko smutek, potem przyzwyczajenie, że cię nie ma. I wtedy pojawił się on. Tomek. Nie szukałam niczego, naprawdę. Po prostu przestałam czekać.

– A nie mogłaś mi tego powiedzieć? Zamiast słać buźki w wiadomościach i udawać, że tęsknisz?

– Bo… chciałam wierzyć, że to chwilowe. Że to minie. A jakby nie minęło… to nie chciałam cię ranić.

Zaśmiałem się, gorzko.

– No to się udało.

Wstałem i spojrzałem na nią po raz ostatni jak na kobietę, którą kiedyś kochałem. Może nadal kocham. Nie wiem. Nie potrafiłem tego rozłożyć na czynniki pierwsze. Wziąłem walizkę, ubrałem kurtkę, buty.

– Nie wiem, co teraz. Gdzie pójdę. Ale nie będę spał w tym mieszkaniu. Ani dziś, ani nigdy więcej.

Otworzyłem drzwi.

– Szczęśliwego Nowego Roku – powiedziałem, nie odwracając się.

Przestałem szukać sensu

Zamieszkałem u kolegi z pracy. Dwa pokoje, głośna lodówka i kot, który nie znosi ludzi. Pierwsze dni przeleżałem na wersalce, gapiąc się w sufit. Zjadała mnie myśl, że wszystko, co budowałem, runęło w jednej chwili. A może wcześniej się sypało, tylko nie chciałem tego widzieć? Może te rozmowy, które stawały się coraz krótsze? To wymuszone „dobranoc” przez telefon? Wmawiałem sobie, że to tylko zmęczenie.

Nie wróciłem już do tamtego mieszkania. Nawet po rzeczy pojechałem, kiedy jej nie było. Zabrałem tylko to, co moje – ubrania, kilka książek, album ze zdjęciami. Nie zostawiłem kartek ani notatek. Nie było już czego wyjaśniać. Przestałem szukać sensu. Przestałem liczyć, ile dałem, a ile dostałem. Straciłem zaufanie – a kiedy ono znika, to nie zostaje nic.

Dzwoniła. Nie od razu. Po kilku dniach. Potem znowu. Napisała, że żałuje. Że nie może spać. Że Tomek nie był nikim ważnym. Nie odpisałem. Nie z dumy. Po prostu nie umiałem już znaleźć w sobie żadnych uczuć. Czułem tylko pustkę. Czasem wracam myślami do tamtego dnia. Do momentu, gdy stałem z bukietem róż pod drzwiami. Gdy wierzyłem, że czeka na mnie ktoś, kto tęsknił. I że wracam do domu. Dziś wiem, że dom to nie miejsce. To człowiek. A ja wróciłem do kobiety, która była już kimś innym. Zostałem sam. Ale wolny. I mimo wszystko… chyba silniejszy.

Marcin, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama