„Chcieliśmy wykiwać księdza przy kolędzie i narobiliśmy bigosu. Za późno zrozumiałam źródło skąpstwa męża”
„Zamknęłam drzwi i jeszcze przez chwilę stałam w przedpokoju. To jedno zdanie utkwiło mi w głowie jak drzazga. Nagle zrobiło mi się głupio, jakbyśmy zrobili coś złego. Choć przecież… to tylko pieniądze. Nie każdy daje kopertę, prawda?”.

Nie wiem, w którym momencie przestaliśmy być z Hubertem parą, a staliśmy się ludźmi mijającymi się w kuchni. Z zewnątrz wyglądamy na dobrze funkcjonujące małżeństwo: dziesięć lat razem, kredyt na mieszkanie, coroczne wakacje nad Bałtykiem. Mamy swoje rytuały – on musi wypić kawę na balkonie, nawet w listopadzie, ja w weekendy ścieram kurze w rytmie przebojów z liceum. Znamy się na wylot, a jednocześnie coraz częściej rozmawiamy głównie o rachunkach, terminach, rzeczach do załatwienia. Ostatnio czuję się jak księgowa we własnym domu, nie jak żona. Porządek i kontrola – to zawsze dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Teraz czuję głównie niepokój.
Hubert jest kierownikiem budowy, umie rozładować każdą sytuację żartem. Mówią o nim, że to „swój chłop”. Ludzie z zewnątrz widzą go inaczej niż ja – pogodny, z dystansem, opanowany. Ja widzę coraz więcej milczenia, niedopowiedzianych spraw. Żyjemy obok siebie. Czasem mam wrażenie, że bardziej się pilnujemy niż wspieramy.
W tym roku pierwszy raz postanowiliśmy nie dawać księdzu koperty podczas kolędy. Z pozoru to tylko drobiazg, ale oboje dobrze wiemy, że chodzi o coś więcej. „Zobaczymy, co zrobi. Może będzie tylko modlitwa i do widzenia” – zażartował Hubert, a ja poczułam ukłucie w brzuchu.
– W sumie… czemu mamy dawać? Nikt nie powinien się tego spodziewać z automatu – próbowałam brzmieć pewnie, jakoś to sobie wytłumaczyć.
Nie lubię tego uczucia, kiedy robię coś na przekór sobie. Niby mamy wspólny front, a jednak czułam, że coś jest nie tak. Może w nas. Może tylko we mnie.
Stresowała mnie wizyta księdza
Nadszedł dzień kolędy. Cały ranek sprzątałam mieszkanie, choć wiedziałam, że to bez sensu – przecież nikt nie sprawdza czystości parapetów. W kuchni czekała herbata i ciastka, które kupiłam specjalnie na tę okazję. Hubert chodził z pokoju do pokoju, udając, że szuka dokumentów do pracy, ale widziałam, że jest równie spięty jak ja. Co chwilę sprawdzał zegarek i wyglądał przez okno. Gdy dzwonek w końcu zadzwonił, poczułam, jak serce mi przyspiesza.
Ksiądz Michał wszedł z uśmiechem, niosąc teczkę i wodę święconą. Miał ciepły, spokojny głos. Wyciągnął rękę do Huberta, potem do mnie. Zajął miejsce przy stole, bez pośpiechu, jakby nigdzie się nie spieszył. Siedzieliśmy chwilę w niezręcznej ciszy, potem zapytał o zdrowie, o rodziców. Mówił, że teraz wszyscy gdzieś biegną, a „tak rzadko dziś ludzie mają przestrzeń na chwilę rozmowy”.
– Dziękuję, że przyjęliście mnie w tym zabieganym czasie. Ludzie dziś rzadko mają przestrzeń na chwilę rozmowy – powiedział, patrząc na mnie łagodnie.
– Dla nas to też zawsze ważny moment – wydukałam, choć sama nie wiedziałam, czy to prawda.
Modlił się spokojnie, nie odczytywał gotowych formułek. W milczeniu pokropił mieszkanie, jeszcze raz usiadł przy stole. Przez moment pomyślałam, że może naprawdę niczego się nie spodziewa, że nie czeka na kopertę. Poczułam nawet ulgę, że wszystko idzie gładko. Wreszcie wstał.
– Bóg zapłać za gościnę. Nie każdy to dziś rozumie – powiedział cicho, z jakimś smutkiem, którego nie potrafiłam nazwać.
Zamknęłam za nim drzwi i jeszcze przez chwilę stałam w przedpokoju. To jedno zdanie utkwiło mi w głowie jak drzazga. Nagle zrobiło mi się głupio, jakbyśmy zrobili coś złego. Choć przecież… to tylko pieniądze. Nie każdy daje kopertę, prawda?
Wszystko wyszło na jaw
Jeszcze przez kilka minut stałam w przedpokoju, nasłuchując kroków na klatce schodowej. Hubert zamknął drzwi do salonu i włączył telewizor, jakby chciał zagłuszyć ciszę. Usiedliśmy przy stole, herbaty już nie chciało się pić. Rozwijałam bezmyślnie papierek po ciastku, udając, że nic się nie stało. Ale to zdanie – „Nie każdy to dziś rozumie” – wracało do mnie, coraz głośniejsze, coraz bardziej uwierające.
– Dziwnie się czuję – powiedziałam w końcu. – Jakbyśmy go oszukiwali. Daliśmy mu herbatę i udawaliśmy, że wszystko gra.
Hubert nawet nie odwrócił wzroku od ekranu.
– Może ty udajesz. Ja po prostu nie mam pieniędzy na rozdawanie – rzucił chłodno.
– Serio? – parsknęłam z niedowierzaniem. – To tylko kwestia pieniędzy?
– A czego? On nawet nie mrugnął okiem. Przeszedł, pomodlił się, wyszedł. O co ci chodzi, Paulina?
Czułam, jak narasta we mnie złość, której już nie potrafiłam dłużej tłumić.
– O to, że wszystko w tym domu jest udawane! Że nawet przed sobą nie potrafimy być szczerzy. Ty nie masz pieniędzy na rozdawanie? Ciekawe, bo ja mam. A raczej miałam.
Hubert w końcu się odwrócił. Widziałam na jego twarzy coś, czego dawno nie widziałam – zaskoczenie, nawet lekki strach.
– Miałaś? To znaczy co? Masz pieniądze, o których nie wiem?
– Tak. Dorabiałam po godzinach. Kilka tysięcy miesięcznie. Ale nie chciałam ci o tym mówić, żebyś się nie czuł… gorszy.
Zapadła chwila ciszy. Potem Hubert podniósł głos.
– A ty? Ukrywasz swoje zarobki, a mnie robisz kazania?! Może sama powinnaś spojrzeć w lustro. Bo to ty chcesz udawać, nie ja.
– Dobrze, Hubert. To powiedz mi szczerze – czy naprawdę nie masz z czego dać koperty, czy po prostu nie chcesz?
Patrzył na mnie długo, w końcu westchnął ciężko.
– Nie mam. Mam długi, Paulina. O których nie miałem odwagi ci powiedzieć.
Poczułam, jakby wszystko, co znałam, zaczęło się kruszyć. Zrobiło mi się zimno. Nigdy nie sądziłam, że jeden wieczór może rozbić nas na kawałki.
Był nagle jak obcy
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak szybko wyszłam z kuchni. Trzasnęłam drzwiami, jakby to miało cokolwiek zmienić. Zamykałam się w łazience, siedząc na brzegu wanny, patrząc w kafelki. Słyszałam z salonu stłumione głosy z telewizora, ale nasze mieszkanie nagle wydawało się za małe, zbyt duszne. Próbowałam przełknąć łzy, które wcale nie były ze smutku – to była czysta wściekłość. Na siebie, na niego, na te wszystkie udawane rozmowy.
Do wieczora nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. W końcu zebrałam się na odwagę. Wróciłam do kuchni – Hubert siedział przy stole, pochylony nad jakimiś papierami. Wyglądał na człowieka starszego o dziesięć lat. Bez słowa usiadłam naprzeciwko niego. Po raz pierwszy od dawna naprawdę spojrzeliśmy sobie w oczy.
– To ile tego jest? – spytałam cicho.
Hubert odchrząknął, popatrzył gdzieś poza mnie.
– Wciągnąłem się w to po cichu. Kredyt za kredytem. Najpierw było mało. Potem… czterdzieści dwa tysiące.
Zatkało mnie. Nigdy nie sądziłam, że to może być aż tyle. On nie wyglądał jak ktoś, kto się pogubił. A jednak. Poczułam, jak moje ręce zaczynają drżeć.
– A ja… dorabiałam po godzinach. Kilka tysięcy miesięcznie. Przelewałam na oddzielne konto. Nie chciałam, żebyś się czuł gorszy. Chciałam mieć coś swojego. Chciałam czuć, że nad czymś panuję.
Hubert tylko się uśmiechnął – smutno, z jakimś zmęczeniem.
– Czyli oboje graliśmy w swoje gry.
Siedzieliśmy tak przez chwilę, jakby nagle zabrakło słów. Żadne z nas nie płakało, bo nie było już miejsca na łzy. Zostaliśmy tylko my – dwie osoby, które przez lata budowały dom na piasku.
– Co teraz? – zapytałam, ledwo słyszalnym szeptem.
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Wtedy zrozumiałam, że już nic nie będzie takie jak kiedyś.
Coś się zmieniło na dobre
Nowy dzień przywitał mnie nieprzyjemnym światłem wpadającym przez szparę w zasłonach. Leżałam w łóżku, udając, że śpię, choć od dawna słyszałam odgłosy z kuchni. Hubert wstawał zawsze pierwszy, ale dziś jego ruchy wydawały się jeszcze cichsze niż zwykle, jakby próbował nie zrobić hałasu w pustym domu. Kiedy usłyszałam szuranie krzesła, zamarłam – wiedziałam, że zostawi mi śniadanie, bo taki miał zwyczaj, niezależnie od tego, jak bardzo byliśmy na siebie źli.
Wyszłam z sypialni w piżamie, bez makijażu, czując się bardziej naga niż wtedy, kiedy świeżo po ślubie chodziłam po domu w samej koszuli Huberta. Na stole stała herbata i talerz z kanapkami. Przez chwilę zastanawiałam się, czy usiąść, czy wyjść bez słowa, ale zebrałam się w sobie.
– Zrobiłem ci herbatę – rzucił Hubert, nie patrząc na mnie, zajęty smarowaniem masła na kromkę.
– Dzięki – odpowiedziałam, biorąc kubek. Nawet to jedno słowo brzmiało obco.
Usiadłam naprzeciwko, próbując wyłowić cokolwiek w jego spojrzeniu. Milczeliśmy. Żadne z nas nie pytało o plany na dziś, o to, kiedy wrócę, o zwyczajne rzeczy. Mieszkanie, które zawsze tętniło jakąś cichą muzyką, teraz wydawało się głuche. Kiedyś śmialiśmy się z sąsiadów z naprzeciwka, którzy przestali się do siebie odzywać – siedzieli po dwóch stronach stołu jak obcy ludzie. Teraz byliśmy jednymi z nich.
Zmywałam kubek powoli, jakby od tego zależał mój los. Hubert schował się w swoim świecie – komputer, papiery, telefony. Ja udawałam, że mam coś pilnego do zrobienia w łazience, ale tak naprawdę nie miałam siły robić nic.
Prawda nas rozdzieliła
Wieczorem, kiedy dom już ucichł, a światło w kuchni rzucało żółte plamy na ścianę, Hubert przyszedł do mnie, jakby trochę skruszony, trochę nieobecny. Siedziałam na kanapie z laptopem na kolanach, udając, że pracuję. Wiedziałam, że od tej rozmowy nie ma już odwrotu – cokolwiek się stanie, nie da się wrócić do tego, co było.
– Paulina… – Hubert przysiadł się, dłonie złożył w koszyczek, jak wtedy, kiedy nie wiedział, jak zacząć. – Może powinniśmy pogadać z kimś… obcym. Terapeuta?
Spojrzałam na niego – pierwszy raz od dawna widziałam w jego oczach coś innego niż obojętność. Może strach, może nadzieję. Może żal.
– Może – odpowiedziałam po dłuższej chwili. – Ale nie wiem, czy to coś zmieni.
– Próbujmy… – Hubert próbował szukać słów. – Paulina, chcesz jeszcze być ze mną?
To pytanie wisiało nad nami jak mgła. Powinnam odpowiedzieć szybko, jak wtedy, gdy ktoś pyta o ulubiony kolor albo przepis na zupę. Ale nie byłam w stanie.
– Nie wiem. Przez tyle lat myślałam, że cię znam. A teraz patrzę i widzę kogoś obcego.
Cisza była tak gęsta, że aż dzwoniło mi w uszach. Hubert wstał, przeszedł kilka kroków i zatrzymał się przy oknie.
– Ja naprawdę… chciałem dobrze – rzucił w przestrzeń. – Po prostu za bardzo się bałem.
Nie odpowiedziałam. Bałam się, że każde kolejne słowo rozbije nas już do końca. Siedzieliśmy tak długo – dwoje ludzi w jednym mieszkaniu, którym zabrakło siły na walkę i na ucieczkę. Wiedziałam, że coś się skończyło. Nie było jeszcze decyzji, nie było pożegnań. Był tylko ten bezruch. I niewypowiedziane pytanie: czy da się naprawić coś, co było tylko iluzją?
Wszystko przez jedną wizytę
Minęło kilka dni, odkąd światło w naszym mieszkaniu stało się zimniejsze, a słowa – jeszcze bardziej ostrożne. Mieszkamy razem, śpimy w tym samym łóżku, ale czuję, że granica już została przekroczona. Od rozmowy o terapii nie padło nic ważnego. W pracy uśmiecham się do ludzi, odbieram maile, rozmawiam o wynikach kampanii, jakby nic się nie stało. W domu czuję tę samą pustkę, którą jeszcze niedawno próbowałam zagłuszyć sprzątaniem, planami na przyszłość, herbatą z cytryną.
Czasem słyszę, jak Hubert rozmawia przez telefon, próbując załatwiać kolejne sprawy związane z długami. Nie pytam już o szczegóły. On też nie pyta, czy mam jeszcze jakieś ukryte konto. Może już nie chce znać odpowiedzi, może po prostu nie ma siły na kolejne rozczarowanie. Staliśmy się dla siebie przezroczyści – mijamy się w łazience, wymieniamy kurtuazyjne uprzejmości, jakbyśmy ćwiczyli dialogi do roli, na którą nigdy nie chcieliśmy się zgłaszać.
Dziwne, jak łatwo można się rozminąć, mieszkając pod jednym dachem. Jeszcze bardziej dziwi mnie to, że jeden gest, jedno zdanie, jeden wieczór mogą wyciągnąć na powierzchnię wszystko to, czego nie chcieliśmy widzieć. Ta wizyta księdza, ten brak koperty, jedno niepozorne „Bóg zapłać za gościnę. Nie każdy to dziś rozumie” – wtedy zabrzmiało jak przytyk. Teraz wiem – to było najdelikatniejsze możliwe ostrzeżenie.
Nie wiem, co będzie dalej. Może się rozejdziemy, może będziemy próbować poskładać coś, co od dawna było tylko złudzeniem. Na razie uczę się żyć w tej ciszy, która czasem jest gorsza niż kłótnia. Już nie czuję wściekłości, nawet żalu. Została pustka – i echo słów, których wtedy nie rozumiałam.
Paulina, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pieniądze zawsze były dla nas ważniejsze niż bliskość. Nasz syn dorastał bez ciepła, bo my chcieliśmy żyć w luksusie”
- „Rzuciłam korpo, by zaznać spokoju na wsi i już żałuję. Po pierwszych dniach moje łzy padały mocniej niż śnieg za oknem”
- „Miałem 40 lat, gdy zostawiłem żonę i rzuciłem pracę. Chciałem żyć jak pączek w maśle, ale wolność odbiła mi się czkawką”