Reklama

Czasem mam wrażenie, że wszyscy dokoła mnie coś już mają. Partnera, dzieci, ślubne zdjęcia w ramkach. Ja – mam arkusze kalkulacyjne, poranną kawę i ciszę, której nie umiem już odróżnić od samotności. Pracuję w dziale marketingu w korporacji, mam trzy przenośne dyski pełne kampanii, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, i folder zatytułowany „Wakacje”, który od trzech lat jest pusty.

Nie jestem nieszczęśliwa. Przynajmniej nie w sposób, który dałoby się łatwo rozpoznać. Mam swoje małe rytuały – poranną jogę, zieloną herbatę z miodem, niedzielne maseczki i obowiązkowe rozmowy z Martą, moją współlokatorką. Pracuję, odkładam, planuję. Bezpiecznie, przewidywalnie, jak trzeba.

Nie miałam w planach rzucać się w wir emocji. Od lat nie wierzę w przypadki. Ludzie, którzy pojawiają się nagle, przeważnie niosą ze sobą jakiś chaos. A ja nauczyłam się, że z chaosu nie rodzi się nic dobrego. I może właśnie dlatego bez przekonania zgodziłam się pojechać na wieczór panieński Magdy – mojej przyjaciółki jeszcze z czasów liceum.

To miał być tylko weekend. Mały reset. Trochę wina, śmiechu i może kilka kompromitujących zdjęć. Wrócić w niedzielę wieczorem, i w poniedziałek znów siedzieć przed komputerem. Wszystko miało być bezpieczne, przewidywalne, znajome. Nie przewidziałam tylko jednego. Że poznam tam jego.

Był czarujący i chyba mnie zaczarował

– Ola, szybko, on już tu jest! – wrzasnęła Magda przez pół kuchni, trzymając w ręku lampkę z napojem. – Mój brat, Adam! Przyszedł wcześniej, miał być dopiero jutro!

Rozejrzałam się po salonie, jeszcze pełnym konfetti i bibuły, jakby zaraz miała tu wpaść ekipa z internetu. Wieczór panieński dopiero się rozkręcał – były już quizy o panu młodym, plansze z „niewinnymi pytaniami” i jedna koleżanka, która płakała, bo zerwała z chłopakiem.

Drzwi skrzypnęły i wtedy go zobaczyłam. Wysoki, opalony, z niesfornym lokiem opadającym na czoło. Miał na sobie zwykły T-shirt i dżinsy, ale wyglądał, jakby właśnie zszedł z planu sesji zdjęciowej. Podszedł do Magdy, przytulił ją mocno, a potem spojrzał w moją stronę.

– Cześć – powiedział, podchodząc. – Adam.

– Ola – podałam mu rękę. – Przyjaciółka Magdy. Od lat.

– To ty jesteś tą Olą od „tego feralnego wyjazdu do Zakopanego”? – uniósł brwi z rozbawieniem.

– Magda za dużo mówi – parsknęłam śmiechem, czując, że się czerwienię.

Wieczór płynął szybko. Adam usiadł obok mnie, rozmowa zeszła na podróże. Opowiadał o Holandii, gdzie mieszka i pracuje w branży IT, o tym, jak zimno potrafi być w Amsterdamie nawet w czerwcu. Żartował z mojego „idealnego warszawskiego akcentu”.

Był czarujący. Taki typ, który nie stara się robić wrażenia, a i tak robi.

– A ty? Też wszystko kontrolujesz, jak Magda? – zapytał nagle, nachylając się bliżej.

– Tylko siebie – odpowiedziałam, czując, jak zadrżał mi głos.

Nie wiem, o której to się stało. W pewnym momencie wszyscy już spali, a my zostaliśmy tylko we dwoje. Wpatrzeni w siebie, na zbyt małej kanapie. A potem – naturalnie, bez słów – wylądowaliśmy razem w jednym łóżku.

Witajcie dwa różowe paski

Dwa miesiące później siedziałam na podłodze w łazience, oparta o zimne kafelki, ze wzrokiem wbitym w dwa różowe paski na teście ciążowym. Nie płakałam. Przynajmniej nie od razu. Tylko patrzyłam. Może myślałam, że jeśli wystarczająco długo się wpatrzę, wszystko zniknie. Albo okaże się pomyłką. Nie znikło.

Dopiero kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, wyrwałam się z tego stuporu.

– Ola? Wszystko w porządku? – to Marta, moja współlokatorka. – Siedzisz tam już dwadzieścia minut.

– Już wychodzę – rzuciłam drżącym głosem.

Nie wychodziłam. Zamiast tego oparłam głowę na kolanach i w końcu pozwoliłam sobie na łzy. Ciche, krótkie, jakby wstydliwe. Nie miałam planu. Nie miałam nic.

Po chwili drzwi się otworzyły – zapomniałam je zamknąć na zamek. Marta weszła powoli, spojrzała na mnie, potem na test leżący obok.

– O cholera – powiedziała cicho. Usiadła obok. – To pamiątka po tej imprezie?

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam przed siebie.

– Ola… przecież wy nawet się nie znacie, prawda?

Nie wiem nawet, gdzie mieszka. Wiem tylko, że wyjechał dzień po imprezie – wyszeptałam.

– Powiedziałaś Magdzie?

Pokręciłam głową.

– Nie wiem, co robić. Ja nawet nie wiem, kim on jest… – złapałam się za głowę. – Jak mam wychować dziecko z kimś, kogo widziałam raz w życiu?

Marta objęła mnie ramieniem.

– Zacznij od oddychania. To pierwszy krok.

Chciałam się śmiać, a wyszedł ze mnie tylko żałosny szloch. Nie planowałam być mamą. Nie w ten sposób. A już na pewno nie z kimś, kto zniknął z mojego życia równie nagle, jak się w nim pojawił.

„Zrobimy, co trzeba”

– A tak w ogóle, co u twojego brata? – zapytałam niby od niechcenia, przeglądając profil Magdy.

Byłyśmy na kawie, która miała być „jak za starych czasów”, ale cały czas czułam napięcie w karku. W głowie miałam jedną myśl: „muszę się dowiedzieć”.

Magda spojrzała na mnie z uśmiechem.

Adam? Jak zwykle. Zasypany robotą. Wrócił już do Holandii, chyba tydzień po imprezie.

– Hmm, szkoda, nie pogadaliśmy nawet za długo wtedy – rzuciłam, siląc się na obojętność. – Masz do niego numer?

– Do Adama? A po co ci?

Zamilkłam. Patrzyłam na nią, próbując sklecić coś sensownego.

– Ola?

– Potrzebuję z nim pogadać – powiedziałam w końcu. – To ważne.

Magda zmarszczyła brwi, ale nie drążyła. Przesłała mi numer, a ja poczułam, jak ściska mi żołądek. Wieczorem, trzymając telefon w dłoni, zadrżałam. Napisałam najprościej, jak się dało. „Cześć, tu Ola – byłam na wieczorze panieńskim Magdy. Potrzebuję z tobą porozmawiać. To ważne”.

Nie minęła godzina, jak oddzwonił.

– Cześć… Ola? – jego głos brzmiał znajomo i obco jednocześnie.

– Tak. Dzięki, że się odezwałeś.

– Co się dzieje?

Wzięłam głęboki wdech.

Jestem w ciąży – powiedziałam szybko. – I… to twoje dziecko.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Przez chwilę myślałam, że się rozłączył.

– Jesteś… pewna?

– Tak. Nie spałam z nikim innym.

Znów cisza. Potem westchnienie.

– Muszę usiąść. Okej… wow. Dobra. Ola, nie wiem, co powiedzieć.

– Nic nie musisz. Po prostu musiałam ci powiedzieć.

Słuchaj… nie zostawię cię z tym. Po prostu… mieszkam w Holandii, moje życie jest tam. Ale… nie uciekam. Zrobimy, co trzeba.

Zakończyłam rozmowę z głową cięższą niż wcześniej. Niby miałam odpowiedź, ale nie czułam ulgi. Zamiast niej pojawił się strach. Bo właśnie zaczęło się coś, czego kompletnie nie potrafiłam nazwać.

Nie tak miało być!

Spotkaliśmy się w małej kawiarni na Powiślu, gdy wrócił. Takiej z ciepłym światłem i drewnianymi stołami, gdzie nie czuć presji, żeby się uśmiechać. Mimo to, kiedy zobaczyłam go w drzwiach, poczułam, jak spinam ramiona. Wszedł pewnym krokiem, ale jego twarz była poważna. Inna niż wtedy, kiedy się poznaliśmy.

– Cześć – podszedł i pocałował mnie w policzek, zbyt szybko, zbyt ostrożnie.

– Cześć – odpowiedziałam i usiadłam.

Zamówiliśmy kawę. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słów.

– Nie wiedziałem, że to wszystko tak się potoczy – zaczął w końcu. – Nie planowałem… Nie chcę, żebyś myślała, że to było tylko jedno wielkie nic.

– Ale tak było, prawda? – uśmiechnęłam się gorzko. – Byliśmy dla siebie kompletnie obcy.

– Może i tak. Ale teraz to się zmieniło. To też moje dziecko, Ola.

Skinęłam głową. Wiedziałam, że mówi prawdę. Tylko że prawda nie zmieniała faktu, że kompletnie się nie znaliśmy.

– Mieszkasz w Holandii. Masz tam pracę, życie. Nie będziesz co tydzień wpadał na wizyty u ginekologa – powiedziałam chłodno.

– Nie, ale mogę pomóc inaczej. Finansowo. Przylatywać. Zrobić wszystko, co się da, żebyś nie była z tym sama.

– A co z nami? Myślałeś o tym w ogóle?

Zamilkł. Oparł się na stole, spojrzał w bok.

– Nie wiem, Ola. To wszystko dzieje się za szybko. Ja… nie jestem gotowy na związek, ale chcę być ojcem.

Zabolało. Nie dlatego, że oczekiwałam wielkiej deklaracji. Chyba po prostu uświadomiłam sobie, że to będzie jeszcze trudniejsze, niż myślałam.

– Nie jestem pewna, czy chcę budować coś z kimś, kogo znam tylko z jednej nocy – wyszeptałam.

– Rozumiem. Jednak może… dasz mi szansę być obecny? Choćby tylko dla niego. Albo dla niej.

Patrzyłam na niego, nie wiedząc, co bardziej czuję: wdzięczność czy pustkę. Jedno było pewne – nie była to historia, jaką sobie kiedyś wyobrażałam.

Po tych słowach było mi lżej

Nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, jakby zmiana pozycji miała przestawić bieg mojego życia. W głowie kłębiły się myśli, które wracały w kółko: „czy dam radę?”, „czy dziecko będzie szczęśliwe?”, „czy on naprawdę będzie chciał być obecny?”. I ta jedna, której nie umiałam wyrzucić: „czy ja chcę w ogóle być z Adamem?”

Usiadłam na łóżku i spojrzałam w ciemność. Marta weszła po chwili, nie zapalając światła, tylko lekko uchylając drzwi.

– Nie śpisz?

– Nie.

– Myślałam. Wiesz… jesteś zbyt cicho, jak na kogoś, kto ma w brzuchu rewolucję.

Uśmiechnęłam się lekko. Usiadła obok mnie, podała mi herbatę.

Co siedzi w twojej głowie?

– Wszystko. Że nie znam go. Że nie wiem, czy umiem być matką. Że może powinnam była to wszystko zakończyć, zanim się zaczęło.

Marta milczała chwilę, a potem spojrzała mi prosto w oczy.

– A co mówi ci instynkt?

– Instynkt mówi, że mogę to zrobić sama. Ale serce… serce się boi.

– Wiesz, miałam kiedyś kogoś, kto obiecywał złote góry. Zniknął, zanim zdążyłam pomyśleć o wspólnym mieszkaniu. I to nie samotność mnie wtedy bolała, tylko to, że słuchałam jego potrzeb, a nie swoich.

Spojrzałam na nią z wdzięcznością.

– Chcesz rady?

– Chcę.

Zrób to po swojemu. Nie według tego, co „powinnaś”. Pomyśl o sobie. O dziecku. I przestań myśleć, że związek z kimś „bo tak trzeba” to jedyna droga.

Po jej słowach zrobiło mi się lżej. Nie dlatego, że wszystko nagle się rozjaśniło. Tylko dlatego, że zrozumiałam: wybór jest mój. A może właśnie to było najtrudniejsze.

Może to najlepsze co, ma być

Spotkaliśmy się jeszcze raz, dzień przed jego powrotem do Holandii. Było chłodno, ale siedzieliśmy na ławce w parku. On w cienkiej kurtce, ja w grubym szaliku, pod którym już nie dało się ukryć ciąży.

– Jak się czujesz? – zapytał cicho, jakby nie chciał rozbudzić zbyt wielu emocji.

– Różnie. Raz czuję się jak superbohaterka, raz jak dziecko, które się zgubiło w centrum handlowym.

Uśmiechnął się smutno.

– Wiem, że to nie jest wymarzona historia. Że cię zawiodłem, że byłem nieobecny.

– Nie zawiodłeś mnie – odpowiedziałam spokojnie. – Po prostu… życie potoczyło się, jak chciało. I chyba nie jesteśmy w miejscu, gdzie można nagle wszystko odkręcić.

Patrzył na mnie długo.

– Chcę być ojcem. Chcę znać to dziecko, znać ciebie. Ale nie będę cię do niczego zmuszał. Po prostu… jestem. Kiedy będziesz mnie potrzebować – jestem.

Przez chwilę milczeliśmy.

– To nie będzie związek – powiedziałam w końcu. – Nie teraz. Może nigdy. Ale dziecko będzie miało ojca. Jeśli ty tego chcesz.

– Chcę – odparł natychmiast. – I doceniam, że mi na to pozwalasz.

Wstałam pierwsza. Musiałam. Bo jeszcze chwila i zaczęłabym wątpić. Odprowadził mnie na przystanek. Nie było wielkich pożegnań. Tylko krótkie spojrzenie i cichy „do zobaczenia”. Wróciłam do mieszkania i pierwszy raz od miesięcy poczułam spokój. Może nie było happy endu. Może nie było ramienia, na którym mogłam zasnąć, ale była decyzja. Moja. Zaczynałam nowy rozdział. Nie wiedziałam, czy będzie łatwy. Ale wiedziałam, że go uniosę.

Ola, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama