„Chłopak zabrał mnie na ferie w Bieszczady, ale przy ognisku ogrzewał mnie ktoś inny. Tej iskry nic nie zdoła ugasić”
„Zrobiło mi się zimno, a może tylko tak sobie wmawiałam, żeby usprawiedliwić to, że zadrżałam. Patrzyłam w ogień i nie wiedziałam, co mnie bardziej przeraża: to, że z kimś obcym czuję się lepiej niż z własnym chłopakiem, czy to, że wcale nie jestem tym zaskoczona”.

- Redakcja
Z pozoru wszystko grało. Maciek był jednym z tych chłopaków, których rodzice przedstawiają znajomym z dumą: „To chłopak naszej córki – student prawa, kulturalny, przystojny, z dobrego domu”. Od ponad roku byliśmy razem. Na zdjęciach – śliczna para, na imprezach – zgodna dwójka, która rzadko się kłóci. A jednak… coś we mnie się zmieniło.
Nie potrafiłam tego nazwać. Nie chodziło o zdrady czy wielkie dramaty. Po prostu… czułam, jakbym znikała przy Maćku. Jakby moja prawdziwa wersja siebie – ta, która płacze na filmach i marzy o samotnych spacerach po lesie – nie była dla niego interesująca. A może po prostu sama przestałam być interesująca?
Miałam dziwne przeczucie
Wyjazd w Bieszczady to był jego pomysł. Prezent, totalna niespodzianka. Wszystko zorganizował: domek, znajomi, plan dnia. Ucieszyłam się, naprawdę. A potem przyszło to znajome ukłucie w sercu – że nie potrafię się tak cieszyć jak powinnam. Udawałam, że wszystko jest okej, bo przecież… przecież powinnam być wdzięczna. A może to ze mną było coś nie tak?
W aucie milczałam, patrząc za okno. Maciek coś opowiadał – podekscytowany, pełen energii – o trasach, widokach, o tym, jak dobrze nam zrobi taki wyjazd. Pokiwałam głową. Uśmiechnęłam się nawet.
– Jak ci się podoba ten plan? – zapytał w pewnym momencie.
– Super, naprawdę… – skłamałam.
Tego samego ranka pisałam do Pauliny, mojej przyjaciółki. Od razu zaczęła wypytywać o wyjazd.
– I jak? Cieszysz się, że jedziecie?
– Jasne, przecież to fajna okazja… góry, natura, reset.
– Ale?
– Ale co?
– No właśnie. Coś jest nie tak, co?
– Nie wiem. Może to ja jestem jakaś dziwna.
Nie odpowiedziała od razu. Pewnie nie chciała naciskać, a ja i tak nie miałam siły pisać dalej. Dojeżdżając w góry, czułam coś dziwnego w żołądku. To nie był stres. Raczej przeczucie. Coś się miało wydarzyć. Jeszcze nie wiedziałam co. Ale coś we mnie zaczynało pękać. Albo… budzić się?
On mnie zaintrygował
Słońce już dawno schowało się za drzewami, a powietrze zaczęło pachnieć dymem i zimnem. Ognisko strzelało iskrami, ktoś rozstawił głośniki i leciały jakieś hity sprzed dekady. Wokół panował hałas, śmiechy, ktoś krzyczał, że zgubił otwieracz. Maciek od razu wtopił się w tłum, jak zawsze. Krążył między ludźmi, ściskał się ze znajomymi, żartował z tym swoim głośnym śmiechem, który na początku mnie rozbrajał, a ostatnio tylko męczył. Miał talent do bycia wszędzie naraz, tylko nie przy mnie.
Stałam z boku, ogrzewając dłonie nad płomieniem. Ktoś obok podał mi puszkę, podziękowałam, nie miałam ochoty. Rozglądałam się, szukając choć jednego znajomego spojrzenia, które nie byłoby wymuszone. Wtedy zobaczyłam, że kawałek dalej siedzi chłopak, którego nie kojarzyłam. Miał ciemne włosy, lekko zarośniętą twarz i siedział z książką na kolanach, jakby to była najbardziej naturalna rzecz przy ognisku. Pomyślałam, że chyba nie do końca pasuje do reszty. Zupełnie jak ja.
Usiadłam obok, zachowując odległość. Spojrzał na mnie i skinął głową.
– Nie przeszkadzam?
– Nie – odpowiedział i zamknął książkę. – I tak nie mogę się skupić.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Ogień trzaskał, ktoś fałszował, grając na gitarze, a Maciek śmiał się gdzieś za plecami. Chłopak obok spojrzał na mnie jeszcze raz.
– Też jesteś tu z kimś?
Uśmiechnęłam się, trochę zaskoczona pytaniem.
– Tak, z chłopakiem. To jego pomysł.
– I co? Dobry pomysł?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie wiem. Niby wszystko okej, ale czasem mam wrażenie, że... nie pasuję tu.
Pokiwał głową. Nie zadał kolejnego pytania, nie poganiał. Przez chwilę siedzieliśmy bez słowa. To było dziwnie przyjemne.
Potem zaczęliśmy mówić o muzyce, o książkach. O tym, że czasem człowiek bardziej czuje się sobą przy kimś obcym niż z tym, z kim dzieli życie. On przyznał, że przyjechał tu przypadkiem, przez wspólnego znajomego i że nie lubi takich zlotów. Że nie wie, po co w ogóle tu siedzi, chociaż teraz zaczyna to nabierać sensu.
Spojrzałam na niego i zrozumiałam, że widzę coś, czego dawno nie widziałam u Maćka – spokój. Taki, przy którym nie trzeba udawać, że się dobrze bawisz. Taki, przy którym nikt nie ocenia, że siedzisz cicho. Zrobiło mi się zimno, a może tylko tak sobie wmawiałam, żeby usprawiedliwić to, że zadrżałam. Patrzyłam w ogień i nie wiedziałam, co mnie bardziej przeraża: to, że z kimś obcym czuję się lepiej niż z własnym chłopakiem, czy to, że wcale nie jestem tym zaskoczona.
Myślami byłam gdzie indziej
Obudziłam się wcześnie, chociaż nie spałam dobrze. Przewracałam się z boku na bok, słyszałam chrapanie z sąsiedniego pokoju i odgłosy czyjegoś wstawania. Maciek spał jak zabity, nawet nie drgnął, kiedy wymknęłam się z domku.
Na zewnątrz powietrze było ostre, czyste. Zatrzymałam się przy barierce tarasu i spojrzałam na drzewa, na ich nieruchome sylwetki w porannym świetle. Wszystko wydawało się spokojniejsze niż wczoraj. Słychać było tylko skrzypienie śniegu pod butami i odległe rozmowy, jakby świat wracał powoli do życia.
Przy śniadaniu pojawiłam się jako jedna z pierwszych. W kuchni pachniało kawą. Usiadłam przy stole, oparłam łokcie o blat i czekałam, aż ktoś się pojawi. Po chwili usłyszałam kroki. To był on, Wojtek. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się lekko i usiadł po drugiej stronie stołu.
– Dzięki za wczoraj – powiedział cicho.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na niego przez chwilę, próbując zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. To nie był flirt, nie była to żadna romantyczna scena. Po prostu poczułam się z kimś blisko. I nie chciałam, żeby to minęło.
– Ja też dziękuję – odparłam po chwili.
Potem przyszedł Maciek, jak zwykle rozgadany, z kubkiem kawy w ręce. Zajął miejsce obok mnie, rzucił kilka żartów, próbował mnie rozśmieszyć. Przytaknęłam, nawet się uśmiechnęłam. Było w tym coś fałszywego.
W drodze powrotnej Maciek trzymał mnie za rękę. Jechaliśmy w milczeniu, radio grało coś cicho w tle. Zerknęłam na nasze dłonie. Niby wszystko było jak zawsze, ale ja byłam już gdzie indziej. Miałam wrażenie, że trzymam rękę kogoś, kogo udawałam, że kocham, choć wcale nie byłam tego taka pewna.
Nie potrafiłam patrzeć mu w oczy. Wpatrywał się w drogę, czasem zerkał na mnie z uśmiechem. A ja miałam wrażenie, że z każdym kilometrem oddalam się coraz bardziej. Z tamtej rozmowy, z tamtego ogniska, z tamtej ciszy nie wróciłam taka sama. Po powrocie do mieszkania Maciek rzucił torbę na podłogę, przeciągnął się i powiedział:
– Fajnie było, nie?
– Mhm – mruknęłam, nie podnosząc wzroku.
Fizycznie byłam obok. Ale myślami siedziałam znów na ławce przy ognisku. Czułam tamten spokój, tamto spojrzenie, przy którym nie musiałam być nikim więcej, niż jestem.
Nie potrafiłam już udawać
Minął tydzień. Siedem dni, gdy każdy poranek zaczynał się tak samo – z uczuciem ciężaru, którego nie dało się strząsnąć. Budziłam się obok Maćka, ale nie czułam, że obok kogoś jestem. Czasem próbował mnie objąć, czasem coś mówił przez sen, ale ja już nie czekałam na te momenty. Czekałam, aż wyjdzie z domu.
W pracy nie mogłam się skupić. W tramwaju patrzyłam przez szybę, a jedyne, co naprawdę mnie obchodziło, to czy Wojtek coś napisał, czy może wrzucił coś na swój profil w internecie. Ale on milczał, a ja milczałam jeszcze bardziej.
Maciek tego nie zauważał. Robił kolację, puszczał seriale, komentował sceny jakby nigdy nic. Raz nawet zapytał, czy nie chciałabym gdzieś wyskoczyć w weekend – może znów w góry. Powiedziałam, że nie wiem. Nie potrafiłam już udawać. Nawet nie próbowałam.
Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy stole i jedliśmy makaron, coś we mnie się przełamało. Odłożyłam widelec. Serce waliło mi jak młotem, ręce miałam lodowate.
– Muszę ci coś powiedzieć.
Podniósł wzrok znad talerza. Widać było, że się zaniepokoił. Chciał coś powiedzieć, ale go uprzedziłam.
– Chcę to zakończyć.
Wbił we mnie wzrok, jakby nie zrozumiał.
– Co?
– Nasz związek. Już tego nie czuję. Próbuję, naprawdę próbowałam, ale to nie ma sensu. Przepraszam.
Zamilkł. Patrzył na mnie, jakby nie wiedział, kim jestem. A potem odsunął krzesło i wstał.
– To przez kogoś?
Pokręciłam głową, choć nie wiedziałam, czy kłamię.
– Nie. To przez to, że nic nie czuję.
Wzruszył ramionami, jakby chciał sięgnąć po coś, co właśnie mu uciekało.
– Przecież wszystko było dobrze. O co chodzi?
– Właśnie o to. Że było tylko „dobrze”. A ja nie chcę tylko dobrze.
Nie podnosił głosu, nie robił scen. Po prostu patrzył na mnie z niedowierzaniem. Wyszłam z jego mieszkania godzinę później. Wzięłam tylko to, co najpotrzebniejsze. Nawet się nie obejrzałam. A kiedy zamknęły się za mną drzwi, zaczęłam drżeć. Na ulicy przystanęłam. Świat wydawał się zbyt jasny, zbyt głośny. Nie płakałam. Szłam przed siebie, ale każda komórka mojego ciała krzyczała. Nie ze strachu. Z powodu ulgi. I z poczucia winy.
Czekałam na coś innego
Zaczęły się dni, których nikt nie pokazuje w filmach. Bez katharsis, bez muzyki w tle. Tylko cisza. Rano kawa, którą i tak wylewałam do zlewu. Praca, podczas której moje ciało siedziało przy biurku, ale myśli błąkały się gdzie indziej. Wieczory, gdy zamiast kolacji był chleb z masłem i siedzenie w ciemności.
Nie miałam odwagi powiedzieć Paulinie, co się stało. Bałam się jej pytań. Tego: „Zerwałaś z Maćkiem? A Wojtek? Co z nim?”. Bo nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wojtek milczał. Od czasu ogniska nie napisał ani słowa. Próbowałam udawać, że mnie to nie rusza. Przewijałam media społecznościowe, patrzyłam, czy był aktywny, czy ktoś go oznaczył. Raz, przez ułamek sekundy, myślałam, że widzę jego zdjęcie z jakąś dziewczyną. Później okazało się, że to nie on. Ale ten moment wystarczył, żebym nie mogła spać przez kolejną noc.
Kilka razy pisałam do niego wiadomość. Nigdy jej nie wysłałam.
„Cześć. Nie wiem, czy pamiętasz mnie z Bieszczad…”. Skasowane. „Od tamtej nocy nie mogę…”. Skasowane. „To może brzmieć dziwnie, ale…”. Też skasowane. Telefon zawsze miałam pod ręką, nawet kiedy wychodziłam do pracy. Włączałam dźwięk, chociaż nikt nie dzwonił. Gdy w końcu pojawiło się powiadomienie – wiadomość z nieznanego numeru – serce mi przyspieszyło. To był spam.
Upłynął miesiąc. Po Maćku nie zostało nic poza cieniem winy i kilkoma ubraniami, których zapomniałam mu oddać. Włożyłam je do torby i schowałam do szafy. Nie wiedziałam, czy po nie wróci. Czasem miałam nadzieję, że nie, a czasem chciałam, żeby stanął w drzwiach i zapytał: „Dlaczego?”. Ale najbardziej czekałam na coś innego.
Tego dnia, kiedy nie spodziewałam się już niczego, usłyszałam dźwięk wiadomości. Spojrzałam na ekran i zatrzymałam wzrok. To była wiadomość od Wojtka.
Coś we mnie drgnęło
„Myślałem o Tobie”. Tylko tyle. Bez emotek, bez wyjaśnień, bez podpisu – ale wiedziałam, że to od niego. Palce zawisły nad klawiaturą. Tyle razy wyobrażałam sobie ten moment, a teraz nie wiedziałam, co odpisać. „Ja o Tobie też” – napisałam i wysłałam, zanim zdążyłam się przestraszyć.
Przez kilka minut nic. Potem kolejne powiadomienie. „Nie wiedziałem, czy pisać. Chyba bałem się, że tylko ja to czułem”. „Nie tylko Ty” – odpowiedziałam od razu.
Zaczęliśmy rozmawiać, jakby ten miesiąc milczenia był tylko pauzą. Pytał, jak się czuję. Odpowiedziałam, że dziwnie lekko, a jednocześnie jakby pusto. Napisał, że rozumie, bo sam miał podobnie. Zapytałam, czemu wtedy nie odezwał się od razu. Odpisał: „Bałem się, że to była tylko jedna rozmowa przy ognisku. Że to nic nie znaczyło”. „Dla mnie znaczyło wszystko”.
Nie było między nami wielkich słów, żadnych obietnic. Byliśmy ostrożni. Po kilku godzinach napisał: „Może kawa? Na spokojnie, bez presji”. „Chcę Cię zobaczyć”.
Spotkaliśmy się trzy dni później. Przyszedł wcześniej, siedział już przy stoliku. Ubrany zwyczajnie, jak wtedy. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się lekko i wstał. Nie przytulił mnie, ja go też nie, ale w jego oczach była ta sama cisza, która wtedy sprawiła, że poczułam się bezpieczna.
Nie musieliśmy niczego ustalać. Nie było „czy jesteśmy razem”, „co teraz zrobimy”. Był spokój i ulga. I spojrzenia, które trwały dłużej, niż powinny. Wieczorem, leżąc w łóżku, nie rozmyślałam, co będzie dalej. Nie analizowałam. Nie bałam się, że to się skończy, bo nic jeszcze się nie zaczęło. Ale coś we mnie drgnęło.
W końcu jestem sobą
Spotykaliśmy się powoli, ostrożnie, bez deklaracji. Czasem tylko na kawę, czasem na spacer po parku, bez dotyku, bez wielkich rozmów. Ale każde spotkanie zostawało ze mną na długo. Wojtek nie próbował mnie naprawiać ani rozbawiać. Po prostu był.
Nie mówiłam Paulinie, że z kimś się widuję. Nie chciałam nic tłumaczyć. Zresztą nie umiałabym. To nie była jeszcze relacja, a może już nie tylko znajomość. Przestrzeń pomiędzy. I w tej przestrzeni zaczęłam czuć coś, czego brakowało mi przez ostatnie miesiące – siebie.
Maciek napisał tylko raz, krótko: „Mam Twoją bluzę. Podrzucić?”. Odpisałam, że może ją zatrzymać. Nie chciałam go widzieć. Może był dobrym człowiekiem, może nawet lepszym ode mnie. Ale to już nie miało znaczenia. Byłam mu wdzięczna za wszystko, także za to, co się nie udało.
Na jednym ze spacerów Wojtek się zatrzymał. Nie patrzył mi w oczy, ale zapytał:
– Co czujesz?
Nie odpowiedziałam od razu. Dopiero po chwili, spokojnie:
– Jeszcze nie wiem. Ale wreszcie coś.
Uśmiechnął się i nic nie powiedział. Przeszliśmy przez pasy, a potem weszliśmy do parku. Zaczynało padać, ale nie chciało mi się wracać.
Może to nie była historia o miłości. Może tylko o tym, jak człowiek budzi się ze snu, w którym wszystko było poprawne, ale nic nie było prawdziwe. Nie wiem, co będzie dalej. Nie muszę wiedzieć. Wystarczy, że teraz czuję. I że nie jestem już sama, a przede wszystkim, że w końcu jestem sobą.
Wioleta, 25 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teść myśli, że jestem potulną synową i będę żyć pod jego dyktando. Grubo się myli, bo ja nie dam sobie w kaszę dmuchać”
- „Myślałam, że z teściową nadajemy na tych samych falach. Wystarczyło 1 zdanie, abym szybko odkryła jej prawdziwą twarz”
- „Byłem na samym dnie, gdy niespodziewanie przyszło wybawienie. Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem, ale nie żałuję”