Reklama

Z Jędrkiem zarabialiśmy naprawdę solidne pieniądze, choć nikt by tego po nas nie powiedział. Mimo to nasze mieszkanie wyglądało tak, jakby ktoś dawno temu zapomniał je odświeżyć, a samochód, którym jeździłam, trzeszczał przy każdym zakręcie.

Udawanie, które zaczęło mnie drażnić

Najbardziej dotkliwe było to udawanie przed innymi. W pracy wszyscy wiedzieli, że mój mąż prowadzi firmę, a ja od lat trzymałam się wysokich stanowisk w tej samej korporacji. Nikt nie mówił tego wprost, ale czułam, jak patrzą na mnie z przekonaniem, że żyję na poziomie. Pewnego dnia, podczas przerwy na kawę, siedziałam z Olą i dwójką nowych analityków. Żartowali o swoich ratach, o podwyżkach, o tym, jak każdy grosz znika szybciej, niż się pojawia. W końcu Ola spojrzała na mnie z uśmiechem.

– No, a ty? – zapytała. – Wy z Jędrkiem to pewnie odkładacie jak szaleni.

Zawahałam się, potem spuściłam wzrok na kubek.

– Wiesz, każdy ma swoje wydatki – mruknęłam. – U nas to różnie bywa.

Ola uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Poczułam jednak, jakby ktoś dotknął miejsca, o którym nie chciałam mówić. Bo prawda była taka, że oszczędzaliśmy aż za bardzo. Każdą większą rzecz do kupienia musiałam uzasadniać, tłumaczyć, negocjować.

Tego wieczoru, kiedy wróciłam do domu, Jędrek siedział w salonie nad stosami papierów.

– Słuchaj – zaczęłam niepewnie – ludzie myślą, że mamy luksusowe życie.

– I bardzo dobrze – odpowiedział spokojnie. – Niech myślą, co chcą.

– Ale to nie jest prawda, Jędrek.

– A musi być?

Usiadłam naprzeciwko niego.

– Czuję się, jakbym ciągle musiała kłamać.

– Nie kłamiesz. Chronisz nas.

Nie potrafiłam powiedzieć, które słowo bardziej mnie zabolało: „chronisz” czy „nas”. Bo kiedy patrzyłam na naszą odpadającą ze ściany farbę, skrzypiącą podłogę i starą kanapę, czułam, że to wszystko mało przypomina dom ludzi, którzy żyją spokojnie i bezpiecznie.

Wtedy pierwszy raz zaczęło do mnie docierać, że jego strach stał się częścią mojego codziennego życia. I że ja wcale nie chciałam być jego kolejnym elementem ochrony.

Mieszkanie, które żyło własną przeszłością

Każdego dnia, kiedy wracałam z pracy, widziałam to samo: obdrapane drzwi wejściowe, klatkę schodową wymagającą malowania i nasze mieszkanie, które bardziej przypominało muzeum rzeczy, których nikt nie chciał już używać. Wchodziłam, zdejmowałam buty i natychmiast czułam ciężar miejsca, które zatrzymało się w czasie.

Pewnego wieczoru zatrzymałam się w przedpokoju i po prostu przyglądałam ścianie. Farba odchodziła płatami – większymi niż tydzień wcześniej. Weszłam do kuchni i otworzyłam szafkę, której drzwiczki opadały coraz niżej, bo zawias dosłownie błagał o wymianę. Westchnęłam.

– Jędrek – zawołałam. – Możemy to w końcu naprawić?

Przyszedł, oparł się o framugę.

– Zawias?

– Zawias, ściany, podłoga, wszystko. To mieszkanie się sypie.

– Jest funkcjonalne – odpowiedział spokojnie. – Nie musimy robić rewolucji.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

– Ale my mamy pieniądze, Jędrek. Stać nas na remont. Stać nas na nowe meble.

– I po co? – wzruszył ramionami. – Żeby wyglądać na bogaczy?

Podeszłam do niego bliżej.

– Nie chcę wyglądać na bogaczkę. Chcę normalnie żyć.

– Normalnie? – uniósł brwi. – Przecież żyjemy normalnie.

Wtedy otworzyłam drzwi do salonu, który pamiętał początki naszego małżeństwa. Kanapa z zapadniętym środkiem, meblościanka, którą Jędrek kiedyś dostał od ciotki, dywan z przetartymi brzegami.

– To jest normalnie?

Uśmiechnął się niezręcznie.

– Ludzie żyją gorzej.

– A dlaczego my mamy żyć gorzej, skoro możemy lepiej?

Zrobił krok do tyłu, jakby to pytanie go zraniło.

– Bo wolę, żebyśmy byli bezpieczni.

A ja po raz pierwszy poczułam, że bezpieczeństwo w jego rozumieniu coraz bardziej przypominało zamknięcie. Mieszkanie nie było już tylko miejscem – stało się symbolem tego, jak bardzo pozwalałam mu sterować moim życiem.

Sekretne auto

Najdziwniejsza w całej naszej „strategii oszczędzania” była sprawa samochodu. Mój stary, srebrny hatchback ledwo trzymał się kupy. Kiedy odpalałam go rano, brzmiał tak, jakby błagał o emeryturę. Raz nawet urwała mi się osłona pod silnikiem i wlokła się po asfalcie, wzbudzając zainteresowanie całej ulicy.

Pewnego piątkowego popołudnia Jędrek oznajmił nagle:

Jedziemy na chwilę. Muszę ci coś pokazać.

Zdziwiłam się, ale wsiadłam do mojego „klamota”. Po dziesięciu minutach byliśmy na zamkniętym, strzeżonym parkingu podziemnym po drugiej stronie miasta.

Zaprowadził mnie do boksu numer 27, wpisał kod i podniósł bramę. Wewnątrz stał nowy, czarny sedan – błyszczący, elegancki, pachnący jeszcze fabryką.

Kupiłem go pół roku temu – powiedział, jakby to była drobna sprawa.

– Kupiłeś samochód i mi nie powiedziałeś? – wykrztusiłam.

– Nie chciałem, żebyś jeździła nim na co dzień.

– Przepraszam, jak to… dlaczego?

Wsiadłam do środka. Skórzana tapicerka, duży ekran, wszystko idealne.

– Bo ten samochód przyciąga uwagę – odpowiedział spokojnie. – A my nie możemy przyciągać uwagi.

– Czyli kupiłeś auto, którego nie wolno nam używać?

– Nie „nie wolno”. Po prostu… nie powinniśmy na co dzień nim jeździć.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Ale ja jeżdżę złomem, który może się rozpaść na autostradzie.

– No i dobrze. Wtedy nikt nie pomyśli, że mamy pieniądze.

Oparłam głowę o zagłówek, czując mieszankę irytacji i żalu.

– Jędrek… to nie jest normalne.

– To jest ostrożne – poprawił mnie.

On naprawdę wierzył, że luksusowy samochód jest zbyt ryzykowny, a zepsuty – bezpieczny. W tamtej chwili zrozumiałam, że nie chodzi o pieniądze, tylko o filozofię życia, której ja nie umiałam już przyjmować.

Goście, których „nie wypadało” zapraszać

Najbardziej dokuczliwa była samotność w naszym mieszkaniu. Odkąd z Jędrkiem zamieszkaliśmy razem, nigdy nie miałam odwagi zaprosić kogokolwiek do środka. Zawsze znajdował się jakiś powód, by przełożyć spotkanie, zaproponować kawę na mieście albo udawać, że mamy remont w planach. W końcu sama zaczęłam wierzyć w tę wymówkę, choć jedyne, co naprawdę było „w planach”, to jego strach.

Pewnego dnia Dorota zadzwoniła do mnie po pracy.

– Słuchaj, wpadniemy z Piotrem wieczorem. Dawno się nie widzieliśmy, a wy ciągle tylko praca–dom–praca.

Zatkało mnie.

– Dzisiaj? – zapytałam, choć wiedziałam, że nie o to chodzi.

– No tak. Przywieziemy ciasto.

Kiedy weszłam do mieszkania, Jędrek siedział na kanapie i oglądał program o zabezpieczeniach domowych.

Dorota chce do nas wpaść. Dzisiaj – powiedziałam.
Spojrzał na mnie jak na osobę, która wypowiedziała groźne hasło.

– Absolutnie nie.

– Dlaczego?

– Bo nie wiem, czy mogę im zaufać.

– Dorocie? Przyjaźnimy się od dziesięciu lat.

– Ludzie się zmieniają. A poza tym… – przesunął wzrokiem po salonie. – Zobaczą, jak mieszkamy.

– No właśnie. To chyba nic złego?

Zacisnął szczęki.

– Jeśli zobaczą, że żyjemy skromnie, zaczną dopytywać. Jeśli zobaczą, że mamy coś wartościowego, mogą o tym mówić innym. A to prosta droga, żeby ktoś się nami zainteresował.

Usiadłam przy stole i przetarłam twarz dłońmi.

– To nie jest życie, Jędrek. To zakład karny bez krat.

– To ostrożność – powtórzył kolejny raz.

Popatrzyłam na naszą kuchnię: zardzewiałe uchwyty, pęknięty blat, wyblakłe rolety.

– My nie żyjemy ostrożnie – wyszeptałam. – My żyjemy jak ludzie, którzy boją się cienia własnych pieniędzy.

W końcu zadzwoniłam do Doroty i powiedziałam, że „coś nam wypadło”. Jej zawiedzone „szkoda” brzmiało w mojej głowie jeszcze długo po zakończeniu rozmowy.

Nic nie rozumie

Prawdziwy przełom przyszedł niespodziewanie, chociaż dojrzewał we mnie od dawna. Był zwykły wtorkowy wieczór. Wróciłam wcześniej z pracy, bo czułam, że muszę w końcu wyrwać z siebie słowa, które od miesięcy dusiłam. Jędrek siedział przy stole i przeglądał zestawienie inwestycji, jakby było jego osobistą tarczą ochronną.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam, stając w drzwiach.

– O czym? – nawet nie podniósł głowy.

– O tym, jak żyjemy. A właściwie… jak nie żyjemy.

W końcu spojrzał na mnie.

– Znowu to samo?

– Tak, znowu. Bo nic się nie zmienia.

Usiadłam naprzeciwko niego.

– Powiedz mi szczerze. Kiedy będziemy mogli normalnie funkcjonować? Kiedy będziemy mogli kupić sofę, która się nie zapada? Zaprosić znajomych? Pojechać gdzieś razem?
Jędrek westchnął z irytacją.

– Jak będę pewien, że jesteśmy zabezpieczeni.

– Ale my jesteśmy zabezpieczeni! – podniosłam głos. – Mamy oszczędności, inwestycje, twoje projekty, moje premie. Czego ci jeszcze potrzeba?

Spokoju – odparł. – A spokojem jest to, że nikt nie widzi, co mamy.

Oparłam łokcie o stół i spojrzałam mu prosto w oczy.

– A ja chcę żyć. Nie liczyć każdego spojrzenia sąsiada. Nie bać się, że ktoś zobaczy droższy czajnik i zacznie plotkować. Nie chcę odgrywać biedniejszej wersji siebie.
– To nie jest odgrywanie – powiedział sztywno. – To strategia.

Przez chwilę milczeliśmy. Wtedy zapytałam:

– A co z dzieckiem? Przecież kiedyś rozmawialiśmy o rodzinie.
Jędrek zmrużył oczy.

– Teraz? Nie czas na takie ryzyko. Dziecko to ogromne koszty.

– Myślisz, że dziecko to „ryzyko”?

Te słowa utkwiły mi w głowie jak drzazga. Wstałam od stołu.

– Nie mogę tak dłużej – powiedziałam spokojnie. – Nie chcę być elementem twojego systemu zabezpieczeń. Chcę być twoją partnerką. A nią od dawna nie jestem.

Jędrek tylko patrzył, jak odchodzę, jak zabieram płaszcz, torbę, jak zamykam za sobą drzwi. A ja wiedziałam, że tym razem nie mówię w emocjach. Tym razem naprawdę dotarłam do granicy, której nie potrafiłam przesunąć jeszcze dalej.

Wolność bez strachu

Wyprowadziłam się tydzień później. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, kilka książek, parę ubrań i album ze zdjęciami. Wynajęłam małą kawalerkę w niskim bloku na obrzeżach miasta. Nie była luksusowa, ale była moja. Biała, świeżo malowana, z nową podłogą, która nie skrzypiała przy każdym kroku.

Pamiętam pierwszą noc. Siedziałam na łóżku z kubkiem herbaty i słuchałam ciszy. Nie tej ciężkiej, przesiąkniętej strachem, jaką czułam u Jędrka. Ciszy lekkiej, jakby ktoś otworzył okno i wpuścił powietrze do środka mnie samej.

Następnego dnia kupiłam kanapę. Najzwyklejszą, szarą, wygodną. Zapłaciłam kartą, bez poczucia, że robię coś zbyt ryzykownego. Kiedy przyszła, usiadłam na niej i roześmiałam się sama do siebie. Dotarło do mnie, że po raz pierwszy od dawna wydałam pieniądze tak, jak chciałam – nie jak „powinnam”.

Po kilku dniach zadzwoniła Dorota.

– Możemy cię odwiedzić?

Uśmiechnęłam się szeroko.

– Jasne. Zapraszam.

Przyszli w sobotę. Siedzieliśmy razem, śmialiśmy się, rozmawialiśmy o głupotach. I nikt nie robił zdjęć, nikt nie zaglądał w kąty, nikt mnie nie oceniał.

Nie wiem, jak teraz potoczy się jego życie. Może nadal siedzi w naszym dawnym mieszkaniu, licząc, ile ryzyka niesie każdy nowy zakup. Może z czasem zrozumie, że w imię bezpieczeństwa straciliśmy coś dużo większego.

Ja natomiast poczułam, że w końcu jestem wolna. Nie od biedy, bo nigdy jej nie było. Wolna od lęku, który nie był mój. Bogactwo to nie liczby na koncie. Bogactwo to możliwość życia tak, jak chcemy. I ja w końcu zaczęłam to robić.

Lidia, 35

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama