„Chrzciny mojej siostrzenicy okazały się kulinarną klapą. Sytuację uratowała ciotka Teresa i jej makaron ze śledziami”
„Stół zaczął się zapełniać. Ktoś rzucił, że takiego bufetu nawet catering by nie zrobił. Patrzyłam na to wszystko z poczuciem dumy. Zamiast obrażonych min i pustych talerzy mieliśmy gwar, śmiech i stoły uginające się od improwizowanych potraw”.

- Redakcja
Kiedy Ania, moja siostra, poprosiła mnie, bym została chrzestną Oliwii, pomyślałam, że to dla mnie zaszczyt i pretekst, żeby wbić się w nową sukienkę i poczuć jak gwiazda rodzinnego wydarzenia. Kocham tę małą od pierwszej chwili, gdy zobaczyłam jej pomarszczoną buźkę w szpitalu.
Byłam dumna
Uroczystość w kościele przebiegła jak z folderu reklamowego: biała sukienka Oliwii, uśmiechnięci rodzice, wzruszeni dziadkowie, a ja, dumnie trzymająca świecę, czułam się jak druga matka. Potem wszyscy przenieśliśmy się do domu mojej siostry. Stół nakryty białym obrusem, krzesła przewiązane satynowymi wstążkami… można by pomyśleć, że weszliśmy w sam środek programu kulinarno-dekoratorskiego.
Byłam pewna, że zaraz zjawi się dostawa z półmiskami pachnących potraw. Ale zegar na ścianie tykał coraz głośniej, a na stole, poza bukietami kwiatów, stały tylko karafki z sokami i winem. Patrzyłam na to z rosnącą ciekawością. Goście rozmawiali jeszcze w miarę wesoło, ale głodny gość to zły gość – a w tym towarzystwie mieliśmy już pierwsze symptomy wilczego głodu.
– Catering już w drodze? – zapytałam Anię.
– Wszystko pod kontrolą – odparła, choć jej uśmiech był nieco sztywny.
– Wiesz… jeszcze chwila i ciocia Teresa zacznie smażyć jajecznicę w obronie honoru kuchni.
– Na pewno zaraz będą – wtrącił Marek, mój szwagier. – Może utknęli w korku.
Czuliśmy już głód
Godzina 14:30. Zegar w salonie tykał jakby złośliwiej niż zwykle. Rozmowy przy stole zaczynały cichnąć, dzieci kręciły się niespokojnie, a jeden z małych kuzynów zapytał głośno, czy jest coś do jedzenia. Dało się wyczuć, że cierpliwość gości powoli się kończy.
– Anka, powiedz, że to żart i zaraz wpadnie tu pięć tac z jedzeniem – zaczęłam.
– Dorota… oni pomylili datę. Mają zamówienie wpisane na jutro.
– Co?! Przecież dzwoniłaś do nich w środę!
– Dzwoniłam, potwierdzałam…
Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, do kuchni wszedł Marek.
– Co się dzieje? – spytał.
– Catering ma przyjechać… jutro – odparłam, unosząc brew.
– No pięknie – westchnął.
Wiedziałam, że jeśli teraz nie ruszymy, za dziesięć minut atmosfera stanie się nie do zniesienia. Złapałam Anię za łokieć i pociągnęłam w stronę drzwi.
– Chodź, trzeba działać. Ciocia Teresa już pewnie ma w głowie awaryjny plan – powiedziałam, próbując dodać jej energii.
Miała plan
Nie pomyliłam się. W kuchni, jak generał przed bitwą, stała ciotka Teresa z rękami opartymi o biodra.
– No i co? Catering nie dojechał? – rzuciła od progu. – Wiedziałam! Dobra, mamy makaron, trochę wędliny i ogórków, a poza tym pyszne śledzie mojej roboty. Zrobię makaron ze śledziem.
– To ja lecę po świeże pieczywo i może jakieś sery – odezwał się wujek Staszek, który już zakładał kurtkę. – Sklepik przy stacji jest otwarty.
Zaczęło się prawdziwe zamieszanie. Anka, choć wciąż blada, zaczęła kroić warzywa, a ja obierałam jajka tak szybko, jakby od tego zależało powodzenie całej operacji.
– Dorota, a może zrobimy koreczki? – podsunęła ciotka, wyciągając z szafki jakieś ozdobne patyczki do koreczków. – Jak się ładnie ułoży na półmisku, to będzie wyglądało jak z katalogu.
– Jasne, i do tego sos chrzanowy, żeby nikt się nie domyślił, że to improwizacja – przytaknęłam.
Wrócił wujek Staszek obładowany reklamówkami. Z dumą wyciągał kolejne zakupy: kilka puszek fasolki, parówki, krakersy, a nawet słoik grzybków marynowanych.
Uratowała sytuację
Kuchnia zamieniła się w scenę z programu kulinarnego, tylko w wersji rodzinnej i dużo głośniejszej. Na każdym wolnym fragmencie blatu coś się działo – ciotka Teresa robiła swój słynny makaron ze śledziem, Anka mieszała wielką miskę sałatki, a ja smarowałam krakersy pastą z fasoli.
– No patrz – mruknęła Ania, wrzucając ostatnią porcję fasolki do miski – w życiu bym nie wymyśliła, żeby na chrzcinach podać makaron i śledzie, a tu ludzie się cieszą.
– Bo los chciał, żebyś miała najbardziej oryginalne chrzciny w mieście – zaśmiałam się, ustawiając na półmisku koreczki z szynki, sera i marynowanych grzybków.
Stół zaczął się zapełniać. Ktoś rzucił, że takiego bufetu nawet catering by nie zrobił. Patrzyłam na to wszystko z poczuciem dumy. Zamiast obrażonych min i pustych talerzy mieliśmy gwar, śmiech i stoły uginające się od improwizowanych potraw. Czułam, że właśnie odmieniliśmy przebieg tego dnia. Przyjęcie nabrało takiego tempa, że nikt już nie pamiętał o porannym kryzysie. Anka, z rumieńcami na policzkach, rozglądała się po pełnym salonie. Jej uśmiech był już prawdziwy, a nie wymuszony.
– Może powinnam od razu zrezygnować z cateringu – przyznała półgłosem. – Patrz, ile radości mamy z tego chaosu.
Była szczęśliwa
Ktoś zaproponował, żeby stworzyć rodzinny zeszyt z przepisami z chrztu Oliwii, a wujek Staszek obiecał, że przyniesie na następną okazję własnoręcznie wędzoną kiełbasę. Patrzyłam na to wszystko z poczuciem, że czasem najlepsze wspomnienia rodzą się z rzeczy, które początkowo wyglądają jak katastrofa. Kiedy wszyscy podnosili kieliszki, żeby wznieść toast za zdrowie Oliwii, pomyślałam, że ten dzień zapisze się w historii naszej rodziny na długo.
Pod koniec wieczoru obserwowałam, jak ostatni goście zbierają się do wyjścia. Dzieci zasnęły na kanapie, przykryte kocem, a Marek wynosił do kuchni puste talerze, które jeszcze kilka godzin temu były wypełnione naszymi awaryjnymi rarytasami. Anka przysiadła obok mnie.
– Wiesz co… może ten catering był nam w sumie niepotrzebny – powiedziała. – Dawno się tak nie śmiałam.
– W takim razie następnym razem zamów od razu catering u ciotki Teresy – odparłam.
Zaśmiałyśmy się obie, a ja pomyślałam, że choć dzień zaczął się od nerwów i pustych talerzy, skończył się pełnym brzuchem, ciepłem w sercu i historią, którą będziemy opowiadać jeszcze wiele razy. I może właśnie o to chodzi w takich rodzinnych uroczystościach – żeby były nasze, z całym tym nieprzewidywalnym urokiem.
Dorota, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po 40 latach ciułania w końcu kupiliśmy dom. Miał być naszym azylem, ale dzieci panoszyły się w nim jak u siebie”
- „Nauczycielką byłam 1 dzień, bo moje serce oblało egzamin. Dałam uczniowi korepetycje z wychowania do życia w rodzinie”
- „Młody kochanek doił mnie z kasy, a ja plotłam, że miłość nie zna wieku. Odarł mnie nie tylko z pieniędzy, ale i godności”