Reklama

Wszyscy oczekiwali ode mnie łez, rozpaczy i rzucania się na trumnę, bo przecież byliśmy małżeństwem z czterdziestoletnim stażem. A ja, stojąc nad świeżym grobem męża, czułam jedynie dziwny, niepokojący spokój, który z minuty na minutę zamieniał się w ulgę. Przez dekady byłam kucharką, sprzątaczką, praczką i logistykiem na pełen etat we własnym domu, spychając swoje potrzeby do najciemniejszego kąta. Dopiero teraz, kiedy zostałam sama w wielkim, pustym mieszkaniu, uczę się oddychać własnym powietrzem i po raz pierwszy od lat piję kawę wtedy, kiedy mam na to ochotę, a nie wtedy, gdy ktoś mi na to pozwoli.

Odetchnęłam

Pamiętam ten pierwszy wieczór po pogrzebie. W domu pachniało ciężkimi, duszącymi perfumami kuzynek, które przyjechały z drugiego końca Polski, żeby sprawdzić, czy odpowiednio celebruję żałobę. Kiedy ostatni goście wyszli, a moja córka zapytała po raz dziesiąty, czy na pewno nie chcę, żeby została ze mną na noc, poczułam, jak mięśnie karku wreszcie mi się rozluźniają. Zapewniłam ją, że sobie poradzę. Że muszę pobyć sama. Monika patrzyła na mnie z troską, w której czaiło się niezrozumienie, ale w końcu zamknęła za sobą drzwi. Usiadłam w jego fotelu. W wielkim, skórzanym tronie, który zajmował centralne miejsce w salonie i do którego nikt poza nim nie miał prawa się zbliżać. Ryszard zawsze powtarzał, że to jego azyl, że skóra dopasowała się do jego kręgosłupa i jak ktoś inny usiądzie, to zepsuje profilowanie.

Oparłam głowę o zagłówek. Było mi wygodnie. Zegar na ścianie tykał miarowo, a ja uświadomiłam sobie, że nie muszę patrzeć na wskazówki. Była dziewiętnasta trzydzieści. Przez czterdzieści lat o tej porze musiała być podana kolacja. Nie o dziewiętnastej dwadzieścia, nie o dziewiętnastej czterdzieści. Punktualnie. Ryszard nie krzyczał, kiedy kanapki spóźniały się o pięć minut. On po prostu wzdychał. To było to ciężkie, pełne wyrzutu westchnienie męczennika, który ciężko pracuje na utrzymanie rodziny i nie może liczyć nawet na odrobinę szacunku w postaci punktualnego posiłku. To westchnienie było gorsze niż awantura. Wierciło dziurę w brzuchu i sprawiało, że czułam się jak mała, niezdarna dziewczynka. Teraz siedziałam w jego fotelu, patrzyłam na zegar i czułam dziką satysfakcję. Nie byłam głodna. Nie musiałam iść do kuchni kroić chleba w idealnie równe kromki, smarować ich masłem tak, by pokrywało każdy milimetr pieczywa, i układać wędliny w wachlarzyk. Mogłam siedzieć. Mogłam nic nie robić. Cisza w domu nie była przerażająca, jak straszyli mnie wszyscy wokoło. Była aksamitna.

Nie potrafiłam kłamać

Dwa dni później Monika wpadła bez zapowiedzi. Miała klucze, więc weszła do środka, niosąc siatki z zakupami. Znalazła mnie w kuchni, kiedy jadłam jogurt prosto z kubeczka, stojąc przy oknie. Była trzynasta.

– Mamo, co ty robisz? – zapytała, stawiając zakupy na stole.

W jej głosie brzmiało napięcie.

Jem śniadanie – odpowiedziałam spokojnie, oblizując łyżeczkę.

O trzynastej? I tylko jogurt? Przecież tata zawsze dbał, żeby w domu był porządny, dwudaniowy obiad. Powinnaś o siebie dbać, teraz musisz mieć siłę.

Spojrzałam na moją dorosłą córkę. Miała trzydzieści pięć lat, własną rodzinę i etat w korporacji. Kochała ojca. Dla niej Rysiek był wzorem stabilności. Nie widziała tego, co działo się w czterech ścianach, kiedy gasły światła przyjęć rodzinnych. Dla niej dwudaniowy obiad był symbolem domowego ogniska. Dla mnie był symbolem zniewolenia.

–Kochanie – powiedziałam powoli, odstawiając pusty kubeczek do zlewu. – Nie chce mi się gotować. Przez lata gotowałam wielkie gary zupy, lepiłam pierogi, tłukłam kotlety w niedzielę rano, żeby zdążyć przed sumą. Tata lubił tradycyjną kuchnię. Ja nienawidzę zapachu smażonego smalcu.

Monika zamarła. Nigdy wcześniej tego nie powiedziałam na głos. Zawsze potulnie stałam przy kuchence, włączając wyciąg na najwyższe obroty, żeby Rysiek nie narzekał, że jego koszule przejdą zapachem jedzenia.

– Mamo... to brzmi, jakbyś się cieszyła, że go nie ma – szepnęła, a w jej oczach pojawiły się łzy.

To był ten moment, w którym powinnam była zaprzeczyć. Powinnam ją przytulić i powiedzieć, że bredzę, że to szok po stracie. Jednak nie potrafiłam kłamać. Bo wreszcie czułam, że odzyskuję kontrolę nad własnym życiem. Nie powiedziałam jej wprost, że się cieszę. Powiedziałam tylko:

– Jestem po prostu zmęczona. Zmęczona obsługiwaniem innych.

Rósł we mnie bunt

Wspomnienia wracały do mnie falami, ale nie te dobre, które zazwyczaj pokazuje się w filmach o wdowach. Nie wspominałam naszych wakacji w Bułgarii czy pierwszych randek. Wspominałam codzienność, która zaciskała się na mojej szyi jak pętla. Pamiętam dzień, w którym chciałam zapisać się na kurs ceramiki. To było dziesięć lat temu. Dzieci już dawno wyprowadziły się z domu, byłam na wcześniejszej emeryturze. Miałam czas. Znalazłam pracownię niedaleko nas, zajęcia odbywały się we wtorki i czwartki wieczorem. Kiedy powiedziałam o tym Ryśkowi przy kolacji, nawet nie podniósł wzroku znad talerza.

– Ceramika? – zapytał, przeżuwając schabowego. – A po co ci to? Będziesz lepić krzywe garnki, które potem trzeba będzie gdzieś trzymać? Mamy pełną zastawę, niczego nam nie brakuje.

Chciałam zrobić coś dla siebie. To kreatywne – próbowałam się bronić, choć czułam, jak mój entuzjazm topnieje.

– We wtorki są mecze – uciął krótko. – Kto poda herbatę? Kto przygotuje przekąski, jak przyjdzie Zbyszek? Daj sobie spokój. Na starość ci się w głowie przewraca. Lepiej byś okna umyła, bo smugi są od tygodnia.

Nie zapisałam się. Umyłam okna. I tak znalazł smugi, których nie było.

Moje życie składało się z setek takich mikroskopijnych rezygnacji. Nie mogłam czytać książek w łóżku, bo światło lampki nocnej go raziło, nawet jeśli spał odwrócony plecami. Nie mogłam spotykać się z koleżankami w domu, bo Rysiek nie lubił, jak obce baby gdaczą mu nad uchem. Mogłam wychodzić, oczywiście, ale zawsze musiałam być z powrotem przed jego powrotem z pracy, żeby dom lśnił, a obiad parował na stole. Byłam menadżerką jego wygody. Niewidzialną ręką, która usuwała kurz, zanim zdążył osiąść, i prasowała koszule tak, by żaden kant nie śmiał się załamać.

Teraz patrzyłam na stertę jego koszul w szafie i czułam, jak narasta we mnie bunt. Zaczęłam je pakować do worków na śmieci. Nie zamierzałam robić z sypialni mauzoleum.

Bałam się krytyki

Tydzień po pogrzebie spotkałam na klatce schodową panią Jadwigę, sąsiadkę z dołu. To starsza kobieta, która zawsze wiedziała wszystko o wszystkich. Spodziewałam się, że zacznie mnie pocieszać albo wypytywać o rentę rodzinną, ale ona spojrzała na mnie swoim bystrym wzrokiem i uśmiechnęła się lekko.

Widzę, że zmieniła pani fryzurę – zauważyła.

Odruchowo dotknęłam włosów. Rzeczywiście, wczoraj byłam u fryzjera. Ścięłam moje długie, siwe włosy, które Rysiek kazał mi upinać w kok, bo twierdził, że krótkie fryzury są dla mężczyzn. Teraz miałam modnego boba.

– Tak, pomyślałam, że czas na zmiany – odpowiedziałam niepewnie.

I bardzo dobrze. Bardzo dobrze. Wygląda pani na dziesięć lat młodszą. I jakoś tak... jaśniejszą na twarzy.

Zaskoczyło mnie to. Myślałam, że ludzie będą mnie oceniać. Że zobaczą we mnie bezduszną kobietę, która zamiast nosić żałobę w sercu, biega do fryzjera.

Mąż... mąż wolał długie – wydukałam, czując potrzebę wytłumaczenia się.

Pani Jadwiga machnęła ręką.

– Chłopy to zawsze wiedzą najlepiej, co dla nas dobre, dopóki sami nie muszą sobie uprasować gaci. Mój stary też taki był. Jak umarł pięć lat temu, to przez pierwszy miesiąc płakałam, a przez kolejne lata dziękowałam Bogu, że wreszcie mogę oglądać seriale bez jego komentowania. Niech się pani nie wstydzi, pani Halinko. Życie jest dla żywych.

Te słowa były jak balsam. Pani Jadwiga zrozumiała mnie lepiej niż własna córka. Zaprosiłam ją na kawę. Przesiedziałyśmy trzy godziny, śmiejąc się i jedząc ciastka, które kupiłam w cukierni. Mąż przewracałby się w grobie, słysząc nasze rozmowy, ale ja czułam, że po raz pierwszy od lat mam prawdziwą przyjaciółkę.

Wiedziałam, że muszę to powiedzieć

Sielanka nie mogła trwać wiecznie. Monika przyjechała w sobotę, żeby pomóc mi ogarnąć dokumenty. Kiedy weszła do sypialni i zobaczyła puste półki, zbladła.

– Mamo! Co ty zrobiłaś? Gdzie są rzeczy taty? – krzyknęła, otwierając szeroko szafę.

– Oddałam je potrzebującym. Część wyrzuciłam – odpowiedziałam spokojnie, segregując papiery na biurku.

– Minęły dopiero dwa tygodnie! Jak mogłaś? Przecież to jego zapach, jego historia! Chciałam wziąć jego sweter na pamiątkę, ten szary, który tak lubił!

– Ten szary sweter był gryzący, a twój ojciec go nienawidził. Nosił go tylko dlatego, że dostał go od ciebie – powiedziałam. – Poza tym te rzeczy tylko zajmowały miejsce. Tata już ich nie potrzebuje. Ja potrzebuję przestrzeni.

Jesteś bezduszna! – wybuchnęła, a w jej głosie słyszałam ten sam ton, którym mąż egzekwował posłuszeństwo. – Zachowujesz się, jakbyś tylko czekała, aż on umrze. Jakby ci przeszkadzał! On cię kochał, pracował na ten dom, dbał o nas! A ty wyrzucasz go z pamięci jak stary mebel!

Wstałam. Czułam, jak drżą mi ręce, ale wiedziałam, że muszę to powiedzieć. Muszę postawić granicę, której nie stawiałam przez całe małżeństwo.

– Usiądź – powiedziałam stanowczym głosem, którego sama u siebie nie znałam.

Monika opadła na brzeg łóżka.

– Twój ojciec dbał o dom, to prawda. Nigdy nam niczego nie brakowało. Jednak czy ty wiesz, ile razy dziennie słyszałam, że robię coś źle? Czy wiesz, że bałam się kupić sobie nową bluzkę, bo zaraz byłoby pytanie, po co mi ona, skoro siedzę w domu? Czy wiesz, że przez czterdzieści lat nie miałam ani jednego dnia urlopu? Kiedy chorowałam z grypą i miałam czterdzieści stopni gorączki, on pytał, gdzie są jego czyste skarpetki, bo w szufladzie się skończyły. Nie zrobił mi herbaty. Nigdy.

Monika patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

To nieprawda... Tata był... specyficzny, ale...

– Był wymagający, a ja spełniałam te wymagania kosztem samej siebie. Kochałam go na swój sposób, przyzwyczaiłam się do niego. Jednak teraz, kiedy go nie ma, odkrywam, że całe życie tkwiłam w klatce. Złotej, czystej, zadbanej, ale klatce. Nie wyrzucam go z pamięci. Wyrzucam z domu ten rygor, który wprowadził. Chcę w tej szafie powiesić swoje kolorowe sukienki, których nigdy nie kupiłam, bo on wolał szarości i beże. Rozumiesz?

Córka milczała przez długą chwilę. Widziałam, jak walczą w niej dwa obrazy ojca: ten idealizowany, widziany oczami dziecka, i ten prawdziwy, o którym opowiadała jej matka. W końcu wstała i podeszła do mnie. Nie przytuliła mnie, ale położyła mi rękę na ramieniu.

– Ten szary sweter... może i tak był już zniszczony – powiedziała cicho. – Ale zostaw mi, chociaż jego zegarek.

– Zegarek leży na komodzie. Weź go – odpowiedziałam.

Postawiłam na siebie

Miesiąc później zrobiłam coś szalonego. Wykupiłam wycieczkę do sanatorium. Do Kołobrzegu. Ryszard nienawidził morza. Twierdził, że piasek włazi wszędzie, woda jest zimna, a ryby śmierdzą. Jeździliśmy tylko w góry, gdzie on mógł chodzić po szlakach, a ja musiałam taszczyć plecak z prowiantem i słuchać narzekań, że idę za wolno. Spakowałam walizkę. Tylko moje rzeczy. Wzięłam ze sobą sztalugę i farby. Tak, zapisałam się na ten kurs malarstwa tydzień po pogrzebie. Okazało się, że mam całkiem niezłe wyczucie koloru. W pociągu patrzyłam na mijane krajobrazy i czułam się tak, jakbym miała znowu dwadzieścia lat. Obok mnie siedziała młoda dziewczyna, która czytała książkę. Uśmiechnęłam się do niej.

Piękny dzień na podróż, prawda? – zagadnęłam.

– Tak, chociaż trochę wieje – odpowiedziała uprzejmie.

– Niech wieje. Wiatr jest dobry. Wywiewa stare myśli – powiedziałam i sama zdziwiłam się mądrością tego stwierdzenia.

W Kołobrzegu spacerowałam po plaży godzinami. Wiatr targał moją nową fryzurę, a ja nie martwiłam się, że wyglądam nieporządnie. Jadłam gofry z bitą śmietaną i owocami na obiad, zamiast rosołu. Wieczorami siadałam na balkonie w pensjonacie i malowałam zachód słońca. Moje obrazy nie były idealne, były pełne ekspresji, trochę chaotyczne, ale były moje. Pewnego dnia zadzwoniła Monika.

– Dajesz sobie radę? – w jej głosie wciąż słyszałam nutę kontroli, którą odziedziczyła po ojcu, ale była już słabsza.

Jest cudownie, córeczko. Właśnie idę na dansing – rzuciłam wesoło.

– Na dansing? Ty? Przecież tata zawsze mówił, że nie umiesz tańczyć.

– Tata się mylił w wielu kwestiach – odpowiedziałam i się rozłączyłam.

Nie czułam się winna

Kiedy wróciłam do domu, mieszkanie wydało mi się inne. Nie było już przytłaczające. Zaczęłam planować remont. Chciałam przemalować salon na jasny, pastelowy kolor, wyrzucić te ciężkie, brązowe meble i wstawić coś lekkiego. Może białą witrynę na moją ceramikę? Tak, bo na ceramikę też się zapisałam. Zaczęłam zapraszać ludzi. Nie rodzinę, która przychodziła tylko z obowiązku, ale nowe koleżanki z kursu, sąsiadkę Jadwigę, a nawet tę panią z biblioteki, z którą zawsze ucinałam sobie miłe pogawędki. Mój dom zaczął tętnić życiem, ale innym niż kiedyś. To nie było życie podporządkowane harmonogramowi i etykiecie. To było życie pełne śmiechu, okruchów na stole, których nie musiałam natychmiast sprzątać, i rozmów, które nie kończyły się kłótnią o politykę. Pewnego wieczoru, siedząc w tym nieszczęsnym, wielkim fotelu Ryśka, który postanowiłam jednak zostawić jako swoiste trofeum, spojrzałam na jego zdjęcie stojące na komodzie. Wcześniej bałam się tego wzroku. Teraz patrzyłam na niego bez lęku.

– Wybacz, Rysiu – powiedziałam na głos do fotografii. – Byłeś dobrym człowiekiem, na swój sposób. I ja też jestem człowiekiem. I wreszcie daję sobie do tego prawo.

Nie czułam już winy. Czułam wdzięczność za lata, które przeżyliśmy. Jednak przede wszystkim czułam wdzięczność za to, co mam teraz. Za ciszę, która nie jest pustką. Za samotność, która jest wolnością. Za to, że mogę być sobą, a nie tylko „żoną Ryszarda”. Monika powoli zaczyna to akceptować. Ostatnio wpadła i zamiast krytykować bałagan na stole, powiedziała:

– Ładnie tu teraz, mamo. Tak... jaśniej.

To było dla mnie najważniejsze świadectwo. Jestem wdową. I nie wstydzę się powiedzieć, że to najlepszy etap mojego życia. Nie dlatego, że cieszę się ze śmierci męża, ale dlatego, że wreszcie cieszę się własnym życiem.

Helena, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama