Reklama

Kiedyś myślałam, że na starość będę odpoczywać. Kawa na balkonie, książka, może jakieś zajęcia w domu kultury. Tymczasem w każdą sobotę słyszałam ten sam dźwięk – dzwonek do drzwi i ciężkie torby stawiane z westchnieniem na podłodze. Moja córka uśmiechała się wtedy szeroko, jakby przyjechała w odwiedziny. A ja czułam, że znów zaczynam kolejny dyżur przy pralce.

Pozwalałam jej za zbyt wiele

Pierwszy raz przywiozła pranie kilka lat temu.

– Mamo, pralka mi się zepsuła. Mogę wrzucić u ciebie? – zapytała wtedy lekko, jakby chodziło o pożyczenie cukru.

– Oczywiście – odpowiedziałam bez zastanowienia. – W końcu, od czego ma się matkę?

Naprawa pralki przeciągnęła się o tydzień. Potem o miesiąc. W końcu przestałam pytać, czy już działa. Zrozumiałam, że nawet jeśli działa, to i tak torby będą przyjeżdżać. W każdą sobotę sytuacja wyglądała podobnie. Dzwonek, szybkie pocałowanie mnie w policzek i charakterystyczny szelest foliowych toreb.

– Tylko dwa prania, mamo. Naprawdę niewiele – mówiła Magda, zsuwając płaszcz.

Otwierałam torby i widziałam sterty ubrań: jej, zięcia, wnuków. Ręczniki, pościel, bluzy, spodnie. Zawsze więcej, niż zapowiadała.

A czemu nie wstawisz u siebie? – odważyłam się kiedyś zapytać.

– Mamo, wiesz, jak ja pracuję. Wracam zmęczona, dzieci mają zajęcia. U ciebie jest szybciej, a poza tym… twoja pralka lepiej pierze.

To „lepiej” zabolało mnie najbardziej. Jakby moje życie miało się teraz sprowadzać do jakości wirowania. Stałam przy pralce, wsypywałam proszek i patrzyłam, jak bęben się obraca. Woda chlupotała, a ja myślałam o tym, że Magda mieszka piętnaście minut ode mnie. Ma nowe mieszkanie, sprzęty na gwarancji. A ja, emerytka z bolącymi plecami, znów rozwieszałam koszule jej męża. Któregoś dnia spróbowałam postawić granicę.

– Magda, może czasem sama byś nastawiła u siebie pranie? – powiedziałam spokojnie, gdy odbierała wyprasowane rzeczy.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Mamo, naprawdę robisz z tego problem? Przecież to tylko pranie.

Tylko pranie. Dla niej – drobiazg. Dla mnie – sobota poświęcona na sortowanie, suszenie, prasowanie. Zamiast spaceru z koleżanką czy wizyty w bibliotece. Najgorsze było to, że kiedy wychodziła, dziękując w biegu, ja zostawałam w ciszy z pustym koszem i poczuciem, że znów pozwoliłam się zepchnąć do roli, której nie chciałam. Kochałam córkę, ale coraz częściej miałam wrażenie, że jestem dla niej bardziej pralnią niż matką. A przecież to ja ją uczyłam samodzielności.

Nie chciałam jej stracić

Wszystko we mnie buzowało, ale milczałam. Do czasu. Przełom przyszedł w niedzielę, kiedy zaprosiłam Magdę z rodziną na obiad. Chciałam, żeby to był zwyczajny dzień – rosół, pieczony kurczak, szarlotka. Wnuki biegały po mieszkaniu, zięć przeglądał coś w telefonie, a Magda siedziała przy stole i opowiadała o pracy.

– Wiesz, mamo, ja naprawdę nie mam, kiedy odetchnąć – westchnęła teatralnie. – Ciągle coś. Dobrze, że chociaż z praniem mi pomagasz.

Poczułam, jak ściska mnie w środku.

– Pomagam? – powtórzyłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

– No tak. Przecież to ogromne ułatwienie.

– Magda, ja mam sześćdziesiąt osiem lat – powiedziałam cicho, ale wyraźnie. – I też mam swoje życie.

Przy stole zapadła cisza. Nawet wnuki spojrzały na mnie zaskoczone.

Mamo, nie przesadzaj – odpowiedziała po chwili, marszcząc brwi.

– Nie przesadzaj? – podniosłam głos, choć rzadko mi się to zdarzało. – Spędzam nad tym pół dnia. Prasuję koszule twojego męża. Składam pościel. A ty mówisz, że to drobiazg.

Zięć odchrząknął i wstał od stołu.

– Może ja zacznę to robić u nas – rzucił niepewnie.

Magda spojrzała na niego ostro.

– Daj spokój, przecież mama lubi mieć zajęcie.

Te słowa uderzyły mnie najmocniej.

– Nie, nie lubię. Lubię czytać. Lubię spotykać się z koleżankami. Lubię mieć wolną sobotę.

Patrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła obcą osobę. Jakby pierwszy raz dotarło do niej, że nie jestem dodatkiem do jej planu dnia.

– Czyli co? Mam sobie radzić sama? – zapytała chłodno.

– Tak – odpowiedziałam. – Dokładnie to.

Wnuki przestały jeść. Atmosfera zgęstniała. Czułam, że ryzykuję czymś więcej niż tylko sprzeczką o pranie. Bałam się, że Magda się odsunie, że przestanie przychodzić.

– Dobrze – powiedziała w końcu, odsuwając talerz. – Skoro tak to widzisz.

Obiad skończył się szybko. Wyszli wcześniej niż zwykle. Stałam przy oknie i patrzyłam, jak wsiadają do samochodu. W gardle miałam gulę, a ręce drżały. Zastanawiałam się, czy nie przesadziłam. Może powinnam była nadal milczeć?

Wciąż była moją córeczką

Pierwsza sobota bez worów z praniem była dziwna. Obudziłam się wcześnie, jak zawsze, jakby organizm pamiętał, że czeka go „dyżur”. Siedziałam przy stole z herbatą i nasłuchiwałam, czy nie zadzwoni dzwonek. Nie zadzwonił. Przez chwilę poczułam ulgę. Potem zaczęło mnie drążyć coś nieprzyjemnego. A jeśli Magda uznała, że już mnie nie potrzebuje? Jeśli obraziła się tak bardzo, że przestanie przyjeżdżać w ogóle? Około południa nie wytrzymałam i zadzwoniłam.

– Cześć, mamo – odebrała chłodno.

Wszystko w porządku? – zapytałam ostrożnie.

– Tak. Robię pranie.

U siebie? – wymknęło mi się głupio.

– Tak, u siebie. Pralka działa, jak widzisz.

Zrobiło mi się wstyd. Czy naprawdę myślałam, że nie potrafi sobie poradzić?

– Magda… – zaczęłam. – Nie chciałam cię zranić.

– A ja nie chciałam, żebyś czuła się wykorzystywana – odpowiedziała szybciej, niż się spodziewałam. – Tylko… przyzwyczaiłam się, że zawsze jesteś.

Jej głos zadrżał. To mnie zaskoczyło.

– Myślałam, że jak przywożę pranie, to mam pretekst, żeby przyjechać. Żeby dzieci miały kontakt z babcią. Żebyśmy miały o czym pogadać.

Usiadłam ciężko na krześle.

– Magda, czy ty naprawdę myślałaś, że bez brudnych ubrań nie przyjedziesz?

– Nie wiem – westchnęła. – Może bałam się, że będę ci przeszkadzać.

W oczach poczułam łzy. Tyle lat uważałam, że traktuje mnie jak pralkę z funkcją prasowania, a ona… może po prostu nie umiała inaczej okazać potrzeby bliskości.

– Przeszkadzasz mi tylko wtedy, kiedy traktujesz mnie jak obowiązek – powiedziałam cicho. – A nie jak mamę.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– To przyjadę jutro. Bez toreb – zaproponowała niepewnie.

– Przyjedź. Zróbmy herbatę. Pójdziemy z dziećmi na spacer.

Następnego dnia rzeczywiście stanęła w drzwiach z pustymi rękami. Uśmiechnęła się trochę skrępowana.

– Dziwnie tak – zaśmiała się. – Nic nie wiozę.

– To dobrze – odpowiedziałam. – Ja też nic nie dźwigam.

Usiadłyśmy przy stole, jak kiedyś, gdy była jeszcze nastolatką. Rozmawiałyśmy długo. O jej pracy, o moich planach zapisania się na zajęcia plastyczne, o wnukach. W pewnym momencie powiedziała:

– Mamo, przepraszam. Chyba naprawdę nie zauważałam, ile to dla ciebie znaczy.

– A ja nie zauważałam, że boisz się przyjechać bez powodu – odparłam.

Od tamtej pory soboty wyglądały inaczej. Czasem pomagałam jej z jednym praniem, jeśli naprawdę nie dawała rady, ale to był wyjątek, nie reguła. Częściej wychodziłyśmy razem na targ albo do parku. Czułam się znów matką, a nie praczką. Dziś, gdy słyszę dzwonek do drzwi, nie myślę już o ciężkich torbach. Myślę o rozmowie, śmiechu wnuków i o tym, że nauczyłam się mówić „nie” bez poczucia winy. I chyba dopiero wtedy naprawdę odzyskałam swoją wolność.

Renata, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama