Reklama

Kiedy temperatura w salonie spadła do dwunastu stopni, a Stefan bez słowa zaczął rąbać stare krzesła, żebyśmy mieli czym napalić, dostałam powiadomienie na telefonie. Moja córka właśnie przysłała zdjęcie z Alp. Szampan, ostrygi i podpis: „Zasłużony relaks”.

Nie przelewało nam się

Budzik nie musiał dzwonić. Obudziło mnie zimno. To specyficzne, przenikliwe zimno, które wchodzi pod skórę, osiada w kościach i nie daje o sobie zapomnieć nawet na sekundę. Leżałam nieruchomo pod stertą koców – wełnianym, polarowym i tą starą, ciężką pierzyną, którą dostaliśmy w prezencie ślubnym czterdzieści lat temu. Stefan chrapał cicho obok. Czułam, jak jego ciało drży przez sen. On marzł szybciej niż ja. Cukrzyca i słabe krążenie robiły swoje, a jednak to on każdego ranka wstawał pierwszy, by walczyć z naszym piecem.

Stary dom na przedmieściach, który kiedyś tętnił życiem, śmiechem Sylwii i tupaniem małych nóżek Krystiana, teraz był ruiną. Nie taką malowniczą ruiną, jakie ogląda się w filmach romantycznych. To była ruina, która zżerała nasze emerytury. Okna były nieszczelne, choć Stefan zaklejał je taśmą i obkładał starymi ręcznikami. Mury ciągnęły wilgoć z gruntu, a dach… o dachu woleliśmy nie rozmawiać. Ale sercem tego koszmaru była kotłownia.

Wstałam, naciągając na piżamę gruby, gryzący sweter i wełniane skarpety. W kuchni termometr wskazywał trzynaście stopni. Zrobiłam herbatę, ogrzewając dłonie o kubek tak mocno, że prawie parzyła skórę. To był jedyny moment ciepła w ciągu dnia.

Nie chcieliśmy żebrać

Spojrzałam na stół. Leżały tam rachunki. Prąd, woda, podatek od nieruchomości. I kartka z ceną węgla, którą Stefan przyniósł wczoraj ze składu. Przeliczyłam to w głowie po raz setny. Dwie emerytury. Leki Stefana. Moje leki na nadciśnienie. Jedzenie. Brakowało czterech tysięcy złotych, żeby przetrwać zimę w godnych warunkach.

– Nie martw się, Helenka – usłyszałam za plecami. Stefan wszedł do kuchni, pocierając dłonie umazane sadzą. – Rozpaliłem. Będzie cieplej. Znalazłem jeszcze trochę desek w szopie.

Nie powiedział mi, że te deski to resztki jego starego warsztatu stolarskiego, który kochał nad życie. Palił swoimi wspomnieniami, żebyśmy nie zamarzli.

– Trzeba zadzwonić do dzieci – powiedziałam cicho, nie patrząc mu w oczy.

Zapadła cisza. Ta ciężka, lepka cisza, w której wisi wstyd.

– Nie – uciął krótko. – Damy sobie radę. Nie będziemy żebrać.

– To nie żebranie! To nasze dzieci! Wychowaliśmy je, wykształciliśmy, oddaliśmy im wszystko!

Stefan usiadł ciężko na krześle i schował twarz w dłoniach. Wiedziałam, że mam rację, ale wiedziałam też, jak bardzo to boli jego męską dumę.

Nie mieliśmy wyjścia

Kiedy Stefan poszedł do apteki, kłamiąc, że idzie na spacer, żebym nie widziała, że kupuje tylko połowę przepisanych leków, usiadłam w fotelu i wzięłam do ręki telefon. To był stary model, który dostałam „w spadku” po Krystianie, kiedy on wymieniał na nowszego. Szybka była pęknięta, ale działał.

Otworzyłam galerię zdjęć. Obejrzałam zdjęcie Sylwii, które przysłała. Moja piękna córka. Trzydzieści dwa lata, stanowisko menadżerskie w korporacji w Warszawie. Stała na tle ośnieżonych Alp, uśmiechnięta, z goglami nonszalancko zsuniętymi na czoło. Obok niej stał jej nowy partner, którego przywiozła raz na Wielkanoc i który brzydził się usiąść na naszej starej kanapie.

Przełknęłam ślinę. Jedna noc kosztowała tyle, co tona węgla. Tona, która dałaby nam miesiąc spokoju. Przewinęłam dalej. Krystian, mój synek. Młodszy, ambitny, właściciel agencji marketingowej. Zdjęcie z lotniska. Kierunek: Tajlandia.

Czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Nie byłam zła, że mają pieniądze. Cieszyłam się, że im się powiodło. Przecież po to ze Stefanem harowaliśmy całe życie. Ja brałam nadgodziny w szwalni, on dorabiał po nocach w stolarni, żeby opłacić im studia, kursy językowe, na wkład własny do mieszkania.

Harowaliśmy dla nich

Sprzedaliśmy działkę budowlaną po moich rodzicach, żeby Sylwia mogła urządzić apartament „pod klucz”, bo nie chciała mieszkać w standardzie, na jaki było ją stać. Oddaliśmy im wszystko. A teraz? Teraz siedziałam w trzech swetrach, a oni prześcigali się w wydawaniu fortuny na przyjemności, udając, że nie wiedzą, co dzieje się w ich rodzinnym domu.

Wybrałam numer Sylwii. Ręce mi drżały. Nie z zimna. Ze strachu przed odrzuceniem. Odebrała po trzecim sygnale. W tle słyszałam muzykę i gwar rozmów.

– Cześć mamo! – jej głos był radosny, trochę sztuczny. – Co tam? Słuchaj, nie mogę teraz za bardzo gadać, właśnie wjeżdżamy wyciągiem na szczyt.

– Sylwia, muszę chwilę porozmawiać – zaczęłam, starając się, żeby mój głos brzmiał pewnie. – Chodzi o dom. O tatę.

– Jezu, mamo, znowu coś ze zdrowiem? Przecież był u lekarza w zeszłym miesiącu. Mówiłam wam, żebyście dbali o dietę.

– Nie chodzi o dietę. Chodzi o ogrzewanie – wyrzuciłam to z siebie szybko, zanim zabrakłoby mi odwagi. – Piec ledwo zipie. Węgiel podrożał trzykrotnie. Stefan rąbie meble, żebyśmy mieli ciepło. Marzniemy, Sylwia. W domu jest dwanaście stopni.

Zbyła nas

Cisza w słuchawce trwała kilka sekund. Słyszałam szum wiatru.

– Mamo… – jej ton zmienił się na ten protekcjonalny, który tak dobrze znałam. – Przesadzasz. Zawsze dramatyzujesz. Przecież tata mówił, że macie zapas drewna.

– To nie jest zapas drewna, to resztki z szopy! Sylwia, potrzebujemy pomocy. Pożyczki. Czegokolwiek.

– Mamo, teraz to jest fatalny moment – westchnęła. – Wiesz, ile nas kosztował ten wyjazd? Poza tym mamy leasing na nowe auto. My też nie śpimy na pieniądzach, wbrew temu co myślisz. Koszty życia w Warszawie są horrendalne.

– Widzę twoje zdjęcia. Pijesz szampana za kilkaset złotych, a twój ojciec marznie w dziurawych skarpetach!

– Nie zaglądaj mi do portfela! – krzyknęła, a w tle usłyszałam głos Marka pytającego „o co chodzi?”. – Ciężko na to pracuję! Nikt mi nic nie dał za darmo! Mam prawo do odpoczynku! A wy… po prostu nie potraficie zarządzać budżetem. Sprzedajcie ten dom, kupcie kawalerkę. Mówiłam wam to sto razy.

Rozłączyła się

Patrzyłam na telefon z niedowierzaniem. „Nikt mi nic nie dał za darmo”. Te słowa dźwięczały mi w uszach jak policzek. Zapomniała o opłaconych studiach? O samochodzie, który jej kupiliśmy na osiemnastkę? O pieniądzach na wesele, które się nie odbyło, a których nigdy nie oddała? Zadzwoniłam do Krystiana. Może on. Zawsze był bardziej wrażliwy.

– Mamuś, jestem na boardingu, zaraz startujemy – rzucił szybko.

– Krystian, potrzebujemy pieniędzy na węgiel. Jest bardzo źle.

– Mamo, kochana, pogadamy jak wrócę, okej? Teraz mam zamrożone środki w projektach. Wiesz, biznes to ryzyko. Ale prześlę wam jakiś fajny koc elektryczny, widziałem na Amazonie. Wyślę kurierem. Trzymajcie się cieplutko!

– Krystian, nie potrzebuję koca, potrzebuję opału!

– Mamo, stewardessa na mnie patrzy. Muszę kończyć. Love you!

Rozpłakałam się. Łzy były gorące, ale szybko stygły na moich policzkach.

Mieli swoje sprawy

Tamtego wieczora Stefan wrócił z apteki. Przyniósł leki i małą tabliczkę czekolady. Najtańszej, czekoladopodobnej.

– Na osłodę – uśmiechnął się smutno.

Zauważyłam, że jego dłonie są sine. Usiedliśmy w salonie. Piec wygasł dwie godziny wcześniej. Stefan próbował go reanimować, ale stary ruszt w końcu się poddał. Pękł. W domu zrobiło się przeraźliwie cicho. Słychać było tylko wiatr hulający za oknem i trzeszczenie stygnących kaloryferów.

– To koniec, Helenka – powiedział Stefan, patrząc w podłogę. – Piec padł. Naprawa będzie kosztować majątek, a o nowym nawet nie marzę.

– Zadzwoniłam do nich – przyznałam się.

Stefan podniósł wzrok. W jego oczach zobaczyłam strach.

– I co?

– Sylwia jest w Alpach. Krystian leci do Tajlandii. Powiedzieli, że nie mają pieniędzy. Że mamy „złe zarządzanie budżetem”. Że wyślą koc.

Ignorowali nas

Stefan milczał długo. Potem wstał powoli, podszedł do komody i wyciągnął z szuflady album ze zdjęciami.

– Pamiętasz, jak Sylwia miała pięć lat i zachorowała na zapalenie płuc? – zapytał, otwierając album. – Nosiłem ją na rękach całe noce, żeby jej się lepiej oddychało. Nie spałem trzy doby.

– Pamiętam – szepnęłam.

– A pamiętasz, jak Krystian rozbił auto sąsiada? Kto zapłacił odszkodowanie, żeby nie wzywali policji? Kto wziął kredyt, który spłacaliśmy przez pięć lat?

– My, Stefan. My.

– To gdzieśmy popełnili błąd, Helenka? – Jego głos załamał się. – Kochaliśmy ich za bardzo? Chroniliśmy przed życiem?

Tej nocy spaliśmy w jednym łóżku, ubrani w kurtki. Przytuliliśmy się do siebie nie z romantyzmu, ale z biologicznej konieczności przetrwania. Czułam zapach starej wełny i potu Stefana. Czułam jego kościste ramiona. I czułam nienawiść. Nie do zimy. Nie do rządu, nie do cen węgla. Czułam nienawiść do własnej naiwności. I żal do dzieci, które stały się dla nas obce.

Liczyliśmy na siebie

Zrozumiałam wtedy jedno: dla nich jesteśmy tylko obciążeniem. Jesteśmy reliktem przeszłości, starym meblem, który nie pasuje do ich lśniącego życia. Wstydzą się nas. Wstydzą się tego domu. Woleliby, żebyśmy zniknęli, albo przenieśli się do małej, sterylnej kawalerki, żeby nie musieli już słuchać o pękniętych rurach i drogim węglu.

Minęły dwa tygodnie. Przetrwaliśmy falę mrozów dzięki farelce pożyczonej od sąsiadki, która, notabene, ma emeryturę mniejszą od nas, a serce większe niż moje dzieci razem wzięte, i dogrzewaniu się gazem z kuchenki, co było niebezpieczne, ale tonący brzytwy się chwyta.

Dzieci wróciły. Opalone, wypoczęte, pełne energii. Zapowiedzieli się na niedzielny obiad. „Żeby opowiedzieć wrażenia”. Stefan chciał odmówić. Chciał powiedzieć, że nie mamy co do garnka włożyć, żeby ugościć ich tak, jak przywykli – pieczenią, rosołem, ciastem. Ale ja się uparłam.

– Niech przyjadą – powiedziałam twardo. – Niech zobaczą.

Przygotowałam zupę jarzynową na kościach i ziemniaki z wody. Nic więcej. W domu było piętnaście stopni, bo farelka chodziła od rana, pożerając prąd, na który też nie mieliśmy pieniędzy.

Zobaczyli prawdę

Weszli jak królowie.

– Boże, mamo, czemu tu jest tak zimno?! – krzyknęła Sylwia od progu, nie zdejmując butów. – Nie da się wytrzymać! Przecież pisałaś, że jakoś sobie radzicie!

– Cześć córeczko – pocałowałam ją w zimny policzek. Pachniała drogimi perfumami. – Siadajcie.

– Serio, tato, nie możecie podkręcić termostatu? – zapytał Krystian, pocierając ramiona. – W Tajlandii było trzydzieści stopni, szok termiczny mnie zabije.

Stefan siedział przy stole i patrzył w talerz. Nie odezwał się słowem. Postawiłam wazę na stole.

– Tylko jarzynowa? – zapytała Sylwia, unosząc brew. – Liczyłam na twoją kaczkę, mamo. Przez cały tydzień na nartach marzyłam o domowym obiedzie.

– Kaczki nie będzie – powiedziałam spokojnie, siadając. – Bo kaczka kosztuje sześćdziesiąt złotych. A my mamy na życie do końca miesiąca sto złotych.

Zapadła cisza. Krystian odstawił łyżkę.

– Znowu zaczynasz? – jęknęła Sylwia. – Przecież przyjechaliśmy w odwiedziny, a ty robisz atmosferę pogrzebu.

– Bo to jest pogrzeb – odezwał się nagle Stefan. Jego głos był cichy, ale tak twardy, że aż podskoczyli. – Pogrzeb moich złudzeń, że wychowałem przyzwoitych ludzi.

Dostali nauczkę

Sylwia otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Stefan podniósł rękę.

– Patrzcie na ten dom. Widzicie wilgoć na ścianach? Widzicie, że wasza matka siedzi w domu w kurtce? Dwa tygodnie temu, kiedy wy piliście drinki z palemką, ja rąbałem krzesła z waszego dziecięcego pokoju, żeby nie zamarznąć. Prosiłem o pomoc. Matka prosiła.

– Tato, mówiliśmy, że to przejściowe problemy z płynnością… – zaczął Krystian.

– Nic mnie nie obchodzi wasza płynność! – Stefan uderzył pięścią w stół. Talerze zadzwoniły. – Wysyłacie zdjęcia, na których chwalicie się bogactwem, a żałujecie rodzicom na tonę węgla? Wstyd mi za was. Po prostu mi wstyd.

Sylwia poczerwieniała.

– To niesprawiedliwe! Wy po prostu nie rozumiecie współczesnego świata! Muszę jeździć w takie miejsca, muszę się pokazywać! To inwestycja w siebie!

– A my byliśmy inwestycją w co? – zapytałam cicho. – W waszą przyszłość? To była najgorsza inwestycja mojego życia.

Nie zastanawiałam się

Wstałam i podeszłam do kredensu. Wyciągnęłam z niego małe, tekturowe pudełko.

– Co to jest? – zapytał Krystian.

– To są pierścionki babci. Złoty łańcuszek, który dostałam od Stefana na dwudziestopięciolecie. I obrączki moich rodziców.

Podeszłam do pieca typu „koza”, który Stefan wstawił awaryjnie do kuchni, podłączając go rurą do komina. Otworzyłam drzwiczki. Ogień buzował.

– Mamo, co ty robisz? – Sylwia zerwała się z krzesła.

– Jutro idę do lombardu – powiedziałam, chowając pudełko do kieszeni fartucha. – Sprzedam to wszystko. Każdą pamiątkę. I wiecie co? Nie kupię węgla.

Spojrzeli na mnie zszokowani.

– Kupię bilet – kontynuowałam. – Dla siebie i dla ojca. Do sanatorium. Płatnego, prywatnego, z ogrzewaniem, basenem i pełnym wyżywieniem. Pojedziemy tam na miesiąc.

– Ale… a dom? Kto będzie palił? Rury popękają! Wszystko szlag trafi! – krzyknął Krystian.

– To już wasz problem – uśmiechnęłam się do nich. Ten uśmiech był zimny jak lód w naszym sypialni. – Dom jest przepisany na was. Pamiętacie? Darowizna sprzed trzech lat, żebyście mieli zabezpieczenie kredytowe. Jesteście właścicielami. Jeśli chcecie, żeby ta rudera stała, kiedy wrócimy, to radzę wam kupić węgiel i zatrudnić palacza. Albo przyjeżdżać tu codziennie i palić samemu.

Zostawiliśmy im dom

Stefan spojrzał na mnie. W jego oczach po raz pierwszy od miesięcy zobaczyłam błysk. Dumę. Wstał i stanął obok mnie.

– Wychodzimy – powiedział do dzieci. – Zjedzcie zupę, póki ciepła. My idziemy się spakować.

Wyszliśmy z kuchni, zostawiając ich przy stole z parującą, biedną zupą. Słyszałam, jak Sylwia zaczyna płakać, a Krystian nerwowo wybiera numer do jakiegoś hydraulika.

Następnego dnia naprawdę sprzedałam biżuterię. Bolało, gdy oddawałam obrączki rodziców, ale mniej niż patrzenie, jak Stefan marznie. Dołożyliśmy resztki oszczędności i wyjechaliśmy do Ciechocinka. Nie do najdroższego hotelu, ale do ciepłego pensjonatu. Stefan gra w szachy z jakimś kuracjuszem i śmieje się głośno. Ma rumieńce na twarzy. Odzyskał życie. Dzieci dzwonią codziennie.

– Mamo, rura pękła w piwnicy, hydraulik chce tysiąc złotych!

– Tato, piec znowu dymi, co mam wcisnąć?

– Mamo, kiedy wracacie? Nie mam czasu tu przyjeżdżać co drugi dzień!

Odpowiadam im spokojnie: „Radźcie sobie, kochanie. To szkoła życia. Potraktujcie to jako inwestycję w charakter”.

Helena, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama