„Córka myśli, że mój dom to prywatne przedszkole. Na emeryturze chciałam odpocząć, a nie całymi dniami niańczyć wnuki”
„Wyobrażałam sobie leniwe poranki z kawą, powrót do malowania, o którym marzyłam od studiów, i spokojne spacery po parku. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te plany, zmieniając moją jesień życia w niekończący się dyżur. Kochałam wnuki nad życie, ale milczałam, gdy córka po raz kolejny stawiała mnie przed faktem dokonanym, a ja cicho zmieniałam swój rozkład dnia”.

- Redakcja
Myślałam, że emerytura będzie czasem, w którym wreszcie odzyskam siebie. Wyobrażałam sobie leniwe poranki z kawą, powrót do malowania, o którym marzyłam od studiów, i spokojne spacery po parku. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te plany, zmieniając moją jesień życia w niekończący się dyżur. Kochałam wnuki nad życie, ale milczałam, gdy córka po raz kolejny stawiała mnie przed faktem dokonanym, a ja cicho zmieniałam swój rozkład dnia.
Wiedziałam, co to oznacza
Tamtego ranka wszystko miało wyglądać inaczej. Na stole w kuchni leżały przygotowane pędzle i nowa paleta farb akrylowych. O dziesiątej miałam być w domu kultury na zajęciach sekcji plastycznej dla seniorów. To była moja oaza, jedyne miejsce, gdzie przez dwie godziny nie byłam matką, wdową ani babcią, tylko Haliną – artystką amatorką, która uwielbia chwytać światło na płótnie. Czułam w sobie ten przyjemny dreszcz ekscytacji, który towarzyszy tworzeniu czegoś nowego. Dopijałam kawę, ciesząc się ciszą mieszkania, gdy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku.
Mój żołądek ścisnął się mimowolnie. Wiedziałam, co to oznacza. Tylko jedna osoba miała zapasowy komplet kluczy i korzystała z niego bez dzwonienia domofonem. Drzwi otworzyły się z hukiem, a do przedpokoju wpadł pięcioletni Antoś. Za nim wmaszerowała trzyletnia Maja z pluszowym misiem większym od niej samej. Na końcu pojawiła się Ewelina, moja córka. Wyglądała jak zawsze – perfekcyjnie umalowana, w nienagannym garsonce, ale z tym charakterystycznym, nieobecnym wzrokiem osoby, która w głowie prowadzi już trzy spotkania biznesowe naraz.
– Cześć, mamo! – rzuciła w biegu, nie zdejmując nawet butów. – Ratujesz mi życie. Opiekunka znowu nawaliła, a ja mam prezentację dla zarządu. Będę po nich o szesnastej. Pa!
Zanim zdążyłam nabrać powietrza, żeby powiedzieć choć słowo o moich zajęciach, o tym, że dzisiaj malujemy martwą naturę i bardzo mi na tym zależy, drzwi trzasnęły. Zostałam sama w przedpokoju, z dwójką energicznych dzieci i zapachem drogich perfum mojej córki unoszącym się w powietrzu. Spojrzałam na pędzle leżące na stole. Antoś już zdążył do nich dopaść.
– Babciu, będziemy malować? – zapytał z nadzieją, chwytając tubkę z najdroższą błękitną farbą.
Westchnęłam ciężko, czując, jak narasta we mnie gula w gardle. Zabrałam mu farbę z rąk, starając się uśmiechnąć.
– Nie, kochanie. Dzisiaj babcia nie maluje. Dzisiaj bawimy się klockami.
Kolejny raz schowałam swoje marzenia do szuflady. Przecież nie mogłam odmówić pomocy własnemu dziecku, prawda? Tak właśnie sobie to tłumaczyłam, nie wiedząc jeszcze, jak wysoką cenę przyjdzie mi za to zapłacić.
Co ja bym bez ciebie zrobiła?
Dni zlewały się w tygodnie. Schemat był zawsze ten sam: nagły telefon wieczorem albo, co gorsza, rano, tuż przed wyjściem Eweliny do pracy. Powody były różne, najczęściej związane z pracą. Ewelina była dyrektorem kreatywnym w dużej agencji reklamowej. Jej praca była ważna, stresująca i dobrze płatna. Moja emerytura wydawała się przy tym czymś błahym, nieograniczonym zasobem wolnego czasu, z którego można czerpać garściami. Zrezygnowałam z chóru we wtorki. Potem przestałam chodzić na gimnastykę dla seniorów w czwartki, bo Ewelina zapisała Antosia na dodatkowy angielski i ktoś musiał go wozić, a ona „nie wyrabiała się w korkach”. Najbardziej bolało mnie jednak malarstwo. Pewnego popołudnia zadzwoniła Krysia, moja przyjaciółka z sekcji plastycznej.
– Halinko, co się z tobą dzieje? – zapytała z troską. – Nie było cię już cztery razy. Dzisiaj kończyliśmy ten pejzaż, o którym tak marzyłaś. Instruktor pytał o ciebie.
Spojrzałam na Maję, która właśnie rozsypała płatki śniadaniowe na dywanie, i na Antosia, który domagał się bajki. Czułam się tak potwornie zmęczona, że ledwo trzymałam słuchawkę.
– Wiesz, Krysiu... trochę gorzej się czuję – skłamałam, bo wstydziłam się przyznać, że po prostu nie potrafię postawić granicy własnej córce. – Kręgosłup mi dokucza. Wrócę do was jak najszybciej.
– Ale pamiętasz o piątku? – Krysia nie odpuszczała. – Wernisaż naszych prac. Twoja została umieszczona w centralnym miejscu. Musisz być.
– Postaram się – szepnęłam, choć w głębi duszy wiedziałam, że Ewelina wspominała coś o wyjeździe integracyjnym w firmie i prosiła, żebym została z dziećmi na noc.
Odłożyłam telefon i poczułam, jak po policzku spływa mi łza. Znikałam. Moje pasje, moi znajomi, moje drobne przyjemności – wszystko to rozpływało się w codziennej rutynie opieki nad wnukami. Ewelina tego nie widziała. Dla niej byłam „instytucją babci”, niezawodną, zawsze obecną, zawsze uśmiechniętą. Nie widziała, że wieczorami, gdy odbierała dzieci, moje ręce drżały ze zmęczenia, a nogi puchły tak, że nie mogłam zdjąć kapci.
– Jesteś wielka, mamo! – rzucała, pakując dzieci do samochodu. – Co ja bym bez ciebie zrobiła?
Te słowa miały być komplementem, a dla mnie stawały się ciężarem.
Poczułam się winna
Najgorsze jednak nie było rezygnowanie z hobby. Najgorsze było to, co działo się z moim ciałem. Czułam się coraz bardziej zmęczona. We wtorek wieczorem zadzwoniła Ewelina.
– Mamuś, słuchaj, jest sprawa. Jutro rano muszę być w biurze wcześniej, a Marek wyjechał w delegację. Podrzucę ci dzieciaki o siódmej, dobra? Odbiorę po południu.
Zamarłam. Spojrzałam na kartkę z zapisaną wizytą przyczepioną do lodówki magnesem z wakacji w Kołobrzegu.
– Ewuniu... – zaczęłam nieśmiało. – Jutro nie mogę, mam wizytę u specjalisty.
Zapadła cisza. Po chwili usłyszałam westchnienie, w którym brzmiała nuta irytacji.
– Mamo, naprawdę? Teraz mi to mówisz? Nie mam co z nimi zrobić. Przecież wiesz, jak ważny mam teraz projekt. Nie mogę wziąć wolnego. Może uda ci się przełożyć? Przecież czujesz się dobrze, prawda? Wyglądasz świetnie.
Poczułam się winna. Moja córka robiła karierę, budowała przyszłość dla swojej rodziny, a ja? Ja tylko miałam pójść na kontrolę.
– Dobrze – powiedziałam cicho. – Spróbuję przełożyć. Przywieź ich.
Następnego ranka czułam się fatalnie. Gdy Ewelina przywiozła dzieci, w końcu musiałam jej powiedzieć, że nie dam rady.
– Ewelina, ja nie czuję się najlepiej. Jestem wyczerpana. Nie dam rady tak dalej funkcjonować.
– Mamo... – jest mi tak głupio. Myślałam, że na emeryturze masz dużo czasu. Że lubisz zajmować się wnukami. Wyglądałaś na szczęśliwą. Nigdy nie skarżyłaś się na samopoczucie. Dlaczego nic nie powiedziałaś? – zapytała przez łzy. – Dlaczego pozwoliłaś mi myśleć, że wszystko jest w porządku? Przecież ja bym zrozumiała...
– Nie chciałam być problemem – wychrypiałam słabo. – Chciałam być potrzebna. Bałam się, że jeśli powiem „nie”, to pomyślisz, że nie kocham dzieci. Że jestem egoistką.
– Egoistką? – Ewelina podniosła głowę. – To ja byłam egoistką. Przepraszam cię. Boże, tak bardzo cię przepraszam.
Miłość to także dbanie o siebie
Kilka dni później córka przyjechała ponownie.
– Mamo, zatrudniliśmy opiekunkę – powiedziała stanowczo. – Pani Basia będzie przychodzić do dzieci codziennie po przedszkolu do siedemnastej. Ty masz w tym czasie swoje sprawy.
– Ale to kosztuje... – zaczęłam z przyzwyczajenia.
– Twoje zdrowie jest bezcenne – przerwała mi córka. – A to nie wszystko. Zapisałam cię z powrotem do sekcji plastycznej. Dzwoniłam do twojej koleżanki, pani Krysi. Powiedziała, że czekają na ciebie.
Spojrzałam na nią i po raz pierwszy od dawna zobaczyłam nie zabieganą bizneswoman, ale moją córkę, która się o mnie troszczy. Zrozumiałam, że stawiając granice, nie tracę jej miłości. Wręcz przeciwnie – uczę ją szacunku do siebie samej i pokazuję, że miłość to także dbanie o siebie.
Dziś wtorek. Właśnie wróciłam z zajęć malarskich. Namalowałam nowy obraz – burzowe niebo, przez które przebija się słońce. W przedpokoju słyszę śmiech wnuków, które przyszły z opiekunką ze spaceru. Zaraz do nich pójdę, przytulę je i przeczytam im bajkę. Ale tylko jedną. Bo o osiemnastej mam masaż, a potem chcę obejrzeć mój ulubiony serial. Nauczyłam się mówić „nie”, żeby moje „tak” miało prawdziwą wartość.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Do sanatorium pojechałam jako singielka, a wróciłam z narzeczonym. Wnuki nie chciały zaakceptować nowego dziadka”
- „Może i wychowałam dzieci w biedzie, ale z zasadami. Gdy dorobiły się majątku, zapomniały, czego uczyła je mama”
- „Oddałam córce wszystkie swoje oszczędności na jej biznes życia. Firma kwitnie, a ja więdnę samotnie przy oknie”