Reklama

Nie jestem z tych matek, które zaglądają dzieciom do telefonów ani wypytują, z kim siedzą na przerwach. Ufałam mojej córce, może nawet za bardzo. Studniówka miała być jednym z tych wydarzeń, które wspomina się przez całe życie – sukienka szyta na miarę, makijaż u kosmetyczki, paznokcie, fryzjer. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Kiedy wychodziła z domu, aż łza mi się w oku zakręciła – taka była dorosła. Nie przyszło mi do głowy, że kilka tygodni później usiądzie ze mną przy stole i powie słowa, które będą początkiem nowego życia.

Dwie kreski i jeden wielki strach

– Mamo, mogę z tobą pogadać? – zapytała któregoś wieczoru, stojąc w progu kuchni z wyrazem twarzy, którego wcześniej u niej nie widziałam. Jakby świat się jej zawalił, a ona jeszcze nie wiedziała, czy warto go odbudowywać.

– No jasne, siadaj – odłożyłam łyżkę i wyłączyłam gaz pod zupą.

Usiadła naprzeciwko mnie. W dłoni trzymała coś, czego jeszcze nie rozpoznawałam.

– Tylko się nie denerwuj, dobrze?

– Powiedz mi, co się dzieje.

Położyła na stole test ciążowy. Dwie grube kreski. Jedna by mnie zaniepokoiła, ale dwie? Dwie były jak cios.

– To jakiś żart? – zapytałam, choć dobrze widziałam, że nie.

– Nie… Mamo, ja… Nie wiem, co się stało. To był jeden raz. Na studniówce.

Poczułam, jak robi mi się słabo. Oparłam się o stół, żeby nie wstać i nie krzyczeć.

Z kim? – zapytałam sucho.

– Z Krystianem.

– Tym Krystianem z waszej klasy? Co z nim siedzisz w ławce?

Skinęła głową i spojrzała gdzieś w bok, jakby bała się mojej reakcji.

– Mamo, przepraszam. Ja też się boję.

I w tej jednej chwili nie wiedziałam, czy powinnam ją przytulić, czy kazać wynosić się z domu.

Nie o takiej studniówce marzyła

– Czy ty oszalałaś? – zapytałam, ale mój głos był pusty, jakbym mówiła do ściany.

– Mamo, wiem, co powiesz…

– Nie, nie wiesz. Bo gdybyś wiedziała, tobyś nie była taka na szkolnej imprezie! – wymsknęło mi się, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Zamilkła. Patrzyła na mnie tymi swoimi przestraszonymi oczami, a ja próbowałam złapać oddech.

– Gdzie to się w ogóle stało?

– W hotelowym pokoju… – odpowiedziała cicho.

– W jakim pokoju?! Kto wam dał klucz?

Koleżanka wynajęła pokój. Na przebranie, na poprawki… Wszyscy wiedzieli. Krystian powiedział, że nic się nie stanie, że wie, co robi…

– I co? Wiedział? – parsknęłam.

Oparła głowę o dłonie.

– Mamo, ja nawet nie byłam do końca świadoma, co się dzieje.

W tej chwili nie wiedziałam, na kogo jestem bardziej wściekła – na nią, na niego, czy na siebie. Moje dziecko, rozsądna dziewczyna, z planami na przyszłość, dała się wciągnąć w coś, co powinno było skończyć się tylko zdjęciami w albumie, nie testem ciążowym.

– On wie?

– Jeszcze nie.

– To się dowie. Zaraz.

„Nie jestem gotowy”

Zadzwoniłam do niego tego samego wieczoru. Nie kazałam córce tłumaczyć się samej. Jeśli już miałam z kimś rozmawiać o odpowiedzialności, to z nim – bo ona, chociaż pełnoletnia, ciągle była moją małą dziewczynką.

– Halo? – odebrał z wyraźnym zaskoczeniem.

– Krystian, z tej strony mama Poli. Możesz przyjechać do nas jutro po szkole? Musimy porozmawiać. Pilnie.

– Coś się stało? – zapytał podejrzliwie.

– Tak. I to nie coś, tylko ktoś. Twoje dziecko.

Cisza. Przysięgam, słyszałam tylko jego oddech i szum w słuchawce.

To chyba żart…

– Przyjedź. Porozmawiamy twarzą w twarz – ucięłam.

Następnego dnia zjawił się punktualnie. Wszedł do mieszkania, jakby nogi miał z waty. Pola siedziała w kącie salonu z podkulonymi nogami.

– To… to prawda? – zapytał ją, nie patrząc mi w oczy.

– Tak – odpowiedziała.

– Ja… nie jestem gotowy. Mam osiemnaście lat! To był błąd!

– Błąd to jest złe parkowanie, a nie dziecko – rzuciłam zimno.

– Nie możemy tego… jakoś załatwić? – spojrzał na mnie błagalnie.

Wtedy coś we mnie pękło.

– Wyjdź – powiedziałam twardo. – Jak będziesz gotowy być ojcem, możesz wrócić.

Zniknął jak tchórz, ale razem damy radę

Od tamtego dnia nie odezwał się ani razu. Nie zadzwonił, nie napisał. Zniknął jak tchórz. A ja próbowałam się nie załamać. Pola leżała całe dnie w łóżku. Nie chciała jeść, chodzić do szkoły, nie chciała nawet mówić o tym, co dalej.

Córciu, musimy iść do lekarza. Sprawdzić, który to tydzień, czy wszystko w porządku…

– Ja nie dam rady, mamo.

– Dasz – odpowiedziałam stanowczo. – Damy razem.

I poszłyśmy. Ginekolożka patrzyła na nas z mieszaniną współczucia i profesjonalizmu.

– To dziewiąty tydzień. Serduszko bije, wszystko rozwija się dobrze.

Pola zaczęła płakać, a ja trzymałam ją za rękę. Pierwszy raz poczułam, że to naprawdę się dzieje. Że zostanę babcią. Wcześniej to była tylko teoria, dwie kreski na teście, lęk. Teraz to było bijące serce widoczne na ekranie.

Wieczorem siedziałyśmy razem w kuchni.

– Mamo, ja nie wiem, czy ja chcę to dziecko. Nie umiem go pokochać.

– Jeszcze nie teraz. Ale może przyjdzie taki dzień, kiedy spojrzysz mu w oczy i zrozumiesz, że to właśnie ono nauczyło cię, czym jest miłość.

Nie odpowiedziała. Wstała i poszła do swojego pokoju.

Z brzuchem do matury

Szkoła dowiedziała się miesiąc później. Pola była coraz bledsza, brzuch zaczynał się zaokrąglać, a wychowawczyni nie była ślepa.

– Czy córka rzeczywiście…? – zapytała mnie przez telefon, zostawiając pytanie zawieszone w powietrzu.

– Tak. Jest w ciąży. I zamierza skończyć szkołę, proszę pani – odpowiedziałam bez zawahania.

Niektóre nauczycielki patrzyły na nią z politowaniem, inne z chłodną obojętnością. Rówieśnicy... różnie. Jedni szeptali za plecami, inni robili sobie głupie żarty. Ale znalazły się też dwie koleżanki, które trzymały się z nią codziennie na przerwach. Te same, które pomagały jej dobrać sukienkę na studniówkę.

Krystian? Jakby wyparował. Ominął ją szerokim łukiem na korytarzu. Nawet nie spuścił głowy. Jakby to nie jego sprawa.

– Dziecko, nie przejmuj się nim. Niektórzy chłopcy nigdy nie dorastają – powiedziałam Poli, gdy wieczorem leżała skulona na kanapie z książką od biologii.

– Nie przejmuję się. Naprawdę. Ja tylko… chciałabym, żeby to wszystko potoczyło się inaczej.

Gdy zasnęła, przykryłam ją kocem. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może ten maluch, który rośnie w niej, nie będzie przekleństwem. Może będzie sensem. Dla niej. Dla nas obu.

Czasem trudniej, czasem lżej

Urodziła w czerwcu, tuż po maturze. Z brzucha na salę egzaminacyjną i z powrotem. Miała cesarkę, bo lekarze bali się komplikacji. Trzymałam ją za rękę, kiedy ją wieźli na blok operacyjny. Wyszła blada, oszołomiona, ale z maleńką istotą w ramionach. Dziewczynka. Drobna. Zdrowa. Pola nazwała ją Lilka. Bez większych dyskusji. Po prostu wiedziała.

Nie było kwiatów od ojca dziecka. Nie było gratulacji, nawet SMS-a. Tyle z jego dorosłości. Ale za to były łzy mojej córki, łzy pomieszania, strachu, ale i czegoś jeszcze – chyba miłości. Takiej niepewnej, nieśmiałej, ale prawdziwej.

– Mamo… ja nie wiedziałam, że można kogoś tak kochać od pierwszego wejrzenia – szepnęła.

Patrzyłam na nie, dwie moje dziewczyny. I mimo wszystkiego, przez co przeszłyśmy, poczułam spokój.

Studniówka? Tak, Pola miała swoją. I pamiątkę też. Nie w albumie, nie w zdjęciach na pendrivie. Jej pamiątka właśnie spała zawinięta w kocyk, z noskiem wciśniętym w szyję mamy.

Pola wróciła na uczelnię po roku przerwy. Z Lilką przy piersi, z torbą pełną pieluch i notatek. Czasem trudniej, czasem lżej. Ale jakoś idziemy. Razem. Bo tego wieczoru, na studniówce, wszystko się skończyło… i wszystko się zaczęło.

Bożena, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama