Reklama

Ziemia nigdy nie kłamie. Kiedy siejesz, wiesz, co zbierzesz, pod warunkiem że włożysz w to serce i pracę. Z ludźmi jest trudniej. Patrzyłam na Pawła, syna sąsiadów zza miedzy, jak rośnie na porządnego, silnego mężczyznę, i wiedziałam jedno, że on byłby opoką dla mojej Kingi. Ale ona wolała biegać za błyszczącymi wieżowcami warszawskiego centrum i facetami, którzy wpadają w panikę na widok osy, a wbijanie gwoździa zlecają fachowcom. Matczyne serce jednak czuje pismo nosem, nawet jeśli córka twierdzi, że moje swatanie to relikt przeszłości, za który powinnam się wstydzić.

Nasze płoty się stykały

Pamiętam dzień, w którym Paweł przyniósł mi koszyk pierwszych truskawek. Miał wtedy może siedem lat, a uśmiech szczerbaty, ale szczery. Moja Kinga bawiła się wtedy w piaskownicy, budując zamki, które on z wielką precyzją otaczał fosą z wody z węża ogrodowego. Już wtedy tworzyli zgrany zespół. Zosia, matka Pawła i moja najlepsza przyjaciółka, mrugała do mnie porozumiewawczo nad parującymi szklankami herbaty.

– Zobaczysz, Halinka – mówiła, wskazując na dzieciaki umazane błotem. – Kiedyś połączymy te nasze gospodarstwa. Paweł to skóra zdarta z ojca, będzie dobrym gospodarzem. A twoja Kinga ma głowę na karku.

Lata mijały, a ja trzymałam się tej myśli jak koła ratunkowego. Nasze wsie się zmieniały, ludzie wyjeżdżali, sprzedawali ojcowiznę pod deweloperkę, ale nie my. I nie Paweł. Chłopak skończył rolnictwo na uniwersytecie, przejął stery w gospodarstwie rodziców i zmienił je w nowoczesne przedsiębiorstwo. To nie był już ten stereotypowy rolnik z widłami, jakiego Kinga wyśmiewała w swoich nastoletnich żartach. To był biznesmen, tylko że jego biurem były hektary sadów i nowoczesne szklarnie. Ale Kinga? Ona miała inny plan.

– Mamo, błagam cię – przewracała oczami, pakując walizkę na studia do Warszawy. – Nie będę siedzieć na wsi i patrzeć, jak rośnie kapusta. Chcę czegoś więcej. Chcę świata.

Bolało, nie powiem. Bolało, bo dla mnie ten nasz kawałek ziemi był całym światem, ale pozwoliłam jej lecieć. Myślałam, że się wyszumi, zobaczy ten wielki świat i zrozumie, że w domu najlepiej. Nie przewidziałam tylko jednego, że ten wielki świat tak bardzo namiesza jej w głowie, zwłaszcza w kwestii mężczyzn.

Każdy kolejny był gorszy

Przez ostatnie dziesięć lat przez mój dom przewinął się korowód postaci, które Kinga dumnie nazywała swoimi partnerami. Najpierw był jakiś artysta, który twierdził, że czerpie energię z kosmosu, a bał się wejść do kurnika, bo kury patrzyły na niego oskarżycielsko. Potem pojawił się ten cały menedżer, który przez cały niedzielny obiad nie wypuścił telefonu z ręki, sprawdzając notowania giełdowe, jakby od tego zależały losy wszechświata. A teraz był Eryk.

Eryk pracował w tej samej korporacji co Kinga. Mieli wspólne cele, wspólne projekty i, jak twierdziła moja córka, wspólne pasje. Tyle że jego pasją było bieganie maratonów po asfalcie i jedzenie pudełkowego jedzenia, które przywoził ze sobą nawet na wieś, bo twierdził, że mój rosół ma za dużo tłuszczu, a on dba o siebie. Siedzieliśmy na tarasie. Była piękna, słoneczna sobota. Paweł kosił łąkę po sąsiedzku. Dźwięk traktora był miarowy, uspokajający, ale Eryk skrzywił się, jakby ktoś drapał widelcem po talerzu.

– Czy on musi tak hałasować w weekend? – zapytał, poprawiając idealnie ułożoną grzywkę. – Człowiek chce odpocząć po ciężkim tygodniu w pracy, a tu taki hałas.

– To jest wieś, kochany – odpowiedziałam, starając się zachować spokój. – Tu się pracuje, żebyś ty miał co włożyć do tego swojego pudełka.

Kinga posłała mi ostrzegawcze spojrzenie.

– Mamo, nie zaczynaj. Eryk ma bardzo stresującą pracę. Jest odpowiedzialny za wdrożenie nowego systemu dla klienta z Japonii.

– A Paweł jest odpowiedzialny za to, żeby połowa województwa miała jabłka na zimę – mruknęłam pod nosem, ale tak, żeby usłyszeli.

Wtedy właśnie Paweł podjechał pod nasz płot. Wysiadł z kabiny, wysoki, opalony, w zwykłym T-shircie, który opinał szerokie ramiona. Zdjął rękawice robocze i podszedł do ogrodzenia.

– Dzień dobry, pani Halinko! – zawołał wesoło. – Cześć, Kinga.

Moja córka uśmiechnęła się do niego, choć widziałam, że czuła się nieswojo w towarzystwie Eryka, który mierzył Pawła wzrokiem, jakby oceniał wartość jego butów.

– Cześć, Paweł – odpowiedziała. – Co tam w sadzie?

– A, walczymy z przymrozkami, ale damy radę. Słuchajcie, mam skrzynkę czereśni, takich prosto z drzewa. Podrzucę wam wieczorem?

– O, super! – Kinga ożywiła się na moment. – Uwielbiam twoje czereśnie.

– My nie jemy owoców po osiemnastej – wtrącił Eryk chłodno. – Fruktoza na noc to koszmar.

Zapadła cisza. Paweł spojrzał na Eryka z tym swoim spokojnym, nieco pobłażliwym uśmiechem, którego nauczył się chyba od swojego dziadka.

– Spokojnie, te są ekologiczne, na pewno organizm je zaakceptuje – zażartował sąsiad. – Do zobaczenia wieczorem.

Odszedł sprężystym krokiem, a ja patrzyłam na Eryka i myślałam: „Boże, chroń moją córkę przed tymi ludźmi z plastiku!”.

Czułam, że nadciąga katastrofa

Przez następne miesiące Kinga dzwoniła rzadziej. Kiedy już odbierała telefon, jej głos był napięty, szybki, pozbawiony emocji. Mówiła o deadlinach, targetach, asapach i innych słowach, których nie rozumiałam i nie chciałam rozumieć. Wiedziałam tylko, że oznaczają one jedno: brak czasu na życie. Zosia donosiła mi, że Paweł wciąż jest sam.

– Dziewczyny za nim sznurem chodzą – mówiła, krojąc ciasto w mojej kuchni. – Ta nowa weterynarz maślane oczy do niego robi. A on nic. Mówi, że nie ma czasu, że praca, ale ja wiem swoje. On zawsze pyta, co u Kingi.

– A co ma być? – wzdychałam ciężko. – Karierę robi. Z tym swoim Erykiem planują kupić apartament na Mokotowie. Podobno z widokiem na park, żeby mieli namiastkę natury. Śmiechu warte.

Aż pewnego listopadowego popołudnia telefon zadzwonił w dziwnej porze. To była Kinga.

– Mamo? – Jej głos drżał. To nie był głos pewnej siebie bizneswoman. To był głos małej dziewczynki, która zgubiła się w lesie.

– Co się stało, córeczko?

– Przyjadę. Dzisiaj. Sama.

Serce podeszło mi do gardła. Wiedziałam, że stało się coś złego. Nie pytałam o szczegóły. Zaczęłam gotować pomidorową, jej ulubioną. Kiedy przyjechała, ledwo ją poznałam. Była chuda, blada, z podkrążonymi oczami. Jej luksusowy samochód służbowy wyglądał w naszym błotnistym podjeździe jak statek kosmiczny, który awaryjnie lądował. Wniosła tylko małą torbę.

– Gdzie Eryk? – zapytałam ostrożnie, stawiając przed nią talerz zupy.

– Eryk... – parsknęła gorzkim śmiechem. – Eryk stwierdził, że nie pasujemy do siebie, bo ja mam „niewłaściwy mindset”. Że go ciągnę w dół, bo po zwolnieniu z projektu wpadłam w panikę, zamiast potraktować to jako „szansę na rozwój”. Rozumiesz, mamo? Zwolnili mnie. Po siedmiu latach harówki, nadgodzin i braku wakacji, po prostu dali mi karton i kazali wyjść. A on mnie zostawił, bo nie jestem już kobietą sukcesu.

Rozpłakała się. Nie takim delikatnym płaczem filmowej gwiazdy, ale głębokim, rozrywającym szlochem. Przytuliłam ją mocno, czując pod palcami jej wystające łopatki. W tamtej chwili nienawidziłam tego korporacyjnego świata bardziej niż kiedykolwiek.

Czasem trzeba upaść

Kinga spędziła pierwszy tydzień w łóżku. Wstawała tylko po to, by snuć się po domu w piżamie. Nie chciała wychodzić, nie chciała rozmawiać. Bałam się o nią. Wtedy do akcji wkroczył Paweł. Nie prosiłam go o to. Sam zauważył, że samochód Kingi stoi nieużywany, a w domu panuje grobowa atmosfera. Przyszedł pewnego ranka z torbą narzędzi.

– Dzień dobry, pani Halinko – powiedział szeptem w przedpokoju. – Widziałem, że macie obluzowaną rynnę od strony ogrodu. Pomyślałem, że naprawię, zanim przyjdą deszcze.

– Dziękuję ci, Pawełku. Jesteś kochany. Kinga śpi... albo udaje, że śpi.

– Niech śpi. Sen jest najlepszy.

Naprawiał tę rynnę chyba z godzinę, choć normalnie zajęłoby mu to piętnaście minut. Robił hałas, stukał, pukał. Wiedziałam, co kombinuje. Chciał ją wywabić. I udało mu się. Kinga wyszła na taras w grubym swetrze, z kubkiem kawy w dłoniach.

– Mogłabym prosić o trochę ciszy? – zapytała, ale w jej głosie nie było złości, raczej rezygnacja.

Paweł zjechał z drabiny.

– Cześć, Kinga. Przepraszam za hałas, ale jak rynna spadnie, to dopiero będzie huk. Jak się czujesz?

– Jakby przejechał po mnie walec. A potem cofnął i przejechał jeszcze raz.

Paweł oparł się o drabinę i spojrzał na nią uważnie.

– Wiem, że to marne pocieszenie, ale w zeszłym roku gradobicie zniszczyło mi trzydzieści procent upraw. W jedną noc. Cały rok pracy poszedł na marne. Myślałem, że się nie podniosę. Że sprzedam to wszystko w cholerę i wyjadę do Norwegii malować domki.

Kinga uniosła brwi.

– I co zrobiłeś?

– Nic. Wstałem rano, wypiłem kawę i poszedłem sprzątać. Bo ziemia nie poczeka, aż przestanę się użalać. Drzewa trzeba było ogarnąć, żeby za rok znów dały owoce. I wiesz co? W tym roku zbiory były rekordowe.

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę. W powietrzu wisiało coś więcej niż tylko sąsiedzka uprzejmość.

– Masz ochotę na spacer? – zapytał nagle. – Muszę sprawdzić ogrodzenie przy lesie. Przyda mi się towarzystwo kogoś, kto potrafi twardo stąpać po ziemi, nawet jeśli teraz czuje się, jakby lewitował.

Kinga wahała się przez sekundę. Spojrzała na swoje domowe kapcie, potem na błotniste buty Pawła.

– Daj mi pięć minut. Muszę znaleźć kalosze.

Zrozumiała swój błąd

Obserwowałam ich przez okno w kuchni, jak szli w stronę lasu. Ona w mojej starej kurtce i za dużych kaloszach, on w swojej roboczej kufajce. Wyglądali tak naturalnie, jakby te dwadzieścia lat rozłąki w ogóle nie istniało. Przez następne tygodnie Kinga powoli wracała do życia. Zaczęła pomagać mi w domu, potem wyszła do ogrodu. Ale najwięcej czasu spędzała u Pawła. Najpierw niby tylko pomagała przy segregowaniu jabłek, bo twierdziła, że musi zająć czymś ręce, żeby nie myśleć. Potem zaczęła czytać o nowoczesnych metodach marketingu produktów rolnych.

– Mamo, wiesz, że Paweł ma świetny produkt, ale jego strona internetowa to dramat? – mówiła przy kolacji, z błyskiem w oku, którego nie widziałam od lat. – On mógłby sprzedawać te swoje soki tłoczone bezpośrednio do klienta, z pominięciem pośredników. Zrobiłam mu wstępny plan strategii.

– Naprawdę? I co on na to? – udawałam obojętność, choć w środku skakałam z radości.

– Był zachwycony. Nawet zaproponował, żebym... no wiesz, zajęła się tym zawodowo. Na razie dorywczo.

Pewnego wieczoru wróciła od niego późno. Miała rumieńce na twarzy i pachniała dymem z ogniska.

– Mamo – zaczęła, siadając naprzeciwko mnie przy stole. – Pamiętasz, jak zawsze mi powtarzałaś, że szczęścia nie znajdę w biurowcu?

Coś tam mi świta – uśmiechnęłam się.

– Strasznie mnie to wkurzało. Myślałam, że chcesz mnie uziemić, że nie rozumiesz moich ambicji. Że chcesz mnie na siłę wydać za mąż za pierwszego lepszego chłopa, byle miał pole.

– Nie za pierwszego lepszego – sprostowałam. – Tylko za Pawła.

Kinga zaśmiała się cicho.

– No tak. Za Pawła. Wiesz, on jest... inny. Nie udaje nikogo. Nie muszę przy nim grać, nie muszę być idealna. Dzisiaj, jak mu pokazywałam projekt etykiet na soki, on zamiast patrzeć w ekran, patrzył na mnie. I powiedział, że nigdy nie widział nikogo, kto z taką pasją opowiada o czcionkach, ale że jeszcze bardziej lubi, jak się śmieję. Eryk by powiedział, że czcionka jest nieczytelna.

– Paweł widzi człowieka, nie tabelkę – powiedziałam, chwytając ją za rękę. – I kocha tę ziemię. A ziemia uczy cierpliwości.

– Chyba zaczynam to rozumieć – szepnęła. – Nie wiem, czy tu zostanę na zawsze, mamo. Nie wiem, czy nadaję się na żonę rolnika, ale po raz pierwszy od lat czuję, że oddycham.

Ziarno zostało zasiane

Minęła zima, nadeszła wiosna. Kinga nie wróciła do Warszawy. Wynajęła swoje mieszkanie i przeniosła swoje niby biuro na poddasze naszego domu. Założyła własną firmę konsultingową dla lokalnych producentów żywności. Okazało się, że jest w tym świetna. A Paweł? Cóż, Paweł jest cierpliwy. Wczoraj widziałam ich w sadzie. Drzewa właśnie zaczynały kwitnąć, wszystko było białe od płatków. Paweł coś jej tłumaczył, pokazując na pąki, a ona słuchała z uwagą, trzymając go pod ramię. W pewnym momencie on się pochylił, zdjął jej z włosów jakiś płatek i pocałował ją w czoło. Kinga nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie, oparła głowę na jego ramieniu.

Nie wiem, czy będzie z tego ślub. Może za rok Kinga stwierdzi, że jednak tęskni za zgiełkiem miasta, ale patrząc na nich tam, w tym sadzie, wiem jedno, że moja córka wreszcie przestała gonić za czymś, co nie istnieje. Znalazła grunt pod nogami. Mój plan „idealnego faceta z kawałkiem pola” może nie zadziałał tak szybko, jak chciałam, i może trochę zbyt mocno naciskałam. Ale ostatecznie to nie ja ich połączyłam. Połączyło ich życie, które zweryfikowało, co jest naprawdę ważne. Czasem trzeba przejść przez piekło korporacji, żeby docenić smak domowego chleba i dotyk szorstkiej, ale bezpiecznej męskiej dłoni. Jestem spokojna. Ziasrno zostało zasiane. Teraz trzeba tylko czekać na plony.

Halina, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama