„Córka nie ma w szkole przyjaciółek. Gdy opowiedziała mi, co przeżywa od 1 września, pękło mi serce”
„Usiadła obok mnie. Ściskała rękaw bluzy. – Ja nie mam żadnych przyjaciół. Wszyscy się ze mnie śmieją. Zamarłam. I po raz pierwszy od miesięcy zobaczyłam, jak bardzo była przygaszona. Usta zaciśnięte, oczy zaszklone. A potem zaczęła mówić. I z każdym jej słowem czułam, jak coś się we mnie łamie”.

- Redakcja
Zawsze byłam blisko z Leną. Od kiedy zostałyśmy same po rozwodzie z jej ojcem, starałam się być nie tylko matką, ale i przyjaciółką. Tyle że z biegiem miesięcy zauważałam, że coś się zmienia. Lena coraz częściej wracała ze szkoły zamyślona, zamknięta w sobie. Pojawiały się wymówki: „jestem zmęczona”, „wszystko okej”, „po prostu boli mnie głowa”. Tylko że ja czułam, że coś jest nie tak.
Winiłam siebie. Pracuję dużo, po godzinach, bo muszę, bo rachunki same się nie zapłacą. Ale wieczorami siadałam do komputera, a Lena zaszywała się w swoim pokoju. Myślałam, że to taki wiek, bo to dorastanie, hormony, pierwsze sekrety. Nie chciałam naciskać. Ale czułam się coraz bardziej bezradna. Któregoś wieczoru usłyszałam ciche pukanie do drzwi sypialni. Spojrzałam na zegarek – 22:13.
– Mamo… mogę coś powiedzieć? – jej głos był ledwo słyszalny, jakby bała się własnych słów.
– Jasne, kochanie – odłożyłam laptop na bok i zrobiłam miejsce na łóżku.
Usiadła obok mnie. Ściskała rękaw swojej bluzy.
– Ja nie mam żadnych przyjaciół. Wszyscy się ze mnie śmieją...
Zamarłam. I wtedy spojrzałam na nią, tak naprawdę i po raz pierwszy od miesięcy zobaczyłam, jak bardzo była przygaszona. Usta zaciśnięte, oczy zaszklone. A potem Lena zaczęła mówić. I z każdym jej słowem czułam, jak coś się we mnie łamie.
Nauczyciele udają, że nie widzą
– A nauczyciele? – zapytałam, starając się ukryć drżenie głosu.
Lena siedziała na brzegu łóżka, patrząc w podłogę.
– Udają, że nie widzą – odpowiedziała cicho. – Jak pani Monika wchodzi do klasy, to nagle wszyscy są mili. Nawet Kasia. A potem… potem znowu zaczynają.
– Co zaczynają? – czułam, że serce mi bije coraz szybciej.
– Wyśmiewają mnie. Jak się ubiorę inaczej, to mówią, że wyglądam jak lump. Albo, że mam „odzież z darów”. Gadają za moimi plecami, robią głupie miny, śmieją się, jak przechodzę obok. A jak coś powiem na lekcji, to potem mówią, że się popisuję, że jestem lizusem.
– A Sylwia? Myślałam, że się przyjaźnicie…
– Sylwia… ona tylko ze mną gada, jak nie ma Kasi. Inaczej udaje, że mnie nie zna. Albo mówi, że nie może teraz, że musi iść gdzieś indziej.
Zamilkłam na chwilę. Patrzyłam na moją córkę i nie wierzyłam, że to się dzieje. Że moje dziecko, które codziennie żegnałam w drzwiach z uśmiechem i słowami „baw się dobrze”, tak naprawdę szło do miejsca, które ją niszczy.
– Lena… dlaczego mi nic nie powiedziałaś wcześniej?
Wzruszyła ramionami.
– Bo się bałam. Że powiesz, że przesadzam. Jak wszyscy. Że mam nie wymyślać, że dzieci tak mają…
Zacisnęłam dłonie w pięści. Jak mogłam tego nie zauważyć? Czy naprawdę byłam aż tak ślepa?
– To nie są „dziecięce sprzeczki”. To, co robili… robią… to przemoc, Lena. I nie pozwolę, żebyś przez to przechodziła sama.
Córka wtuliła się we mnie, a ja czułam, jak drży. Nie mogłam zasnąć tej nocy. Wpatrywałam się w ciemność i miałam w głowie tylko jedno. Jka mogłam tego nie zauważyć? Jak długo to trwa?
Serce mi pękło
Następnego dnia wzięłam wolne z pracy. Poszłam do szkoły, bo nie mogłam dłużej udawać, że to, co usłyszałam, to dziecięce sprzeczki. Umówiłam się na rozmowę z wychowawczynią Leny, panią Moniką.
– Dzień dobry, przyszłam, bo… no cóż, Lena opowiedziała mi trochę o tym, co dzieje się w klasie – zaczęłam ostrożnie. – O tym, jak jest traktowana przez koleżanki. Szczególnie przez Kasię i jej grupkę.
Pani Monika złożyła dłonie na biurku, skinęła głową, ale na twarzy miała uśmiech, którego nie znosiłam. Ten cierpliwy, pobłażliwy, jakby za chwilę miała mi wytłumaczyć, że wyolbrzymiam.
– Wie pani, to normalne w tym wieku. Dziewczynki są czasem złośliwe, ale to często wynika z nieporozumień… Trzeba im dać czas.
– To nie są „złośliwości”. To zwykłe znęcanie się – powiedziałam już ostrzej. – Izolują ją. Wyśmiewają. Poniżają.
– Lena to wrażliwa dziewczynka. Może trochę nadinterpretuje sytuację? Nie zauważyłam, żeby była wykluczona. Na lekcjach funkcjonuje dobrze.
Zacisnęłam usta. „Na lekcjach” – no tak. Wtedy są miłe. Potem znowu zamieniają się w potwory. Wróciłam do domu z poczuciem, że trafiłam na mur. Wieczorem rozmawiałam z Lenką przy herbacie.
– Dlaczego mi nic wcześniej nie powiedziałaś?
Lena unikała mojego wzroku.
– Bo się bałam, że powiesz, że przesadzam.
Zacisnęłam palce na kubku.
– Nigdy więcej nie zostaniesz z tym sama, słyszysz?
– Ale mamo… – spojrzała na mnie nagle. – Może oni mają rację. Może jestem dziwna?
Serce mi pękło.
Zrobiło mi się niedobrze
Usłyszałam to przez przypadek. W nocy. Przechodziłam obok pokoju Leny, gdy usłyszałam cichy szept. Z początku myślałam, że mówi przez sen, ale po chwili zrozumiałam, że rozmawia przez telefon.
– Ona udaje, że mnie nie widzi. A potem… potem pisze, że jestem nikim… że wszyscy mnie nienawidzą… że nawet nauczyciele mają mnie dość…
Zatrzymałam się. Zrobiło mi się słabo.
– Nie wiem, co mam robić, serio. Jak przestanę odpowiadać, to mnie znowu obgadają. A jak odpowiem, to pokazują to wszystkim. Śmieją się. Wiem, że to robią.
Chciałam się cofnąć. Dać jej prywatność. Ale nie mogłam. W tej chwili nie byłam tylko matką, byłam kobietą, której dziecko było krzywdzone. Weszłam do pokoju.
– Lena – powiedziałam ostro. – Z kim rozmawiasz?
Dziewczynka spojrzała na mnie z przerażeniem. Od razu odsunęła telefon.
– Mamo, to tylko Ola…
– Daj mi ten telefon. Teraz.
– Mamo, proszę… – łzy natychmiast napłynęły jej do oczu. – Nie chcę, żebyś czytała…
– Daj – powiedziałam, głosem, którego sama się przestraszyłam.
Zabrałam komórkę z jej dłoni. Po chwili widziałam wszystko – wiadomości pełne wyzwisk, kpiny, emotki ze śmiechem, pogróżki. „Jesteś zerem” i wulgarniejsze, „Nikt cię nie lubi”, „Zrób wszystkim przysługę i zniknij”.
Zrobiło mi się niedobrze.
– Lena, dlaczego one ci to robią?
– Nie wiem… – zaszlochała. – Może po prostu mnie nie lubią.
– To nie są koleżanki. To jakiś koszmar! – wybuchłam.
Podeszła do mnie. Wtuliła się z całej siły.
– Mamo… nie chcę już tam wracać.
Trzymałam ją w ramionach. I już wiedziałam, że to był moment, w którym musiałam działać.
Nie mogłam tego znieść
Szkoła zorganizowała spotkanie. Niby po mojej prośbie, ale bardziej wyglądało to na przykry obowiązek niż realną chęć rozwiązania problemu. Wchodząc do sali, od razu zauważyłam Kasię i jej mamę. Kobieta w perfekcyjnym makijażu, paznokcie jak z reklamy, uśmiech sztuczny. Obok niej siedziała wychowawczyni – pani Monika, z tym samym spokojnym wyrazem twarzy, co zawsze. Z trudem wstrzymałam się, żeby nie wybuchnąć jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy.
– Pani córka oskarża moją o… przemoc psychiczną? – zapytała matka Kasi z teatralnym oburzeniem. – Przecież one się znają od podstawówki! Lena pewnie po prostu źle znosi dorastanie. Niektóre dzieci są… wrażliwsze.
– To nie ma nic wspólnego z wrażliwością – powiedziałam twardo. – Ona boi się iść do szkoły. Boją się odezwać do niej inne dzieci, żeby nie zostały odrzucone. To systemowe wykluczanie.
– Proszę nie przesadzać – ucięła wychowawczyni. – Dziewczynki w tym wieku często się kłócą. Wiem, że to trudne, ale to może być chwilowy konflikt.
– Konflikt? – spojrzałam na nią. – Konflikt to jak jedna strona się stawia. Moja córka była zastraszana. Milczała, bo nikt nie chciał jej słuchać.
– Lena zawsze wydawała się wycofana. Może z natury nie jest zbyt towarzyska? – dorzuciła jeszcze matka Kasi.
– Towarzyska? – powtórzyłam i wstałam. – Ona chciała umrzeć, żeby to się skończyło. A pani mówi o towarzyskości?
W pokoju zapadła cisza. Wychowawczyni odchrząknęła.
– My… przyjrzymy się sytuacji. Zorganizujemy spotkania integracyjne. Może warsztaty. Spróbujemy...
Wróciłam do domu wściekła. Czułam się, jakbyśmy przegrały jakąś wojnę, której nawet nikt nie zauważył. Lena leżała skulona na kanapie. Spojrzała na mnie.
– Wyszło, że to wszystko moja wina, prawda?
Podeszłam, usiadłam obok niej.
– Nie, kochanie. To nie twoja wina. Ale teraz wiem, że musimy szukać pomocy gdzie indziej.
Zrobię wszystko, co w mojej mocy
Odliczałam dni do wizyty u psychologa. Lena się nie opierała, ale też nie zadawała żadnych pytań. Wciąż chodziła jak w transie – z łóżka do kuchni, potem z powrotem pod kołdrę. Szkoła na chwilę przestała istnieć. Zwolniłam ją na tydzień, z „powodów zdrowotnych”. Któregoś dnia, gdy siedziała przy stole z herbatą, zapytała:
– Mamo… czy jak zniknę, to wszystkim będzie łatwiej?
Zamarłam. Poczułam, jak serce mi się ściska z bólu.
– Co ty mówisz? Lena?!
– Nie no, tak tylko… się zastanawiałam. Bo może naprawdę jestem problemem. Skoro mnie nie ma, to nikt nie musi się ze mną zadawać. I nie mają kłopotów.
Usiadłam naprzeciw niej i po raz pierwszy od dawna uderzyłam pięścią w stół.
– Nigdy więcej tak nie mów! Rozumiesz? Nigdy! Nie jesteś problemem. Jesteś moim dzieckiem. I jeśli ktoś sprawia, że tak się czujesz, to on ma problem, nie ty.
Patrzyła na mnie bez słowa, jakby próbowała zrozumieć, czy mówię to na serio.
– Po prostu… nikt mnie nie lubi. To chyba nie przypadek, co?
Chciałam coś powiedzieć, coś mądrego, coś, co odwróci ten przeklęty tok myślenia. Ale nie umiałam. Przysunęłam się do niej, objęłam i wyszeptałam:
– Wiem, że cię bolą ich słowa. Ale one nie określają tego, kim jesteś. Naprawdę.
Tego wieczoru napisała na kartce „Nie chcę być przezroczysta”. Zostawiła ją na moim biurku. Zrozumiałam, że dla niej to nie chodzi już o konkretne osoby. Chodzi o bycie niewidzialną. O to, że nikt nie stanął po jej stronie, nikt nie zauważył, że ona znika. Do psychologa miałyśmy iść w czwartek. A ja już wiedziałam, że to nie wystarczy. Że potrzebuję sojuszników. Że muszę szukać odpowiedzi. I że zrobię wszystko, żeby Lena odzyskała siebie.
Karolina, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój zięć po śmierci żony żyje jak w zakonie. Po tym co zrobił, kobiety powinny się ustawiać do niego w kolejce”
- „Mąż zamiast na grzybobrania, latał na spotkania w klubie seniora. Teraz marynuje swoje grzybki u innej pani domu”
- „Nie chciałam być sztywniarą i wylądowałam na grzybobraniu. Trochę naściemniałam o sobie, ale wyrwałam niezły okaz”