Reklama

Nie wiem, czy to ja jestem dziwna, czy po prostu taka już rola matek. Że dajemy z siebie wszystko, a potem... nawet nie zauważamy, kiedy przestajemy się liczyć. Czasem siedzę wieczorem przy stole, patrzę na krzesło po drugiej stronie i przypominam sobie, jak Daria była mała. Siadała tam z rozczochranymi włosami, z kubkiem kakao w ręku, i mówiła: „Mamusiu, opowiedz mi bajkę”. A teraz? Teraz dzwoni tylko, gdy czegoś potrzebuje. Mam na imię Joanna. Pięćdziesiąt osiem lat, samotna matka, księgowa z trzydziestoletnim stażem. Od dziesięciu lat mieszkam sama. Odkąd Daria się wyprowadziła, życie ucichło. Nie, żebym się skarżyła — lubię ciszę. Ale czasem ta cisza aż dzwoni w uszach.

Zawsze myślałam, że jak wychowam dziecko na porządnego człowieka, to potem... będę częścią jego świata. Nawet nie główną. Chociaż tą boczną drogą. Ale od lat mam wrażenie, że w życiu córki jestem tylko wtedy, kiedy akurat wali się jej sufit albo trzeba przypilnować małego. Albo — jak ostatnio — gdy zabrakło jej pieniędzy. Próbuję to sobie tłumaczyć. Że młodzi teraz mają ciężej. Że to normalne. Że pewnie też bym tak robiła, gdybym była na jej miejscu. Ale w środku coś mnie uwiera. Jak mały kamyk w bucie. Bo matka, która daje z siebie wszystko, też czasem potrzebuje zwykłego „mamo, jak się masz?”. Wczoraj znów zadzwoniła.

– Mamo, mam taką jedną sprawę… – zaczęła słodkim głosem, który znam aż za dobrze.

A ja już wiedziałam. To nie był telefon z troski. To nie była potrzeba spotkania. To był wstęp do prośby. I pomyślałam wtedy, że może najwyższy czas... przestać się oszukiwać.

Ile razy to już słyszałam?

Telefon zadzwonił tuż po dziewiętnastej. Zawsze wtedy dzwoni. Jakby miała zaprogramowaną w głowie godzinę, kiedy już skończę pracę, zjem coś na szybko i usiądę w ciszy. Spojrzałam na wyświetlacz. „Daria” i emotka serduszka. Ten serduszko-dodatek to jeszcze sprzed lat, kiedy wierzyłam, że mamy bliską relację.

– Cześć, mamusiu – usłyszałam jej rozpromieniony głos. – Jak się czujesz? Co u ciebie?

Zawsze zaczyna tak samo. Miło, ciepło, przez chwilę można uwierzyć, że dzwoni z troski. Odpowiedziałam spokojnie, choć już czułam ten znajomy niepokój w żołądku.

– Mamo, bo jest taka jedna sprawa... – zawiesiła głos. – Mogłabyś mi pożyczyć pięć tysięcy?

Nie „czy masz”. Nie „czy możesz”. Tylko: „mogłabyś”. Jakby to była formalność.

– Daria, a co się stało? – zapytałam ostrożnie.

– No wiesz... wpadliśmy z Marcinem w lekką dziurę finansową. Karta kredytowa, przedszkole, wiesz, życie. Ale to tylko na chwilę. Oddam ci w przyszłym miesiącu.

Przełknęłam ślinę. Ile razy to już słyszałam? Ile razy miał być „ostatni raz”? Chciałam zapytać, czemu nie zapyta Marcina. Czemu zawsze ja.

– Nie wiem, Dariu. Muszę to przemyśleć – odpowiedziałam cicho.

– Serio? Przecież zawsze mi pomagałaś...

I właśnie to zabolało najbardziej. „Zawsze mi pomagałaś” — nie: „zawsze byłaś przy mnie”. Tylko: „pomagałaś”. Jak fundacja. Jak bank.

Milczałam, a ona zaczęła się spieszyć.

– Dobra, mamo, oddzwonię jutro, okej?

Klik. Rozmowa się skończyła. Jak zawsze – szybko, konkretnie, bez czułości. A ja siedziałam w tej ciszy, patrząc w ścianę, i czułam się jak automat. Może faktycznie – tylko do wypłat.

Choć raz zrób coś dla siebie

– Joasiu, ale ty musisz w końcu powiedzieć „dość” – Basia spojrzała na mnie z kubkiem herbaty w ręku. – Przecież ty jesteś tylko dla niej, kiedy coś się pali. A tak to co? Cisza?

Wzruszyłam ramionami. Wiedziałam, że ma rację. Ale co miałam zrobić? Przestać być matką?

– Ja po prostu… nie chcę, żeby miała do mnie żal. Że jej nie pomogłam, kiedy naprawdę potrzebowała – wyszeptałam, gapiąc się w parującą herbatę.

– A kto ci pomagał, kiedy ty nie miałaś na czynsz, co? Kiedy ojciec Darii się zwinął jak tchórz i zostałaś sama z dzieckiem?

Zacisnęłam dłonie. Pamiętałam. Pamiętałam wszystko aż za dobrze.

– Basia, ale to moja córka…

– No właśnie. Twoja. Nie twoja pożyczkobiorczyni! – warknęła. – Joasia, ja wiem, że ty ją kochasz. Ale kochanie kogoś nie oznacza, że pozwalasz sobie wchodzić na głowę. Ty jesteś człowiekiem, nie bankiem.

Pokręciłam głową. Gdzieś głęboko czułam wstyd. Wstyd, że o tym rozmawiam. Że muszę ważyć, czy mnie stać... nie finansowo, tylko emocjonalnie. Czy mnie jeszcze stać na to, by być dla niej dostępna tylko na zawołanie.

– Pamiętasz, kiedy ostatni raz przyszła do ciebie nie po coś, tylko tak – pogadać? – zapytała cicho Basia.

Nie pamiętałam.

– Może... na urodziny?

– Kiedy?

– Dwa lata temu.

Wtedy zapadła cisza. A ja poczułam, jak coś we mnie pęka. Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę i nagle wszystko ucichło.

– Nie chcę tak już – powiedziałam cicho. – Naprawdę nie chcę.

Basia ścisnęła moją dłoń.

– Masz do tego prawo, Joasiu. Choć raz zrób coś dla siebie.

Od dziś... ten portfel będzie zamknięty

Któregoś dnia Daria przyjechała z niespodziewaną wizytą. Właśnie gotowałam zupę i zabrakło mi soli. Wyszłam na chwilę do sklepu. Gdy siedzieli w salonie i cicho rozmawiali. Chyba nie wiedzieli, że weszłam. Nagle usłyszałam tylko:

– No i co? Myślisz, że ca ci te pieniądze? – zapytał on, z niecierpliwością w głosie.

– Pewnie tak, jak zawsze – odpowiedziała Daria z westchnieniem. – Powie, że musi się zastanowić... Ale w końcu i tak mi da.

– No i git. Mówiłem ci, że nie musisz się tak nad tym rozwodzić.

Zamarłam.

– Cicho, bo zaraz wróci – rzuciła Daria.

Zrobiłam krok w tył. Potem drugi. Ale nie mogłam się powstrzymać. Weszłam do salonu.

– Już wróciłam – powiedziałam cicho, ale z siłą, której się po sobie nie spodziewałam.

Zamarli. Oboje. Marcin poderwał się z kanapy, Daria zbladła.

– Mamo, to nie tak...

– Nie przerywaj mi, Daria. Wszystko słyszałam.

Nastała cisza. Taka, która dusi.

– Czyli te wasze odwiedziny, znów chodzi tylko o pieniądze.

– Mamo, ja...

– Nie. Ty już nic nie mów. Chciałam tylko, żebyś wiedziała, że od dziś... ten portfel będzie zamknięty. I nie chodzi tylko o kasę. Chodzi o twój stosunek do mnie.

Wyszedł Marcin. Nawet się nie pożegnał. A Daria została, patrząc na mnie tymi samymi oczami, które kiedyś błyszczały, kiedy czytałam jej bajki na dobranoc.

– Mamo, proszę...

Ale ja już nie słuchałam.

Nie chcę być tylko „mamo, ratuj”

Siedziałyśmy w kuchni. Ja przy stole z dłońmi zaciśniętymi na kubku herbaty, ona naprzeciwko — z oczami zaczerwienionymi, ale dumną miną. Nie płakała. Jeszcze nie.

– Wiesz, co mnie najbardziej boli? – zapytałam cicho. – Że nie wiem już, czy jeszcze jesteś moją córką, czy tylko osobą, która mnie zna i wie, gdzie mam PIN do karty.

Daria odetchnęła ciężko i odwróciła wzrok.

– Mamo, to nie tak miało zabrzmieć...

Ale właśnie tak zabrzmiało. I tak też to czuję od dawna. Że przychodzisz tylko po coś. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zadzwoniłaś, żeby zapytać, jak się czuję. Nie pamiętam, kiedy mnie przytuliłaś, ot tak, bez interesu.

– To nieprawda – rzuciła, ale głos jej się załamał.

– Naprawdę? – nachyliłam się do przodu. – A kiedy ostatnio zaprosiłaś mnie do siebie? Kiedy zaproponowałaś wspólny spacer? Albo... zapytałaś, czy czegoś nie potrzebuję?

– Nie wiem... – wyszeptała.

– Bo to nigdy nie jest o mnie. Zawsze o tobie. A ja już nie chcę być tylko „mamo, ratuj”. Ja też jestem człowiekiem. Mam uczucia. Tęsknię. Chciałabym, żebyś czasem po prostu była. Bez prośby w kieszeni.

Zapadła cisza. I wtedy pierwszy raz od dawna zobaczyłam ją — nie kobietę, nie matkę, nie proszącą. Moją dziewczynkę. Zagubioną. I może... też nie do końca rozumiejącą, jak to wszystko działa.

Nie pożyczę ci tych pieniędzy

– Czyli nie mogę na Ciebie liczyć, ten ostatni raz?

– Nie, Dario – powiedziałam spokojnie, ale bez wahania. – Nie pożyczę ci tych pieniędzy.

Siedziała ze spuszczoną głową. Po raz pierwszy nie próbowała mnie przekonać, nie tłumaczyła się, nie wyliczała „jak tylko spłacą ratę, to od razu ci oddam”. Milczała. A ja czułam, jak z każdym słowem spada ze mnie ten ciężar, który nosiłam latami.

– Nie dlatego, że nie mam. Mam. Ale nie chcę. Nie chcę być już tylko tym, kto cię ratuje, kiedy ty się nie zatrzymujesz. Nie jestem twoją opcją awaryjną.

– Rozumiem – powiedziała cicho.

Ale widziałam, że nie rozumiała. Jeszcze nie.

– Kocham cię, Daria. Ale już nie będę siebie oddawać po kawałku, żebyś mogła załatać swoje dziury. Wiesz, że nie zadzwoniłaś na moje ostatnie urodziny? Nawet SMS-a nie wysłałaś. Za to tydzień później już dzwoniłaś. Wiesz po co? Po opiekę nad Jaśkiem. I wiesz co? Ja wtedy się cieszyłam. Bo przynajmniej mnie potrzebowałaś.

Zamilkłam. W pokoju zrobiło się duszno. Daria wstała, chwyciła torebkę. Nie patrzyła mi w oczy.

– Dobrze. Rozumiem, mamo. Nie będę ci więcej zawracać głowy.

– To nie o to chodzi! – poderwałam się z krzesła. – Nie chcę, żebyś przestała przychodzić. Chcę, żebyś przychodziła... nie tylko po coś. Ale dla mnie. Rozumiesz?

Nie odpowiedziała. Po prostu podeszła do drzwi. Widziałam jej drżące palce na klamce.

– Do zobaczenia – rzuciła i wyszła.

Stałam w kuchni jak wmurowana. Serce waliło mi jak szalone. Pęknięte, rozczarowane, ale... lżejsze. Po raz pierwszy od lat miałam poczucie, że stanęłam za sobą. I choć bolało, wiedziałam: zrobiłam dobrze. A potem została cisza. I ta zupa, którą musiałam zjeść sama.

Joanna, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama