„Córka po feriach w Austrii nie chciała wracać do szkoły. Dopiero po tygodniu teść przyznał, co się wydarzyło”
„Wyjazd zorganizował mój teść. Mnie i mojego męża w ostatniej chwili zatrzymała praca, więc Maja pojechała z dziadkami i ich sąsiadami, którzy też mieli dzieci w wieku szkolnym. W teorii – super. W praktyce – wróciło do mnie dziecko, którego nie poznawałam”.

- Redakcja
Nie jestem nadopiekuńczą matką. Naprawdę. Zawsze starałam się dawać mojej córce tyle wolności, ile mogła unieść. Kiedy inne matki z mojego otoczenia kontrolowały swoje dzieci, ja wychodziłam z założenia, że jeśli będziemy ze sobą rozmawiać, to nie potrzebuję bawić się w szpiega. I długo działało. Maja ufała mi, a ja jej. Zawsze mówiła, jak było na klasowych wycieczkach, co ją denerwowało w koleżankach, czy któryś chłopak jej się podoba. Bywały oczywiście dni, kiedy trzaskała drzwiami i warczała, że „nikt jej nie rozumie”, ale tak przecież wygląda dorastanie. Normalka. Dlatego, kiedy po feriach zimowych w Austrii wróciła do domu blada jak ściana i zamiast opowiadać z entuzjazmem o stokach i koleżankach, zamknęła się w pokoju i kazała „dać jej spokój” – zaniepokoiłam się.
Najpierw myślałam, że się zakochała. Potem, że może ktoś ją zranił, powiedział coś okrutnego. Tydzień minął, a ona wciąż nie chciała wracać do szkoły, byłam już gotowa dzwonić do psychologa. I wtedy zadzwonił teść. Z pozoru beztroski jak zawsze, tylko tym razem ton jego głosu był jakby zbyt ostrożny.
Nie wiedziałam, czego się spodziewać
– Mamo, naprawdę nie czuję się na siłach – powiedziała Maja, chowając się pod kocem. – Nie rozumiesz?
– To może powiedz mi, żebym mogła zrozumieć – usiadłam na brzegu jej łóżka. – Przez tydzień nie powiedziałaś mi nic o wyjeździe. Ani jednego słowa. Co się stało?
Wzruszyła ramionami i wpatrywała się w ekran telefonu, jakby tam miała znaleźć odpowiedź.
– Nic się nie stało. Po prostu… było dziwnie.
– Dziwnie? – uniosłam brwi. – To znaczy?
– Mamo, daj spokój, dobra? Jestem zmęczona – powiedziała i odwróciła się do ściany.
Nie naciskałam. Jednak zaczęłam układać sobie wszystko w głowie. Wyjazd zorganizował mój teść. Mnie i mojego męża w ostatniej chwili zatrzymała praca, więc Maja pojechała z dziadkami i ich sąsiadami, którzy też mieli dzieci w wieku szkolnym. W teorii – super. W praktyce – wróciło do mnie dziecko, którego nie poznawałam.
– Halo, tato? – jeszcze tego samego wieczoru odebrałam telefon od teścia.
– O, hej! I jak tam nasza księżniczka? – rozbrzmiał jego wesoły głos.
– Właśnie chciałam o niej porozmawiać – odparłam. – Co się tam wydarzyło?
Zapadła cisza. Dosłownie słyszałam, jak przełyka ślinę.
– No… Była taka jedna sytuacja. Myślałem, że to nic takiego. Myślałem, że lepiej, żebyś nie wiedziała…
– Nie wiedziała? – powtórzyłam lodowato.
– Poczekaj. Muszę się zastanowić, jak to ująć… To nie tak, jak myślisz…
– Oho – mruknęłam. – To już brzmi świetnie.
Nie kryłam oburzenia
– No więc... – zaczął teść, a ja już wiedziałam, że to nie będzie nic lekkiego. – Była taka jedna noc. Poszliśmy do tej knajpki przy stoku, wiesz, takiej z tymi nartami porozwieszanymi na ścianach. Dzieci też z nami były, ale siedziały przy osobnym stoliku.
– I? – warknęłam.
– No i kelner się pomylił z zamówieniem i dzieci dostały nie to, co miały dostać.
– Że co proszę? – zapytałam powoli.
– Myśleliśmy, że to jakiś dziwny kompot albo coś. Dopiero potem się okazało, że nie był najświeższy...
– I wy żeście, dorośli, nie zauważyli, że dzieci piją paskudztwo?! – podniosłam głos.
– No ale przecież Mai nic się nie stało.
– Tato, moja córka wróciła do domu blada jak kreda i od tygodnia nie chce wyjść z pokoju. A ty mi mówisz „nic się nie stało”?!
– Przecież nie zrobiliśmy tego specjalnie. I wiesz... ona później... – urwał.
– Co „później”?
– Zaczęła płakać. Z nikim nie chciała rozmawiać, tylko siedziała w łazience i ryczała. Myśleliśmy, że może brzuch ją boli po tym kompocie. Nie chciałem cię martwić...
– Więc postanowiłeś to przemilczeć? – syknęłam. – Gratuluję, świetny pomysł.
– Nie przesadzaj.
Chciało mi się płakać
Kiedy skończyłam rozmowę z teściem, przez kilka minut siedziałam na kanapie w kompletnej ciszy. Chciało mi się płakać, ale byłam zbyt wściekła, żeby pozwolić sobie na łzy. Maja – moja rozsądna, grzeczna Maja – została wciągnięta w coś, co kompletnie ją przerosło. I najgorsze było to, że nikt nie zauważył, co naprawdę się stało. Zapukałam delikatnie do jej drzwi.
– Maju? Mogę?
– Nie chcę gadać – rzuciła z głębi pokoju.
– Tylko na chwilę. Proszę – nacisnęłam klamkę i weszłam.
Leżała skulona pod kocem, tylko czubek nosa wystawał spod materiału.
– Rozmawiałam z dziadkiem – zaczęłam cicho. – Wiem, że coś się wydarzyło tamtego wieczoru.
Cisza.
– On powiedział, że kelner pomylił napoje. Że przypadkiem podano zepsuty kompot.
Maja się nie poruszyła, a potem zaczęła płakać.
– Potem jeden z chłopaków – ten starszy, Kacper... powiedział coś okropnego. Że jak nie wypiję tego kompotu, to nikt nie będzie chciał się ze mną bawić.
Walczyłam o córkę
Siedziałam przy stole w kuchni i patrzyłam, jak Maja kręci w palcach rękaw bluzy. Już nie płakała, tylko mówiła szybko, jakby chciała mieć to za sobą.
– Dziadek widział, że mi dokuczają. Zapytał, czy znowu przesadzam. Powiedział, że młodzież teraz robi problemy z byle czego.
– A ten chłopak? – zapytałam. – Kto to był?
– Syn tych znajomych dziadka. Starszy ode mnie – prychnęła.
Wstałam tak gwałtownie, że krzesło zapiszczało o płytki.
– Zadzwoń do dziadka – poprosiłam. – Chcę, żeby to usłyszał od ciebie.
– Mamo, nie… – zaczęła, ale podała mi telefon.
– Tato – powiedziałam, kiedy odebrał. – Maja jest obok. Opowiedz jej jeszcze raz, że nic się nie stało.
– Nie przesadzajmy – westchnął. – Młodzi zawsze coś wyolbrzymiają.
– Dziadku – odezwała się cicho Maja. – Kacper śmiał się ze mnie. Cały tydzień mi dokuczał.
Zapadła cisza.
– No… – mruknął po chwili. – Chłopak pewnie żartował. Trzeba mieć dystans.
– Naprawdę nie widzisz problemu?– zapytałam lodowato.
– Nie chciałem afery na wyjeździe – odpowiedział. – Wszyscy by się źle poczuli.
– Gratuluję priorytetów – odparłam. – Następnym razem oszczędź sobie wyjazdów z wnuczką.
Rozłączyłam się, zanim zdążył coś dodać. Maja spojrzała na mnie niepewnie.
– Przeze mnie się pokłócicie.
– Nie – powiedziałam spokojnie. – Przez jego milczenie.
Poruszyłam niebo i ziemię
Następnego dnia Maja miała wrócić do szkoły. Tornister stał gotowy pod drzwiami, a ona krążyła po kuchni bez sensu, jakby liczyła na cud.
– Mamo, a jak go spotkam w szkole? – zapytała nagle. – Jak znowu będą się ze mnie naśmiewać?
– Kto? – nalałam jej herbaty, choć wiedziałam, że nie tknie.
– Wszyscy. Już i tak myślą, że jestem dziwna. Teraz dojdzie, że „donoszę”.
– Nikt nie ma prawa się z ciebie śmiać – odpowiedziałam. – I koniec kropka.
– Łatwo ci mówić – burknęła.
Westchnęłam i usiadłam naprzeciwko niej.
– Masz rację. Dlatego to ja pójdę do szkoły.
– Co?! – podniosła głowę. – Mamo, nie rób scen.
– Sceny robią ludzie, którzy udają, że nic się nie stało – odparłam. – Ja idę porozmawiać. Spokojnie. Bardzo spokojnie.
W szkolnym sekretariacie spokojnie wyjaśniłam, jaki jest cel mojej wizyty.
– Chciałabym porozmawiać z pedagogiem – powiedziałam.
Pedagog słuchała uważnie, bez przerywania. Maja siedziała obok i milczała.
– Dobrze, że przyszłyście – powiedziała w końcu. – To, co pani opisuje, nie jest błahostką.
– Wiem – skinęłam głową. – I chcę, żeby moja córka też to wiedziała.
W drodze do domu Maja odezwała się nieśmiało:
– Czyli… nie przesadzam?
– Gdybyś przesadzała, nie siedziałybyśmy u pedagoga, tylko jadłybyśmy pączki – odpowiedziałam. – A ja naprawdę miałam na nie ochotę.
Uśmiechnęła się po raz pierwszy od tygodnia. I wtedy zrozumiałam, że wróciła do mnie.
Nie umiałam mu wybaczyć
Kiedy kilka dni później spotkałam teścia, wciąż czułam w sobie złość. Stał oparty o samochód, jakby czekał na odpowiedni moment, żeby się wślizgnąć z przeprosinami.
– Hej, Agnieszka… – zagaił ostrożnie. – Myślałem, że może porozmawiamy?
– Naprawdę? – uniosłam brwi. – A to nowość. Zazwyczaj wolisz zamiatać problem pod dywan.
– Słuchaj, ja nie wiedziałem, że to tak poważne… Maja nigdy mi nie powiedziała, co się wydarzyło naprawdę.
– Może dlatego, że twoja pierwsza reakcja to było: „nie przesadzaj” – rzuciłam. – Wiesz, dzieci świetnie wyczuwają, kiedy nie warto się otwierać.
– Masz rację – westchnął. – Naprawdę mi przykro. Nie powinno do tego dojść. Obiecałem sobie, że porozmawiam z tym chłopakiem. I z jego rodzicami. Nie mogę udawać, że to nic.
– To dobrze. Tylko pamiętaj – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy – że przeprosiny to nie magia. Nie naprawiają od razu szkody.
– Wiem, ale spróbuję. Myślisz, że ona mi kiedyś wybaczy?
– To nie mnie o to pytaj – odparłam. – Ale jeśli chcesz zacząć, to może spróbuj od zwykłego „przepraszam”. Bez gadania. Bez tłumaczeń.
Zauważyłam, że Maja obserwuje nas przez okno. Kiedy teść pomachał jej nieśmiało, przez sekundę odwzajemniła gest. To był mały ruch. Niewielki. Jednak wystarczający, by pomyśleć, że może jeszcze wszystko się ułoży. Po swojemu.
Agnieszka, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”
- „Byłam pewna, że na feriach w Białce mój chłopak mi się oświadczy. To, co powiedział, bolało bardziej niż upadek na stoku”
- „Postawiłam mężowi noworoczne ultimatum: zero tajemnic. Dopiero później zrozumiałam, dlaczego tak szybko się zgodził”