Reklama

Wszystkie matki kochają swoje dzieci – to banał, ale prawda. Kochamy je nawet wtedy, gdy robią głupoty, gdy nas zawodzą, gdy nie chcą słuchać. Kiedy przyszła do mnie moja córka, zapłakana, roztrzęsiona, blada jak ściana i powiedziała: „Mamo, potrzebuję dwadzieścia tysięcy, inaczej wszystko się posypie…”, to jak miałam jej odmówić? Nie zapytałam wtedy, na co. Widziałam w jej oczach ten rodzaj rozpaczy, który chwyta za gardło i nie puszcza. Teraz kiedy już wszystko wiem, aż mnie ściska w środku. Nie ze złości, tylko z tego dziwnego żalu, że znowu wyszłam na ostatnią głupią w rodzinie.

Serce mi stanęło

– Mamo, jesteś w domu?! – rozległo się już od progu.

Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, drzwi trzasnęły, a po chwili w kuchni stała moja córka – cała zapłakana, z rozmazanym tuszem, z torebką zwisającą z ramienia i telefonem w zaciśniętej dłoni.

Boże, co się stało?! – zerwałam się z krzesła.

– Mamo… ja… – zacięła się, zrobiła dwa kroki i osunęła się na krzesło. – Potrzebuję pieniędzy. I to szybko.

– Ile?

Dwadzieścia tysięcy – powiedziała cicho, niemal szeptem.

Serce mi stanęło. Dwadzieścia tysięcy?! Przecież to była cała moja poduszka bezpieczeństwa – wszystko, co miałam odłożone na gorsze dni. Jednak nie to mnie najbardziej zaniepokoiło. Tylko sposób, w jaki to powiedziała. Jakby ją ktoś ścigał.

Coś ty narobiła? Pożyczyłaś skądś? Masz jakieś długi?

– Nie. Znaczy… nie takie, jak myślisz. Mamo, błagam cię, nie zadawaj teraz pytań. Po prostu… pomóż mi, dobrze?

– Nie jestem jakimś bankiem! – podniosłam głos, ale zaraz zobaczyłam, jak zaciska wargi, jak jej drżą ramiona. – Dobrze, już… cicho. Dobrze. Dam ci. Tylko chcę wiedzieć, na co.

Powiem ci, ale później. Przysięgam. Teraz muszę to załatwić. Dziś. Teraz. Proszę…

Nie wiem, co mną wtedy kierowało. Instynkt? Litość? Głupota? Poszłam do sypialni i wyjęłam z szafy metalową kasetkę. Wręczyłam jej kopertę, a ona rzuciła mi się na szyję.

– Mamo… dziękuję. Ratujesz mi życie.

I wybiegła.

Serce mi waliło jak oszalałe

Minęło kilka dni. Marysia nie dzwoniła, nie pisała, nie wpadała. A mnie skręcało w środku z niepokoju. W końcu sama zadzwoniłam. Odebrała po trzecim sygnale.

– Cześć, mamo – powiedziała zbyt wesołym głosem, jak na kogoś, kto ledwie parę dni temu błagał mnie o pieniądze z oczami na mokrym od łez.

Możesz mi wytłumaczyć, co się dzieje? Dałam ci dwadzieścia tysięcy i nawet nie wiem, na co…

– Nie teraz, dobrze? Wszystko ogarnę, obiecuję. Proszę, nie drąż.

– Jak to „nie drąż”?! To są moje oszczędności życia, dziecko! Nie wygrałam w totolotka, ja to odkładałam przez lata!

– Wiem, mamo, i jestem ci wdzięczna, ale… zaufaj mi, dobrze? Wszystko będzie dobrze. Po prostu musiałam się wyrwać. Odetchnąć.

– Wyrwać? – prychnęłam. – Co ty wygadujesz? Mów prawdę. Czy to jakiś facet? Hazard? Długi? Coś z pracą?

Zamilkła.

– Marysia?

– To nie to, mamo. Nic złego się nie dzieje. Ja po prostu… zrobiłam coś dla siebie, okej?

– Ale co?

– Nie mogę teraz rozmawiać. Zadzwonię. Kocham cię. Pa.

– Marysia, nie…

Rozłączyła się, a ja zostałam z telefonem przy uchu i ciarkami na karku. Serce mi waliło jak oszalałe. Odetchnąć? Za dwadzieścia tysięcy? Coś tu śmierdziało i to bardzo.

Byłam w szoku

Zadzwoniła dwa dni później.

– Mamo, możesz mówić?

– Zależy, czy wreszcie przestaniesz się bawić w tajemnice i powiesz mi, o co chodzi – odpowiedziałam chłodno.

– Nie chcę się z tobą kłócić… – westchnęła. – Spotkajmy się. Pokażę ci wszystko. Tylko nie rób awantury, dobrze?

– Awantura będzie, jak sobie na to zasłużysz – warknęłam. – Gdzie i kiedy?

Umówiłyśmy się w jej ulubionej kawiarni. Usiadła naprzeciwko mnie z latte w ręce, jakby nic się nie stało.

– No? – spojrzałam na nią spod byka. – Gdzie moje dwadzieścia tysięcy?

Zamiast odpowiedzi wyciągnęła telefon. Pokazała mi zdjęcia. Palmy, plaża, hotelowy basen z widokiem na ocean. Ona – w bikini, z drinkiem, z jakimś brodatym przystojniakiem.

Żartujesz sobie ze mnie? – zapytałam ostro. – Ty to wszystko za moje pieniądze?!

– Potrzebowałam tego. Byłam wykończona. Musiałam się zresetować.

– Resetujesz się na Malediwach?! A mnie mówisz, że „życie ci się sypie”?!

– To nie do końca było kłamstwo – burknęła. – Serce mi waliło jak oszalałe

– Czy to jest doby powód, żeby lecieć do tropików za moje pieniądze?!

– Nie złość się. Oddam ci te pieniądze. Obiecuję.

– Oddasz?! Z czego? Nie jestem naiwna…

Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać.

Byłam na nią wściekła

– Rozumiem, że jesteś zła – zaczęła, bawiąc się łyżeczką od kawy – ale nie mów, że to wszystko moja wina.

– Nie? – uniosłam brew. – To co, może zmusiłam cię do wyjazdu? Może to ja ci kupiłam ten bilet, hm?

– Nie o to mi chodzi – syknęła. – Po prostu… Całe życie tylko oszczędzasz. Nie umiesz sobie pozwolić na nic. Ja tak nie chcę.

I dlatego wydałaś moje pieniądze?! Bo co? Bo cię to uwierało, że mama całe życie dzieliła złotówkę na cztery?

– Bo bałam się, że skończę jak ty! – wypaliła.

Zamilkłam. Jak ja.

– Przepraszam, mamo – powiedziała ciszej. – Ale ja patrzę na ciebie i widzę kobietę, która nigdy nie miała wakacji, bo zawsze były ważniejsze rzeczy. Która nie kupiła sobie porządnego płaszcza, bo może lodówka się zepsuje. Ja nie chcę tak żyć. Choć raz w życiu chciałam poczuć się lekko.

– A co, nie mogłaś sobie sama na to zarobić?

– Miałam kryzys, mamo. Naprawdę. Ten facet… ten, z którym pojechałam… myślałam, że coś z tego będzie. A to był zwykły bajerant.

– Czyli straciłaś i pieniądze, i faceta. Piękny bilans.

– Przynajmniej zrozumiałam coś o sobie. Że potrzebuję czegoś więcej. I że chyba czas dorosnąć.

– Dopiero teraz to do ciebie dotarło? – spojrzałam na nią ostro. – Bo ja mam wrażenie, że jesteś wciąż tą samą dziewczynką, która wszystko bierze, ale za nic nie chce odpowiadać.

Zamilkła.

Parsknęłam śmiechem

Siedziałyśmy chwilę w ciszy. Marysia przesuwała palcem po brzegu filiżanki. Już bez tej swojej pewności siebie, bez zadziorności.

Mam plan – odezwała się w końcu. – Już rozmawiałam z koleżanką, zaczynam dorabiać zdalnie, wieczorami. Projektowanie grafik do social mediów. Może nie zarobię od razu kokosów, ale krok po kroku.

I co z tego wynika? – spytałam chłodno.

– To znaczy, że oddam ci te pieniądze. Ale… nie w gotówce.

– Nie rozumiem. Jak można oddać komuś dwadzieścia tysięcy „nie w gotówce”?

Będę ci przelewać po trochę. Ale przede wszystkim – chcę ci coś dać. Coś, czego nigdy nie miałaś. – Spojrzała mi w oczy. – Wakacje.

– Wakacje? Nie potrzebuję...

– Potrzebujesz. Może nie Malediwy, może nie hotel z palmami, ale… chcę zabrać cię nad morze. Tylko my dwie. Zatrzymamy się w domku, zjemy rybę z frytkami, posiedzimy na tarasie. Pogadamy, pośmiejemy się. Chociaż raz.

Milczałam. Z jednej strony złość jeszcze we mnie buzowała. Ale z drugiej… poczułam ciepło w brzuchu.

To nie wyrówna wszystkiego – powiedziałam w końcu.

– Wiem. Ale może będzie początkiem czegoś nowego.

– A jak znowu ci się coś „posypie”? – uniosłam brwi.

– To będę dzwonić wcześniej. Zanim zacznę wyciągać koperty z twojej szafy.

Parsknęłam śmiechem mimo woli.

– Jesteś niemożliwa.

– I wciąż jestem twoją córką.

I po raz pierwszy od dawna – naprawdę w to uwierzyłam.

Zrobiło mi się ciepło na sercu

Wróciłam do domu i długo siedziałam przy stole, patrząc na pustą filiżankę po herbacie. W głowie wciąż miałam jej słowa: „To może być początek czegoś nowego”. Szczerze mówiąc, nie wierzyłam, że Marysia naprawdę odda mi pieniądze. Jednak coś w niej się zmieniło. Nie była już tą rozhisteryzowaną dziewczynką, która uważa, że wszystko jej się należy. Dwa tygodnie później przyszła do mnie z laptopem pod pachą.

Pokażę ci, co robię. Może też ci coś zaprojektuję, co?

– Mi? – zaśmiałam się.

– No to ci zrobię etykietę na słoik ogórków. Na zimę – mrugnęła.

Zaczęłyśmy spędzać więcej czasu razem. Wieczory przy herbacie, wspólne gotowanie, a nawet – o zgrozo – nauczyła mnie obsługiwać ten cały internetowy bank. A potem, pewnego dnia, weszła do kuchni z dwoma biletami.

– Co to jest? – spytałam podejrzliwie.

– Rezerwacja. Domek nad morzem. Trzy dni. Tylko my. Wino i frytki gwarantowane.

Patrzyłam na nią, jak trzyma te bilety, uśmiechnięta, lekko zawstydzona. I pomyślałam: może i głupia była, może mnie naciągnęła, ale… przynajmniej się stara.

– Dobrze – powiedziałam powoli. – Ty gotujesz. A jak będzie padać, to gramy w karty.

– Tylko nie w tysiąca, bo ty zawsze wygrywasz!

– Bo jestem stara i cwana – mrugnęłam. – A ty się ode mnie ucz.

I wiecie co? Może w końcu zaczęła.

Irena, 59 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama