„Córka wydała majątek na fryzjera, a do rachunków się nie dołoży. Serce mi się kraje, jak widzę jej nieczułość”
„Przez kilka kolejnych dni prawie się do siebie nie odzywałyśmy. Mijałyśmy się w kuchni jak lokatorki, nie jak matka i córka. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, niedopowiedzianego. W końcu nie wytrzymałam”.

- Redakcja
Patrząc na córkę, często miałam wrażenie, że żyjemy w dwóch różnych światach. Ja liczyłam każdy wydatek, odkładałam paragony i zastanawiałam się, z czego zrezygnować w następnym miesiącu. Ona potrafiła w jeden dzień wydać tyle, ile mi starczyłby na długie tygodnie. Najbardziej bolało jednak nie to, ile wydawała, ale to, jak mało miała w sobie zrozumienia dla mnie.
Coś we mnie pękło
Pamiętam dokładnie ten dzień, bo wróciłam ze sklepu zmęczona i zła na siebie, że znów musiałam wybierać tańszy produkt. Torbę postawiłam przy drzwiach, a w mieszkaniu pachniało intensywnie jakimiś słodkimi kosmetykami. Słyszałam, że córka jest w łazience.
– Mamo, nie wchodź, jeszcze chwila! – zawołała Ola podniesionym głosem.
Usiadłam w kuchni. Wyjęłam paragon, rozprostowałam go na stole i długo na niego patrzyłam, jakby miał mi odpowiedzieć, czy dobrze zrobiłam. Wtedy wyszła. Włosy miała idealnie ułożone, lśniące, jak z reklamy. Uśmiechała się do swojego odbicia w lustrze na przedpokoju, nie do mnie.
– I jak? – zapytała w końcu, obracając głowę na boki.
– Ładnie… – odpowiedziałam ostrożnie. – Byłaś u fryzjera?
– No pewnie. U nowego, świetny jest. Trochę drogi, ale warto – rzuciła lekko, jakby mówiła o kawie na mieście.
„Trochę drogi” dźwięczało mi w głowie. Zebrałam się na odwagę.
– A ile zapłaciłaś? – zapytałam cicho.
Zerknęła na mnie z wyraźnym zniecierpliwieniem.
– Mamo, serio? Po co ci to wiedzieć?
– Po prostu pytam… – spuściłam wzrok.
– Trzysta pięćdziesiąt. No nie rób tej miny, dobrze? To moje pieniądze.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Tego samego ranka odmówiła mi pomocy przy opłacie za rachunki, tłumacząc, że „teraz ma inne wydatki”.
– Wczoraj mówiłaś, że nie możesz dołożyć się do rachunków – przypomniałam spokojnie.
– Bo nie mogę wszystkiego finansować – odpowiedziała chłodno. – Musisz się sama ogarniać.
Zamilkłam. Wstałam, zaczęłam rozpakowywać torbę, żeby nie widziała, jak drżą mi ręce. Ona wróciła do lustra, poprawiała włosy, robiła zdjęcia telefonem. Wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o pieniądze. Chodziło o to, że w jej świecie ja byłam tylko niewygodnym dodatkiem.
Serce biło mi zbyt mocno
Długo zbierałam się w sobie. Chodziłam po mieszkaniu, poprawiałam rzeczy i odkładałam rozmowę na później. Wiedziałam jednak, że nie mam wyjścia. Rachunek leżał na komodzie i przypominał o sobie za każdym razem, gdy przechodziłam obok. Ola siedziała na kanapie z laptopem na kolanach. Miała na sobie nową bluzkę.
– Ola… – zaczęłam niepewnie. – Masz chwilę?
Nie podniosła wzroku.
– Mów, tylko szybko, bo jestem zajęta.
Usiadłam naprzeciwko niej. Serce biło mi zbyt mocno jak na tak prostą sprawę.
– Przyszedł rachunek za ogrzewanie. Jest wyższy niż zwykle. Brakuje mi dwustu złotych… Oddam, jak tylko dostanę świadczenie.
W końcu na mnie spojrzała. Jej twarz była zmęczona, ale nie współczująca.
– Mamo, ja naprawdę nie mogę – westchnęła. – Mam swoje zobowiązania.
– Rozumiem… – skinęłam głową, choć wcale nie rozumiałam. – Pomyślałam tylko, że…
– Zawsze myślisz, że ja pomogę – przerwała mi. – A ja nie chcę ciągle ratować sytuacji.
Zabolało mnie słowo „ratować”, jakby moje życie było jedną wielką katastrofą.
– Ja nie proszę ciągle – powiedziałam ciszej. – Naprawdę rzadko.
– Ale dla mnie to i tak za często – odparła stanowczo.
Zapadła cisza. Słyszałam tykanie zegara i szum ulicy za oknem. Wstałam powoli.
– Dobrze. Poradzę sobie – powiedziałam, choć nie miałam pojęcia jak.
– Nie obrażaj się – rzuciła za mną. – Po prostu musisz być bardziej samodzielna.
Zamknęłam się w swoim pokoju. Patrzyłam na ścianę i myślałam, kiedy to ja stałam się dla własnej córki ciężarem, a nie matką.
Wstyd palił mnie od środka
Nie spałam tej nocy prawie wcale. Przewracałam się z boku na bok, licząc w myślach dni do następnego przelewu i zastanawiając się, co mogę jeszcze odłożyć, z czego zrezygnować. Rano podjęłam decyzję, która kosztowała mnie więcej niż jakakolwiek prośba skierowana do Oli. Poszłam do sąsiadki z dołu, pani Krystyny. Znałyśmy się od lat, piłyśmy razem herbatę, czasem narzekałyśmy na ceny w sklepach. Stałam jednak pod jej drzwiami dobrą minutę, zanim zapukałam.
– O, kochana, wejdź – uśmiechnęła się, gdy mnie zobaczyła. – Coś się stało?
Usiadłam przy stole, dłonie trzymałam splecione tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.
– Pani Krysiu… ja wiem, że to niezręczne… – zaczęłam i głos mi się załamał.
– Spokojnie, mów – zachęciła łagodnie.
Powiedziałam. O rachunku, o brakującej kwocie, o tym, że oddam przy pierwszej możliwej okazji. Słuchała uważnie, nie przerywała. Potem wstała, podeszła do kredensu i wyjęła kopertę.
– Nie ma sprawy. Oddasz, kiedy będziesz mogła – powiedziała, jakby chodziło o drobnostkę.
Podziękowałam, chyba zbyt wiele razy. Wychodząc, czułam ulgę, ale i coś jeszcze – wstyd, który palił mnie od środka. Że obca osoba okazała mi więcej serca niż własne dziecko.
Gdy wróciłam do mieszkania, Ola była w przedpokoju. Wkładała buty, poprawiała fryzurę w lustrze.
– Gdzie byłaś? – zapytała.
– U pani Krystyny – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Aha – mruknęła. – Wychodzę, umówiłam się.
Zawahałam się.
– Pożyczyła mi pieniądze na rachunki – dodałam cicho.
Zatrzymała się na moment.
– No widzisz? Da się inaczej – powiedziała bez emocji. – Nie wszystko musi być na mnie.
Drzwi zamknęły się za nią z cichym trzaskiem. Zostałam sama w przedpokoju, z myślą, że coś w naszej relacji zmieniło się nieodwracalnie. I że ona nawet tego nie zauważyła.
Rozczarowałam się
Przez kilka kolejnych dni prawie się do siebie nie odzywałyśmy. Mijałyśmy się w kuchni jak lokatorki, nie jak matka i córka. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, niedopowiedzianego. W końcu nie wytrzymałam. Zobaczyłam ją, gdy wróciła wieczorem, z torbą pełną zakupów. Położyła ją na stole, zaczęła wyjmować nowe rzeczy, jedna po drugiej.
– Ola – powiedziałam, zanim zdążyłam się rozmyślić. – Musimy porozmawiać.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby oceniała, czy to rozmowa, na którą ma ochotę.
– Teraz? Jestem zmęczona.
– Ja też jestem zmęczona – odpowiedziałam. – I to od dawna.
Usiadła, skrzyżowała ręce na piersi.
– O co chodzi?
– O nas – zaczęłam drżącym głosem. – O to, że kiedyś byłam dla ciebie najważniejsza, a teraz czuję się, jakbym ci przeszkadzała.
– Mamo, przesadzasz – westchnęła.
– Nie przesadzam – zaprzeczyłam. – Kiedy proszę o pomoc, czuję się, jakbym robiła coś niewłaściwego. Jakbym musiała się tłumaczyć z każdego grosza.
Zapadła cisza. W końcu wzruszyła ramionami.
– Bo ja nie chcę żyć w ciągłym poczuciu obowiązku – powiedziała szczerze. – Chcę mieć swoje życie.
– A ja? – zapytałam cicho. – Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla mnie?
Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w stół, w swoje idealne paznokcie, w nową torbę. Po chwili powiedziała:
– Myślałam, że jesteś silniejsza.
Te słowa zabolały bardziej niż wszystkie wcześniejsze odmowy. Zrozumiałam wtedy, że w jej oczach moja potrzeba wsparcia była słabością, a nie naturalną częścią relacji. Wstałam.
– Ja też tak myślałam o tobie – powiedziałam spokojnie. – Że widzisz coś więcej niż czubek własnego nosa.
Poszłam do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku i po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że moja córka może nigdy nie dać mi tego, czego najbardziej potrzebowałam – zwykłej czułości.
Przestałam się łudzić
Po tamtej rozmowie coś we mnie się uspokoiło. Nie dlatego, że było lepiej, ale dlatego, że przestałam się łudzić. Przestałam czekać na gest, na pytanie, na zrozumienie. Zaczęłam żyć ciszej, uważniej, bardziej dla siebie. Ola nadal mieszkała ze mną, ale coraz częściej jej nie było. Wracała późno, wychodziła wcześnie. Przestałam się pytać. Skupiłam się na drobiazgach – porannej herbacie, krótkich rozmowach z panią Krystyną, spacerach, które porządkowały mi myśli. Któregoś dnia Ola zostawiła na stole pieniądze. Bez słowa, bez karteczki. Zatrzymałam się, patrząc na banknoty. Serce zabiło mi szybciej, ale nie z radości. Raczej z goryczy. To nie była pomoc, tylko rozliczenie. Jakby chciała mieć spokój. Oddałam je wieczorem.
– Nie trzeba – powiedziałam spokojnie. – Poradziłam sobie.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Mamo, ja tylko…
– Wiem – przerwałam łagodnie. – Ale teraz chcę inaczej.
Nie było wielkiej sceny ani przełomu. Było zwyczajne „dobranoc” i zamknięte drzwi. Zrozumiałam, że miłość nie zawsze wraca w takiej formie, w jakiej ją dajemy. Że czasem trzeba przestać prosić, żeby nie stracić samej siebie. Nadal ją kochałam, bo była moją córką, ale przestałam oczekiwać wzajemności. I choć serce wciąż czasem mi się krajało, nauczyłam się je składać po cichu. Sama.
Maria, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki miałem spędzić z gorącą brunetką, a siedziałem z byłą żoną na mokrej podłodze. Wszystko przez moje skąpstwo”
- „Włoch z alpejskiej wioski skradł mi serce i całe oszczędności. Jestem wściekła na siebie, że dałam się tak omamić”
- „Na stażu biegałam po pączki z nadzieniem różanym dla szefa. Moje ambicje topniały jak lukier, ale do czasu”