„Córka zapewniała, że będę babcią numer 1. Jestem nią tylko wtedy, gdy trzeba odebrać dzieci z przedszkola”
„Odbierałam wnuki z przedszkola, stałam w kolejce po nie w deszczu, szykowałam im podwieczorki, pomagałam w nauce pierwszych literek Byłam przy nich, gdy miały katar i gdy cieszyły się z nowych butów. Spędzałam z nimi więcej czasu niż ich własna matka”.

- Redakcja
Odkąd pamiętam, moja córka powtarzała, że jeśli kiedykolwiek będzie miała dzieci, to ja będę dla nich najważniejszą babcią. „Numer jeden” – mówiła z uśmiechem, kiedy jeszcze studiowała i wpadała do mnie na niedzielne obiady. Wierzyłam jej bez cienia wątpliwości. Dopiero później zrozumiałam, że w jej słowniku to określenie miało zupełnie inne znaczenie.
Czułam się potrzebna i niezastąpiona
Kiedy Maja urodziła pierwszego synka, byłam przy niej niemal codziennie. Gotowałam, prasowałam maleńkie ubranka, usypiałam wnusia na rękach, żeby córka mogła się przespać.
– Mamo, bez ciebie nie dałabym rady – mówiła, wtulając się we mnie zmęczona. – Będziesz babcią numer jeden, zobaczysz.
Serce rosło mi jak na drożdżach. Czułam się potrzebna, ważna i niezastąpiona. Gdy dwa lata później pojawiła się Zosia, naturalnie przejęłam część obowiązków. Maja wróciła do pracy szybciej, niż planowała.
– To tylko na chwilę – tłumaczyła. – Wiesz, kredyt, obowiązki…
Z czasem „na chwilę” stało się codziennością. Telefon dzwonił niemal każdego dnia.
– Mamo, odbierzesz dzisiaj dzieci? Szef zwołał spotkanie.
– Mamo, możesz przyjść wcześniej? Zosia ma przedstawienie, ale my nie zdążymy.
– Mamo, wpadniesz w sobotę? Musimy z Pawłem coś załatwić.
Nigdy nie odmawiałam. Odbierałam wnuki z przedszkola, stałam w kolejce po nie w deszczu, szykowałam im podwieczorki, pomagałam w nauce pierwszych literek Byłam przy nich, gdy miały katar i gdy cieszyły się z nowych butów. Spędzałam z nimi więcej czasu niż ich własna matka. Pewnego popołudnia usłyszałam, jak Zosia mówi do koleżanki:
– Moja babcia mieszka u nas w przedszkolu.
Uśmiechnęłam się, ale coś mnie ukuło. Bo rzeczywiście – znałam rozkład zajęć, imiona pań, nawet menu na kolejne dni. Za to coraz rzadziej byłam zapraszana na rodzinne wyjścia. Kiedyś zapytałam Maję wprost:
– A może w niedzielę wpadnę na obiad? Dawno nie siedzieliśmy wszyscy razem.
Zawahała się.
– Mamo… wiesz, my teraz chcemy trochę pobyć sami. Taki rodzinny czas.
Poczułam, jakby ktoś delikatnie, ale stanowczo zamknął przede mną drzwi. Rodzinny czas. Czy ja nie byłam rodziną? Mimo to następnego dnia znów stałam przed przedszkolem o piętnastej. Kacper wybiegł do mnie z rysunkiem.
– Babciu, zobacz! To my!
Na kartce byliśmy tylko we troje: on, Zosia i ja. Bez Mai i Pawła. Ścisnęło mnie w gardle.
Czułam się wykorzystana
Z czasem zaczęłam zauważać, że w ich życiu są chwile, w których mnie po prostu nie ma. Nie dlatego, że nie mogłabym być – tylko dlatego, że nikt mnie nie zapraszał. Wszystko dotarło do mnie w dniu piątych urodzin Kacpra. Oczywiście przez tydzień przed przyjęciem odbierałam go z przedszkola, słuchałam planów o torcie w kształcie rakiety i pomagałam wybierać zaproszenia.
– Babciu, będziesz siedzieć obok mnie, dobrze? – dopytywał.
– Jeśli mama mnie posadzi – odpowiedziałam żartem.
W dniu urodzin przyjechałam z samego rana, żeby pomóc w dekoracjach. Maja krzątała się po kuchni.
– O, jesteś. Super. Możesz pokroić warzywa? I przypilnuj Zosi, bo ja jeszcze muszę odebrać tort.
Przyjęcie było w domu teściów. To oni mieli większy salon. Gdy goście zaczęli się schodzić, zobaczyłam, jak rodzice Pawła witają wszystkich z szerokimi uśmiechami. Słyszałam, jak jego mama mówi:
– My zawsze organizujemy rodzinne uroczystości, to taka nasza tradycja.
Stałam przy stole z talerzami, jakby to była moja naturalna pozycja. Kiedy przyszedł moment składania życzeń, usiadłam na końcu kanapy. Kacper siedział między rodzicami i drugą babcią. Po chwili Maja podeszła do mnie.
– Mamo, możesz zrobić dzieciom zdjęcie? Ty robisz najlepsze.
Wzięłam telefon. Na ekranie zobaczyłam ich wszystkich – uśmiechniętych, przytulonych, idealnych. Zrobiłam kilka ujęć. Potem kolejne, gdy druga babcia trzymała Kacpra na kolanach.
– A teraz jedno zdjęcie z babcią Marylką! – zawołała Maja.
Usiadłam obok drugiej babci, ktoś szybko zrobił zdjęcie i już po chwili wróciłam na kanapę. Wieczorem, kiedy goście wyszli, zostałam, żeby pomóc posprzątać. Paweł wyniósł śmieci, a Maja westchnęła ciężko.
– Dziękuję, że byłaś. Bez ciebie byśmy nie ogarnęli.
Spojrzałam na nią.
– A gdybyście jednak ogarnęli? – zapytałam cicho.
Zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
– Może czasem chciałabym po prostu być gościem. Usiąść przy stole, nie stać przy zlewie.
Zrobiło się niezręcznie cicho.
– Mamo, przecież wiesz, że jesteś najważniejsza. Tylko… ty zawsze tak wszystko dobrze organizujesz.
To było jak delikatne, ale precyzyjne wbicie szpilki. Najważniejsza, bo wygodna. Niezastąpiona, bo dostępna. Tego wieczoru wróciłam do pustego mieszkania i pierwszy raz od dawna nie czekałam na poranny telefon. Leżałam w łóżku i zastanawiałam się, czy sama nie nauczyłam ich, że moja obecność jest oczywista. Że nie trzeba mnie zapraszać – wystarczy zadzwonić z prośbą. Następnego dnia telefon zadzwonił o czternastej. Patrzyłam na wyświetlacz z imieniem „Maja” i po raz pierwszy nie odebrałam od razu.
Miałam tego dość
Telefon dzwonił długo. Patrzyłam na ekran, jakby to była jakaś próba charakteru. W końcu oddzwoniłam.
– Mamo! – usłyszałam po drugiej stronie. – Dlaczego nie odbierasz? Możesz dzisiaj wziąć dzieci? Mamy pilne spotkanie.
Zamknęłam oczy. Wnuki miałam przed oczami – ich plecaki, czapki zsuwające się na oczy, rysunki w rękach.
– Dzisiaj nie mogę – odpowiedziałam spokojnie.
Zapadła cisza.
– Jak to nie możesz? – głos Mai zrobił się napięty. – Przecież zawsze możesz.
– Dzisiaj mam swoje sprawy.
To nie była do końca prawda. Nie miałam nic konkretnego do zrobienia, ale po prostu chciałam mieć wolne.
– Mamo, to naprawdę ważne – naciskała. – Paweł nie zdąży, ja też nie. Co my mamy zrobić?
To „my” zabrzmiało jak wyrzut.
– Poradzicie sobie – powiedziałam łagodnie. – Tak jak inni rodzice.
Rozłączyła się bez pożegnania. Siedziałam przy stole z kubkiem herbaty, która zdążyła wystygnąć. Czułam się winna i jednocześnie spokojna. Wyobrażałam sobie, jak Maja nerwowo dzwoni do kogoś innego. Może do teściowej? Może do sąsiadki? Tego popołudnia po raz pierwszy od lat wyszłam na spacer bez pośpiechu. Usiadłam na ławce w parku i patrzyłam na dzieci biegające z rodzicami. Zrozumiałam, że przez ostatnie lata moje życie kręciło się wyłącznie wokół gotowości. Byłam jak strażnik przy telefonie. Wieczorem Maja zadzwoniła ponownie.
– Odebrał ich tata Pawła – powiedziała chłodno. – Musiał wyjść wcześniej z pracy.
– I wszystko w porządku? – zapytałam ostrożnie.
– Tak. – Krótka pauza. – Mamo, dlaczego to zrobiłaś?
Westchnęłam.
– Bo zaczęłam czuć, że jestem babcią tylko wtedy, kiedy trzeba coś załatwić. A nie wtedy, kiedy jest czas na wspólne bycie.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
– To nieprawda – odpowiedziała w końcu, ale bez przekonania. – My cię kochamy.
– Ja was też. Dlatego muszę czasem powiedzieć „nie”, żeby nie mieć do was żalu.
Rozłączyłyśmy się spokojniej niż poprzednio, ale napięcie wisiało w powietrzu. Przez kilka dni telefon milczał. Nie odbierałam dzieci, nie słyszałam codziennych relacji z przedszkola. Mieszkanie było ciche. Za ciche. Czwartego dnia ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Maję z Kacprem i Zosią.
– Możemy wejść? – zapytała cicho.
Dzieci rzuciły mi się na szyję.
– Babciu, tęskniliśmy! – krzyknęła Zosia.
Spojrzałam na córkę. W jej oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – nie złość, nie pretensję, ale niepewność. Usiedliśmy przy stole. Tym razem to Maja postawiła ciasto, które przyniosła.
– Chciałam… – zaczęła i przerwała. – Chciałam przeprosić. Chyba przyzwyczailiśmy się, że zawsze jesteś. I przestaliśmy pytać, czy masz na to siłę.
Zamilkłam, bo w gardle stanęła mi gula.
– Nie chcę przestać pomagać – powiedziałam w końcu. – Chcę tylko być waszą mamą i babcią, a nie dyżurną opiekunką.
Maja skinęła głową.
– To ustalmy coś razem. Konkretnie. Nie na zasadzie „bo mama zawsze może”.
Po raz pierwszy od dawna poczułam, że naprawdę mnie słucha.
Bałam się, że ich stracę
Rozmowa, którą wtedy zaczęłyśmy, trwała kilka godzin. Dzieci bawiły się w pokoju, a my przy kuchennym stole próbowałyśmy poukładać coś, co przez lata działało siłą przyzwyczajenia.
– Nie chcę cię stracić przez jakieś grafiki – powiedziała nagle Maja. – Ale też nie umiem być wszędzie naraz.
– Ja też nie – odpowiedziałam spokojnie. – I chyba żadna z nas nie musi.
Ustaliłyśmy konkretne dni, w które odbierałam dzieci. Reszta miała należeć do nich – do ich odpowiedzialności, ich organizacji. Jeśli pojawiał się nagły przypadek, miały pytać, a nie zakładać, że i tak przyjdę. Pierwsze tygodnie były trudne. Kilka razy słyszałam w głosie Mai napięcie, kiedy mówiła:
– Spróbujemy inaczej to załatwić.
Czułam ukłucie, ale nie wycofywałam się. Zaczęłam zapisywać się na zajęcia w domu kultury, spotykać z dawnymi koleżankami. Odkurzyłam swoje życie, które przez lata stało w kącie jak nieużywany mebel. Najbardziej bałam się, że dzieci oddalą się ode mnie. Stało się odwrotnie. Kiedy przychodziłam w „nasze” dni, były to prawdziwe spotkania. Nie pośpiech, nie obowiązek. Kacper siadał obok mnie z książką.
– Babciu, czytasz tylko dla mnie, prawda?
– Tylko dla ciebie – uśmiechałam się.
Zosia pewnego dnia przytuliła mnie mocno.
– Teraz mama też po nas czasem przychodzi, ale ja lubię, jak przychodzisz ty.
Nie rywalizowałam już z nikim. Zrozumiałam, że bycie babcią nie polega na tym, by być zawsze pod ręką. Chodzi o to, by być obecnym naprawdę – z własnej woli, a nie z poczucia obowiązku. Najmocniej poczułam to kilka miesięcy później, podczas szkolnego występu Kacpra. Siedziałam obok Mai na widowni.
– Mamo – szepnęła, ściskając moją dłoń – cieszę się, że jesteś.
Kiedy Kacper wyszedł na scenę i zaczął recytować wiersz, rozejrzał się po sali. Najpierw spojrzał na rodziców, potem na mnie. Uśmiechnął się szeroko i pomachał. Nie czułam już, że stoję gdzieś z boku. Nie byłam babcią od zadań specjalnych. Byłam częścią ich świata – na zdrowych zasadach. Dziś wciąż odbieram wnuki z przedszkola. Jednak tylko wtedy, kiedy naprawdę mogę i chcę. A w niedziele czasem to ja jestem zapraszana na obiad – bez fartucha, bez listy rzeczy do zrobienia. Maja kiedyś zażartowała przy stole:
– Wiesz, mamo, chyba naprawdę jesteś babcią numer jeden.
Tym razem wiedziałam, że mówi to nie dlatego, że jestem dostępna. Tylko dlatego, że jestem blisko. I to wystarczyło.
Maryla, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa drwiła ze mnie, że kupuję oponki z dyskontu. Niezawodny przepis na lwowskie pączki babci Stasi uratował mój honor”
- „Teściowa mnie zbeształa, że kupiłam za drogie składniki na pączki. Dla niej to tylko deser, dla mnie jakość na talerzu”
- „Teściowa miała się za królową tłustego czwartku. Gdy posmakowała moje pączki lwowskie, musiała oddać fartuch i koronę”