„Córka zaprosiła teściów z miasta, więc chciałam ich godnie ugościć. Mój żurek im śmierdział, a sernikiem pluli”
„Córka oznajmiła, że wpadnie na weekend z teściami, a ja nie czułam lęku, tylko dumę. Chciałam im pokazać, jak wygląda prawdziwa gościnność – ta pachnąca chlebem na zakwasie i dymem z ogniska. Zaplanowałam żurek na zakwasie, wiejską wędlinę, sernik z własnego twarogu. Nie mogło by nic lepszego”.

- Redakcja
Wieś, w której mieszkam od urodzenia, nauczyła mnie jednego – gościa trzeba przyjąć z sercem i pełnym stołem. Kiedy więc nasza córka, mieszkająca od kilku lat w Warszawie, oznajmiła, że wpadnie na weekend z teściami, nie czułam lęku, tylko dumę. Chciałam im pokazać, jak wygląda prawdziwa gościnność – ta pachnąca chlebem na zakwasie i dymem z ogniska. Zaplanowałam żurek na zakwasie, wiejską wędlinę, sernik z własnego twarogu. Wszystko miało być jak z babcinego zeszytu. Tyle że oni nie byli jak moi sąsiedzi… i wcale nie przyszli z otwartymi sercami.
Żeby nie było wstydu
– Mamo, tylko się nie denerwuj – usłyszałam w słuchawce głos córki, taki lekko napięty, jakby już z góry wiedziała, że jej wieść może wywołać u mnie jakąś reakcję.
– Co się dzieje? – zapytałam spokojnie, choć coś mi już świdrowało w żołądku.
– Przyjedziemy na weekend. Ja, Maciek i jego rodzice.
Przez chwilę nic nie odpowiedziałam, trawiąc te słowa. Maciek, jej mąż – owszem, bywał już u nas kilka razy, jadł nasze pierogi i nawet raz pochwalił kompot z porzeczek. Ale jego rodzice? Ci, których znałam tylko z eleganckich zdjęć z ich fejsbukowego konta, z restauracjami w tle i kieliszkiem prosecco w ręce?
– A z jakiej to okazji? – zapytałam, choć przeczuwałam odpowiedź.
– Tak po prostu. Mama Maćka powiedziała, że chciałaby „w końcu poznać to słynne miejsce, gdzie twoja mama piecze chleb i robi ten... prawdziwy wiejski żurek”.
– No to poznają – odpowiedziałam i od razu się wyprostowałam. – Przyjeżdżajcie.
– Mamo, tylko... błagam, nie przesadź z tym wszystkim. Wiem, że masz swoje sposoby, ale oni są trochę... specyficzni.
– Specyficzni? W jakim sensie?
– No, wiesz... Mama Maćka nie je mięsa, tata jest na diecie bezglutenowej... I kawałek sernika to raczej na ozdobę niż do zjedzenia. Tylko się nie przejmuj, okej?
Nie przejmować się? Przecież ja już w głowie układałam jadłospis, już myślałam, czy zakwas mam gotowy, czy lepiej dziś wieczorem nastawić nowy. I czy śmietana do sernika się ładnie ubije, jeśli mleko krowy Maryśki znowu wyjdzie takie tłuste. Odetchnęłam głęboko.
– Będą potraktowani jak wszyscy. Jak rodzina.
Nie spałam tej nocy. Przekręcałam się z boku na bok, myśląc o tym, jak to wszystko ogarnąć, żeby nie było wstydu. Bo przecież ja nie tylko siebie reprezentuję – ja reprezentuję całą wieś, nasze wartości, nasz smak, zapachy z kuchni i zwyczajność, której nigdy się nie wstydziłam.
Chciałam ich godnie ugościć
Rano zaczęłam od ciasta. Mąka pszenna z młyna spod Białek, jaja od sąsiadki, prawdziwe, nie z supermarketu, z żółtkami jak zachodzące słońce. Ubiłam pianę, sernik wyszedł puszysty jak chmurka. Na żurek nastawiłam zakwas – razowy chleb z czosnkiem i skórką z jabłka, wszystko zakryte lnianą ściereczką, jak babcia mnie uczyła. Potem poleciałam do kurnika. Kury gdakały, jakby już wiedziały, że nadchodzą czasy próby. Zebrałam świeże jaja, a po drodze zahaczyłam o ogródek – świeży koperek, szczypiorek, pietruszka. Do masła dodam, do ziemniaczków.
Maciek zawsze mówił, że jego rodzice są „nowocześni”. No to przygotowałam się też na nowoczesność – zrobiłam pastę z białej fasoli z majerankiem, upiekłam marchewki z miodem i tymiankiem, nawet ten chleb bezglutenowy spróbowałam zrobić na gryczanej mące, choć śmierdział jak kiszona skarpeta. Pod wieczór przyszła sąsiadka Stasia.
– A co ty tak latasz po tym obejściu, jakby papież miał przyjechać?
– Prawie że. Teściowie mojej córki z Warszawy.
– O raju, to już nic więcej nie mów. Pewnie przyjadą w butach, co się błyszczą jak szyby w kościele. I będą patrzeć, gdzie masz zmywarkę.
Zaśmiałam się, ale w środku czułam już ścisk. Nie przed jedzeniem drżałam. Przed tym, że moje „swojskie” zostanie wyśmiane spojrzeniem. A tego bym nie zniosła. Przyjechali w sobotę, tuż po trzynastej. Samochód lśniący jak łza – czarny SUV, taki, co się go bardziej boję dotknąć niż naszego proboszcza w złym humorze. Córka wyskoczyła pierwsza, rzuciła mi się w ramiona. Chciała mnie chyba uprzedzić, przygotować.
– Mamo, pamiętasz – spokojnie, nie musisz nikomu nic udowadniać.
Za nią wysiadł Maciek, trzymając pod ramię swoją mamę, a obok nich jego ojciec, w jasnym płaszczu, szal zawinięty jakby właśnie z opery wracał. Ona – wyperfumowana, z makijażem jak z reklamy, oczy zmrużone przed wiejskim słońcem, spojrzenie oceniające już od furtki.
– Dzień dobry! – rzuciłam z uśmiechem. – Zapraszam, obiad się już robi, kawa też zaraz będzie.
– Och, jak tu… hmm… naturalnie – powiedziała matka Maćka, rozglądając się, jakby szukała drogi ewakuacyjnej. – Prawdziwie rustykalnie.
Ojciec Maćka tylko skinął głową. Córka z Maćkiem wymienili spojrzenia. Wprowadziłam ich do domu, pokazałam pokoje, wszystko pachniało świeżością, bo rano jeszcze wietrzyłam pościel. Chciałam, żeby poczuli się jak u siebie.
– Uroczo – oceniła ona, dotykając zasłonki w kwiaty. – Taki styl vintage?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Usiedliśmy w salonie, zaserwowałam kawę z prawdziwej kawiarki, w filiżankach po mojej mamie. Dla niej były „ciut za małe”. Dla niego – „kawa dość intensywna, nie mają państwo ekspresu z młynkiem?”. Wzięłam głęboki oddech. Jeszcze się nie poddałam. Bo wiedziałam, że żurek się robi. I że jak raz spróbują, to zmienią zdanie o tej naszej „naturalności”.
Nic im nie smakowało
Niedziela od rana pachniała czosnkiem, pieczonym boczkiem i skórką z chleba. W kuchni aż kipiało od emocji. Słońce świeciło przez okno, zakwas bulgotał w garnku, a ja, jak matka natura we własnej osobie, stałam przy blacie i kończyłam doprawiać żurek.
– Mam nadzieję, że nie będzie zbyt ciężki – zauważyła mama Maćka, zaglądając mi przez ramię. – Mój żołądek bywa… wybredny.
– Jest taki, jak trzeba – odpowiedziałam krótko i postawiłam talerze na stole.
Usiedliśmy wszyscy. Przodem do okna, żeby widzieli nasze pole, las za stodołą i pasące się krowy. Wszystko, co nasze – uczciwe i bez retuszu.
– Proszę, na zakwasie, z jajkiem i białą kiełbasą. Sama robię – powiedziałam, stawiając wazę.
– Ach, kiełbasa – wymruczała ona i spojrzała na męża, który jakby specjalnie długo obracał łyżkę w dłoni, zanim spróbował.
Pierwsze siorbnięcie i… nic. Żadnego zachwytu. On pokiwał głową z miną, jakby żuł tekturę, a ona odstawiła łyżkę po dwóch ruchach.
– Ciekawe… – powiedziała powoli. – Bardzo... hmm… intensywny smak.
– Może za dużo czosnku? – dorzucił Maciek nieśmiało, jakby próbował ratować sytuację.
– A może za dużo przyzwyczajeń z miasta? – powiedziałam z uśmiechem, ale już wiedziałam, że nic im nie smakuje.
Potem podawałam ziemniaki z koperkiem, masło własnej roboty, ogórki kiszone z piwnicy, a na deser sernik. Taki, co to gęsty, wilgotny i nie potrzebuje polewy.
– Sernik wygląda jak domowy – powiedziała teściowa mojej córki z grymasem.
– Bo taki jest – odparłam. – Z mleka od krowy Maryśki.
Ona spojrzała na ciasto, potem na widelec. Wzięła kęs i od razu popiła wodą.
– Bardzo... sycący.
Byłam gotowa do walki, ale nikt nie chciał jej stoczyć. Oni tylko się krzywili. Nawet Maciek, choć kiedyś zjadał po dwa kawałki, teraz kończył połówkę. A ja siedziałam przy stole, patrząc na swoje jedzenie, na które inni patrzyli jak na relikt z muzeum.
Nie umiem udawać
Po obiedzie zaproponowałam spacer. Nie z entuzjazmu, tylko żeby rozchodzić to napięcie, które osiadło przy stole jak gruba warstwa kurzu. Poszliśmy nad staw. Kaczki gęgały, dzieciaki biegały za piłką sąsiada, a moja córka szła przy mnie i stukała palcem w ekran telefonu.
– Mamo, nie przejmuj się, serio – szepnęła, widząc moją minę.
– A czym mam się nie przejmować? Tym, że żurek im śmierdział? Że sernik był „zbyt sycący”? Czy tym, że twoja teściowa przez cały spacer trzyma torebkę pod pachą, jakby zaraz miał ją ktoś z błota wyciągać?
Córka przewróciła oczami, ale nie powiedziała nic. Przez chwilę szłyśmy w ciszy.
– Oni tacy są. Pójdą do restauracji, zapłacą stówę za talerz z jedną krewetką i jakąś pianką z marchwi, i będą mówić, że to kulinarna poezja. A tu dostają coś prawdziwego i nie wiedzą, co z tym zrobić.
Zatrzymałam się i popatrzyłam na nią.
– Czyli powinnam podać im kisiel z dyni, posypać pestkami i polać sosem z kaparów?
– Mamo…
– Nie, dziecko. Ja nie umiem udawać. Tu nie ma pianki. Tu jest czosnek, boczek i chleb, który trzeba rano wyrobić, a nie wyjąć z paczki. Jak się komuś nie podoba, niech nie przyjeżdża.
Córka milczała. Po południu zaproponowali, że już pojadą. „Tak, wcześniej, bo korek może być” – tłumaczyła się matka Maćka, jakbyśmy tu żyli w dziczy odciętej od cywilizacji. Wyszli szybko, kurtki zarzucone na ramiona, bez słów podziękowania. Maciek tylko rzucił:
– Dzięki, było… no… swojsko.
Córka pocałowała mnie w policzek i powiedziała cicho:
– I tak cię kocham. I twoją kuchnię też.
Stałam na ganku, patrząc, jak odjeżdżają, zostawiając za sobą kurz na naszej żwirowej drodze i posmak czegoś bardziej gorzkiego i kwasniego niż mój zakwas.
Nie będę się uginać
Dom nagle ucichł. Żadnych kroków, żadnych spojrzeń. Tylko ja i zegar tykający w kuchni. Oparłam się o framugę drzwi, spojrzałam na stół, na którym jeszcze leżały okruchy po serniku i nieopróżniona miseczka z ogórkami. Chciałam dobrze. Chciałam, żeby zobaczyli, że wieś to nie ciemnogród, tylko ciepło, prostota i smak, który nie potrzebuje nazwy w języku obcym. A oni to wszystko potraktowali jak obcą planetę. Pomyślałam o swojej córce. O tym, jak się starała, jak chciała łagodzić każdą niezręczność. Jak mówiła, że mnie kocha. Że kocha moją kuchnię. To ona mnie trzymała w pionie, a nie te ich spojrzenia, komentarze i „niezwykle rustykalne doznania”.
Nie popłakałam się. Za stara jestem na łzy. Ale wzięłam się w garść. Wyrzuciłam do korytka resztki żurku, co już nikt nie zje. Kury będą miały ucztę. Potem wyjęłam nowy słoik kompotu z piwnicy, ukroiłam kawałek sernika i usiadłam przy stole sama. I przysięgłam sobie, że następnym razem – jeśli w ogóle będzie następny – nie będę się uginać. Nie będę robić chleba z gryczanej mąki i udawać, że nie widzę grymasów. Będę sobą. Bo jeśli ktoś nie potrafi docenić kiszonych ogórków, to niech lepiej trzyma się swojego prosecco i warszawskich szparagów. A moje drzwi będą otwarte tylko dla tych, którzy wiedzą, jak smakuje dom. Nie styl vintage. Tylko prawdziwy, swojski dom.
Barbara, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Poznaliśmy się na parkingu, gdy nasze auta nie chciały odpalić. Za to nasze serca zapłonęły gorącym uczuciem”
- „Mąż złożył mi życzenia noworoczne i już wiedziałam, że to nasz ostatni wspólny sylwester. 2026 rok zacznę bez niego”
- „Myślałem, że w sanatorium poderwę jakąś fajną kobietę przy kasie. Jedna dała mi taką nauczkę, że nie zapomnę jej nigdy”