Reklama

Kiedy moja córka powiedziała, że nie potrafię żyć dla siebie, zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Całe lata byłam przecież obok niej, pod ręką, na zawołanie. A jednak coś we mnie pękło dopiero wtedy, gdy pierwszy raz od dawna zrobiłam coś wyłącznie dla siebie. I usłyszałam pytanie, które brzmiało jak wyrzut.

Byłam zdumiona

Zawsze byłam dobrze zorganizowana i pomocna. Gdy córka wracała ze szkoły, obiad stał na stole. Gdy miała gorszy dzień, ja odkładałam swoje sprawy i słuchałam. Nauczyłam się tak funkcjonować – cały czas być w gotowości. Tamtego popołudnia siedziałyśmy w kuchni. Ona przeglądała coś w telefonie, ja obierałam ziemniaki. Cisza była gęsta, ale znajoma.

– Mamo, ty w ogóle nie umiesz żyć dla siebie – rzuciła nagle, nawet na mnie nie patrząc.

Nóż zatrzymał się w połowie ruchu.

Słucham? – zapytałam spokojnie, choć poczułam ukłucie pod żebrami.

– No popatrz na siebie. Praca, dom, ja. I tyle – powiedziała i wzruszyła ramionami. – Jakbyś nie miała własnego życia.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale zabrakło mi słów. Zamiast tego wróciłam do obierania. Wieczorem długo leżałam w łóżku. Jej słowa krążyły mi po głowie. I wtedy przypomniałam sobie, że kiedyś lubiłam muzykę. Że kiedyś, jeszcze zanim zostałam matką, potrafiłam tańczyć w kuchni bez powodu. Następnego dnia, zupełnie impulsywnie, zapisałam się na kurs tańca dla seniorów w domu kultury. Wypełniając formularz, ręce lekko mi drżały. Gdy powiedziałam o tym córce, spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Taniec? Serio? – uniosła brwi. – A kto ugotuje obiad?

To pytanie uderzyło mnie mocniej niż jej wcześniejsza uwaga. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.

– Może ty? – odpowiedziałam w końcu, ostrożnie, jakbym stawiała stopę na cienkim lodzie.

– Mamo… – westchnęła. – Przecież wiesz, że nie mam na to czasu.

Wtedy po raz pierwszy poczułam coś nowego. Nie złość. Raczej ciche zdumienie, że przez tyle lat nikt nie zapytał, czy ja mam czas, czy mam ochotę, czy czegoś nie odkładam „na potem”, które nigdy nie nadchodzi.

Byłam szczęśliwa

Tego dnia pierwszy raz miałam pójść na zajęcia. Od rana byłam niespokojna. Kilka razy sprawdzałam godzinę, jakbym bała się, że coś przegapię albo nie zdążę. Córka krzątała się po mieszkaniu, jakby chciała, żebym zauważyła jej niezadowolenie.

– Naprawdę tam idziesz? – zapytała, gdy wkładałam buty.

– Tak – odpowiedziałam krótko, zaskoczona własną stanowczością.

– No świetnie – prychnęła. – W lodówce pusto.

Zatrzymałam się przy drzwiach. Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby jednak zostać, ugotować coś na szybko, przełożyć kurs „na następną środę”. Dokładnie tak robiłam przez lata. Jednak tym razem powiedziałam tylko:

W sklepie na dole jest wszystko – powiedziałam i wyszłam, zanim zdążyłam zmienić zdanie.

Sala w domu kultury pachniała drewnem i czymś cytrusowym. Było tam kilka kobiet w moim wieku, jedna młodsza, jedna wyraźnie starsza. Stałyśmy niepewnie pod ścianą, każda trochę spięta. Instruktorka uśmiechnęła się szeroko.

– Tu nie chodzi o kroki – powiedziała na powitanie. – Tu chodzi o ruch. O to, żeby być dla siebie przez godzinę.

Te słowa uderzyły mnie z niespodziewaną siłą. Gdy ruszyła muzyka, na początku czułam się sztywno, obco we własnym ciele. Jednak z każdą minutą napięcie puszczało. Złapałam się na tym, że się uśmiecham. Do siebie. Po zajęciach wracałam wolno, specjalnie okrężną drogą. Kiedy weszłam do mieszkania, córka siedziała przy stole z talerzem kanapek.

– Jednak dałaś radę – rzuciła chłodno.

– Dałam – odpowiedziałam i zdjęłam płaszcz. – I świat się nie zawalił.

Spojrzała na mnie uważnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy. Nie powiedziała nic więcej.

Czułam się winna

Po tamtej środzie coś między nami się przesunęło. Niby drobiazg, a jednak powietrze w mieszkaniu stało się inne. Córka była bardziej oszczędna w słowach, ja z kolei zaczęłam zauważać, jak często zgadzałam się na wszystko bez zastanowienia. Jakby moje „tak” było domyślną odpowiedzią na każde pytanie. W kolejnym tygodniu znów szykowałam się na zajęcia. Tym razem bez drżenia rąk, za to z dziwnym poczuciem winy, które pojawiło się nagle, zupełnie nieproszone.

O której wrócisz? – zapytała córka, opierając się o framugę.

– Po dziewiątej – odpowiedziałam.

– Czyli znowu sama mam coś wymyślić na kolację – westchnęła.

Odwróciłam się do niej. Zobaczyłam nie złość, a raczej bezradność, której wcześniej nie chciałam dostrzec.

– Masz dwadzieścia osiem lat – powiedziałam spokojnie.

Zmarszczyła brwi.

Zmieniłaś się – rzuciła po chwili.

– Wiem – przytaknęłam. – I trochę mnie to cieszy.

Na sali tanecznej było tego dnia głośniej, żywiej. Instruktorka kazała nam zamknąć oczy i poruszać się tak, jak czujemy. Pomyślałam wtedy o wszystkich latach, kiedy nawet nie pytałam siebie, co czuję. Kiedy moje potrzeby były gdzieś na końcu listy. Po zajęciach jedna z kobiet zagadnęła mnie przy szatni.

– Pierwszy raz widzę kogoś, kto z każdym tygodniem wygląda, coraz lepiej – uśmiechnęła się.

Te słowa niosłam ze sobą aż do domu. Gdy weszłam, córka siedziała na kanapie z laptopem.

– Zrobiłam makaron – powiedziała, nie podnosząc wzroku. – Zostało też dla ciebie.

Serce mi się ścisnęło. To był drobiazg, ale znaczący.

– Dziękuję – odpowiedziałam cicho.

Usiadłyśmy razem, jedząc w milczeniu. I po raz pierwszy od dawna to milczenie nie było ciężkie.

Spojrzałam na nią uważnie

Zmiana nie przyszła nagle. Raczej sączyła się powoli, jak woda pod drzwiami, której najpierw się nie zauważa, a potem nie da się już zignorować. Zaczęłam wychodzić nie tylko na taniec. W soboty chodziłam na długie spacery, czasem siadałam sama w kawiarni przy oknie. Na początku wciąż zerkałam na telefon, jakbym spodziewała się wezwania. Jednak nikt nie dzwonił. Świat radził sobie beze mnie. Pewnego popołudnia córka wróciła wcześniej z pracy. Zastała mnie w płaszczu, z torebką w ręce.

Wychodzisz? – zapytała zaskoczona.

– Tak. Umówiłam się – odpowiedziałam.

– Z kim? – wyrwało jej się automatycznie.

Zatrzymałam się i spojrzałam na nią uważnie. To pytanie było tak znajome, jakby przez lata należało do naszego rytuału.

To nie ma znaczenia – powiedziałam łagodnie. – Ważne, że mam plany.

Przyjrzała mi się uważnie. W jej spojrzeniu pojawiło się coś pomiędzy ciekawością a niepokojem.

Dziwnie się zachowujesz – stwierdziła.

– Dla ciebie – poprawiłam. – Dla mnie to nowe, ale dobre.

Tego wieczoru spotkałam się z kobietami z kursu. Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się z własnej niezdarności. Nikt nie pytał, dla kogo gotuję obiady ani czyje potrzeby stawiam na pierwszym miejscu. Byłam po prostu jedną z nich. Gdy wróciłam do domu, było cicho. Na stole leżała kartka: „Jestem u koleżanki. Nie czekaj”. Uśmiechnęłam się. Nie dlatego, że wyszła, ale dlatego, że nie musiała się tłumaczyć. Tak jak ja nie musiałam już wszystkiego uzgadniać. W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, jak łatwo było mi przez lata sprowadzić siebie do jednej roli. I jak trudno teraz uczyłam się zdejmować ten ciężar. Wiedziałam jedno – nie chcę już wracać do dawnej wersji siebie. Nawet jeśli ktoś jeszcze nie potrafił się z tą nową pogodzić.

Było mi lżej

Najtrudniejsza rozmowa przyszła niespodziewanie. W niedzielę siedziałyśmy przy stole, piłyśmy herbatę. To córka odezwała się pierwsza.

– Wiesz… – zaczęła niepewnie. – Chyba byłam niesprawiedliwa.

Podniosłam wzrok. Czekałam.

– Myślałam, że zawsze będziesz taka sama. Że wszystko będzie gotowe, poukładane. I kiedy zaczęłaś… no… żyć inaczej, poczułam się, jakby ktoś mi zabrał coś pewnego.

Słuchałam w ciszy. Po raz pierwszy nie miałam potrzeby jej przepraszać.

– A ja przez lata myślałam, że tak właśnie powinna wyglądać bliskość – odpowiedziałam spokojnie. – Że im więcej z siebie oddam, tym lepiej. Dopiero teraz rozumiem, że zgubiłam siebie po drodze.

Skinęła głową. Nie zaprzeczała.

– Uczę się – dodała cicho. – Chyba obie się uczymy.

To było wystarczające. Nie potrzebowałam wielkich deklaracji ani nagłych przemian. Wystarczył ten moment szczerości. Kilka dni później, idąc na zajęcia, złapałam się na tym, że nie czuję już winy. Tylko lekkość. Wiedziałam, że nie przestałam być matką. Przestałam być wyłącznie nią. I po raz pierwszy od bardzo dawna miałam poczucie, że stoję na własnych nogach.

Bożena, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama