„Córka zostawiła mi wnuki na całe ferie i ani razu nie zadzwoniła. I za wszystko musiałam płacić ze swojej kieszeni”
„I to tak, że z mojej poukładanej codzienności nie zostało nic. Lodówka zaczęła świecić pustkami już po trzecim dniu, w łazience wiecznie ktoś coś rozlewał, a z radia leciał młodzieżowy kawałek. Zamiast ciszy – wrzask. Zamiast spokoju – bajzel”.

- Redakcja
W moim wieku człowiek ma już swoje rytuały. Poranna kawa, spacery z psem, serial o siedemnastej i cisza – ta cenna cisza, na którą kiedyś narzekałam, a teraz ją celebruję. Wreszcie nikt niczego ode mnie nie chce. Mąż zmarł, dzieci dorosły, wnuki bywają od święta. I w sumie dobrze – jestem już po tej stronie życia, gdzie nikt nie zagląda do portfela, nie wypytuje, nie narzuca swojego tempa.
No, chyba że wydarzy się coś wyjątkowego. A wydarzyło się. I to tak, że z mojej poukładanej codzienności nie zostało nic. Lodówka zaczęła świecić pustkami już po trzecim dniu, w łazience wiecznie ktoś coś rozlewał, a z radia leciał młodzieżowy kawałek. Zamiast ciszy – wrzask. Zamiast spokoju – bajzel. I żadne „kocham cię, babciu” nie przykrywało faktu, że zostałam postawiona pod ścianą. Z dnia na dzień. Bez pytania. I nikt nawet nie zapytał, czy mam na to siłę. Albo chociaż pieniądze.
Próbowała mnie podejść
– Mamo, mam do ciebie ogromną prośbę – powiedziała córka przez telefon.
– Słucham – odparłam, już z podejrzliwością.
Znałam ten słodki ton. Zawsze zwiastował kłopoty.
– No bo… Słuchaj, w pracy się wszystko posypało. Nowy projekt inie mogę wziąć urlopu, a dzieci mają ferie… Mogłabyś je wziąć do siebie na te dwa tygodnie?
Zamilkłam. Dwa tygodnie.
– Oczywiście, że mogłabym. I jeszcze kupię im po kucyku, zatrudnię animatora i dostaną złote sztućce do jedzenia parówek – prychnęłam.
– Mamo, nie przesadzaj. To tylko dziesięć dni roboczych! Poza tym, dzieciaki cię uwielbiają.
– Niech mnie uwielbiają listownie – odburknęłam. – Ja mam swoje życie, Alu. To nie tak, że siedzę i czekam, aż ktoś mi zrzuci dwójkę rozbrykanych potworów na głowę.
– Mamo… Proszę cię. Tylko ty możesz mi pomóc. Obiecałam im, że pojadą do ciebie. Już się cieszą.
– Oczywiście. Najpierw obiecujemy, potem pytamy. Klasyka – mruknęłam.
– Wiesz, że jesteś najlepszą babcią na świecie? – próbowała mnie podejść.
Westchnęłam. I tak wiedziałam, że się zgodzę. Od momentu, gdy powiedziała „dzieci się cieszą”, miałam związane ręce.
– Dobrze. Przywieź je w sobotę. Tylko pamiętaj, że mam nadzieję na święty spokój po feriach.
– Jesteś cudowna! Pa, buziaki!
Klik. Nawet nie zdążyłam zapytać, co z pieniędzmi.
Zamarłam z czajnikiem w dłoni
Dzieci wpadły do mieszkania jak huragan. Dosłownie. Kurtki wylądowały na podłodze, plecaki zostały porzucone gdzieś w przedpokoju, a pies schował się pod stół i nie wychodził do wieczora.
– Babciu, a masz Wi-Fi? – zapytała dziesięcioletnia Julka, jeszcze zanim się przywitała.
– A co to, przyjechałaś do mnie czy dla internetu? – zmarszczyłam brwi, wskazując na torbę, którą zostawiła przy drzwiach.
– No przecież jedno nie wyklucza drugiego – uśmiechnęła się zuchwale.
– A ty, Franek, nic nie powiesz? – spojrzałam na wnuczka, który już zdążył rozłożyć się z konsolą na środku mojego dywanu.
– Jest spoko – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Czyli „dzień dobry” już się nie mówi? – mruknęłam pod nosem, zbierając porzucone buty.
– A, no tak! Dzień dobry, babciu! – rzucili oboje prawie równocześnie, jakby dopiero sobie przypomnieli, że jednak przyszli do człowieka z krwi i kości, a nie do automatu z przekąskami.
– A mama nie zostawiła wam żadnych pieniędzy? Na jedzenie, kino, atrakcje?
– Nie. Mama mówiła, że wszystko ogarniesz – odpowiedziała Julka i znów wbiła wzrok w telefon.
Zamarłam z czajnikiem w dłoni. „wszystko ogarniesz”. No pewnie. W końcu emerytura to same luksusy.
– Świetnie. To może od razu zamówię wam prywatnego kucharza i wynajmę limuzynę?
– A serio można? – spytał Franek, nie łapiąc ironii.
– Nie. I zaraz pozmywacie po obiedzie – rzuciłam. – Tutaj nie ma darmowych wakacji.
Zignorowałam to
Trzeciego dnia nie miałam już siły się dziwić. Julka pożerała internet jak głodny wilk, a Franek z zapałem demolował salon, udając, że jest w środku jakiejś „bitwy o świat” czy czegoś równie ważnego. Nie byłam pewna, czy bardziej boli mnie kręgosłup, czy konto bankowe.
– Babciu, a możemy zamówić sushi? – Julka zapytała, opierając nogi o stół.
– A co, w szkole wam teraz płacą kieszonkowe w euro?
– No weź… Wszyscy moi znajomi jedzą sushi. I bubble tea. To przecież nie jest takie drogie.
– Oczywiście, nie jest – zgodziłam się, otwierając lodówkę. – Dlatego właśnie dziś na obiad mamy ryż z jajkiem i szczypiorkiem. Prawie jak sushi. Tylko bez łososia, nori i 60 złotych taniej.
Franek zajrzał do garnka i się skrzywił.
– A są jakieś nuggetsy?
– Są. W twojej wyobraźni.
– Mama zawsze robi…
– Mama was tu zostawiła, więc teraz gotuje babcia. I babcia nie smaży nuggetsów. Babcia gotuje zdrowo i tanio, żebyście nie musieli żebrać na ulicy – powiedziałam z przesadnym uśmiechem.
– A możemy iść do kina? – jęknęła Julka.
– Możemy. Pod warunkiem że wy czyścicie łazienkę, a Franek będzie wynosił śmieci przez cały tydzień.
– Co to ma wspólnego?
– Ma. W tym domu nic nie jest za darmo. Jak chcecie luksusy, to trzeba na nie zapracować. Albo wygrać w totka.
– Albo mieć lepszych rodziców – mruknął Franek.
Zignorowałam to. Nie chciałam zaczynać rozmowy, której powinna wysłuchać jego matka.
– Zjedz ten ryż. Jak zamkniesz oczy, możesz sobie wyobrazić, że to sushi. Na ciepło.
Córka mnie olała
Minął już prawie tydzień, a mój telefon nadal milczał jak zaklęty. Zero SMS-ów. Zero „co u was”. Zero pytania, czy nie padłam z wycieńczenia, czy dzieci żyją, czy ja żyję.
– Mama nie dzwoni? – zapytała Julka wieczorem, jakby się właśnie zorientowała, że coś tu śmierdzi.
– A wygląda, jakby dzwoniła? – wskazałam na ekran komórki, który nieprzerwanie wyświetlał tylko godzinę i pogodę.
– Dziwne… – mruknęła i wróciła do telefonu.
– Wiesz, w moich czasach matki przynajmniej dzwoniły. Albo pisały listy. Albo gołębia wysyłały. A twoja matka… ona chyba liczy na to, że porozmawiamy telepatycznie.
– Może jest bardzo zajęta?
– A ja? Myślisz, że siedzę tu z wami dla rozrywki? Myślałam, że odpocznę, a tymczasem gotuję, piorę i odpowiadam na pytania, czy można zjeść chipsy na śniadanie.
Franek wszedł do pokoju z kubkiem kakao.
– Babciu, a jakbyśmy zadzwonili do mamy? Może się stęskniła.
– Świetny pomysł. Zobaczymy, czy pamięta, że was ma.
Wybrałam numer. Jeden sygnał, drugi… poczta głosowa.
– Cześć, zostaw wiadomość, oddzwonię, jak tylko znajdę chwilę! – zapiszczał jej głos jak z reklamy.
– No to się dowiedzieliśmy – westchnęłam. – Nie tylko was zostawiła, ale jeszcze nie ma chwili, żeby sprawdzić, co u nas słychać.
– Może śpi? – rzucił Franek.
– Albo opala się na Bali – burknęłam.
Myślałam, że się obrazi
Ostatniego dnia ferii wreszcie się odezwała. Wysłała SMS-a.
„Dzięki, mamo! Mam nadzieję, że dzieciaki były grzeczne”.
Serio? Po dwóch tygodniach jedynym, co uznała za stosowne, była nadzieja, że „były grzeczne”? A kto zapyta, czy ja jeszcze oddycham?
– Mama wraca? – zapytała Julka z kuchni.
– Wraca. I mam nadzieję, że z walizką pieniędzy, bo rachunek będzie długi.
O osiemnastej zapukała. Dzieci rzuciły się jej na szyję, a ja z kamienną twarzą podałam jej torby.
– Dzięki, mamo! Jesteś kochana – powiedziała z uśmiechem.
– Czekaj. Siadaj na chwilę – powiedziałam, wskazując fotel. – Policzymy się.
– A co tu liczyć?
– Jedzenie, kino, basen, środki czystości, bilety autobusowe, papier toaletowy, który Franek zużywał w ilościach hurtowych... No i moje zmarnowane nerwy, które też bym wyceniła, ale jestem skromna.
– Mamo, naprawdę? Myślałam, że to... no wiesz… że zajmiesz się wnukami z dobroci serca…
– Z dobroci to ja raz w roku upiekę sernik. A nie utrzymuję przez dwa tygodnie dzieci kogoś, kto zarabia więcej ode mnie, a nie umie nawet zadzwonić.
– Trochę przesadzasz…
– Przesadzam? Dwa tygodnie. Dwa. Bez jednego telefonu.
Zamilkła. Przez chwilę myślałam, że się obrazi, ale tylko westchnęła.
– Masz rację. Przepraszam.
Zaskoczyła mnie. Nie takiej reakcji się spodziewałam.
Poczułam się doceniona
Pojechali. Cisza wróciła do mojego mieszkania jak długo wyczekiwany gość. Usiadłam z herbatą w ręku, patrząc na pusty fotel naprzeciwko i zastanawiałam się, czy za nimi tęsknię. Prawdę mówiąc – trochę tak. Jednak tylko trochę. Tyle, ile można tęsknić za głośną muzyką po tygodniu na festiwalu. Następnego dnia rano zadzwoniła Ala.
– Mamo, jeszcze raz… dziękuję. I przepraszam. Wiem, że nie zachowałam się najlepiej.
– Cieszę się, że to zauważyłaś. Naprawdę.
– Poszłam za twoją radą i jutro przeleję ci pieniądze. A dzieci już zapisałam ich na półkolonie na lato. Wiem, że masz swoje życie i nie chcę znowu wszystkiego zrzucać na ciebie.
– Aż chce się powiedzieć: cud się zdarzył – zażartowałam. – Tylko nie mów, że jeszcze przyślesz mi kwiaty.
– Właśnie o tym myślałam – parsknęła śmiechem. – Chcesz róże?
– Chcę święty spokój, ale róże też mogą być.
Rozłączyłam się i uśmiechnęłam pod nosem. Może jednak coś z tego będzie. Może któregoś dnia ta moja córka naprawdę nauczy się, że miłość do babci nie polega na tym, że traktuje się ją jak darmową opiekunkę z własną lodówką. W tym momencie pies zaskomlał przy drzwiach.
– No chodź, należy ci się długi spacer. Też to wszystko przeżyłeś.
Bo wiecie, babcia babcią, ale ja naprawdę, też mam prawo do życia.
Barbara, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Tatrach odnalazłam dawną miłość. Nie sądziłam, że spotkanie po latach rozgrzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”
- „Cały Dzień Babci czekałam na wizytę wnuczki, a dostałam tylko krótki telefon. Nawet nie wie, co dla niej przeszłam”
- „Wnuki pamiętają o mnie na Dzień Babci, a później milczą przez 12 miesięcy. Nauczka czeka na nich w testamencie”