Reklama

Nie wiem, kiedy przestałam być dla niej ważna. Może wtedy, gdy wyprowadziła się na studia i wracała już tylko od święta. Albo kiedy zaczęła mówić o życiu „gdzieś indziej”, jakby wszystko, co miała tu, było tylko tymczasowe. Zawsze wierzyłam, że dzieci powinny mieć marzenia – ale nie kosztem bliskich.

Obietnice bez pokrycia

Kiedy Basia wróciła z Londynu po dwóch latach pracy w hotelu, wydawało mi się, że wszystko powoli wraca do normy. Znowu piłyśmy razem poranną kawę, robiłyśmy zakupy na targu, rozmawiałyśmy do późna. Mówiła, że ma dosyć życia na walizkach i chce na nowo zacząć wszystko tutaj. Uwierzyłam jej. Nawet odetchnęłam z ulgą. Mimo że przez telefon brzmiała wtedy inaczej – z dystansem, z chłodnym entuzjazmem – na miejscu wydawała się naprawdę zaangażowana.

– Mamo, naprawdę chcę z tobą tu być. Przecież to nasze mieszkanie – powiedziała pewnego wieczoru, gdy rozłożyła na stole pizzę i włączyła stary film, który razem zawsze oglądałyśmy.

Poczułam ciepło. Mimo wszystkich różnic, mimo lat oddalenia, nadal byłam dla niej ważna. Tylko że kilka tygodni później zaczęły się dziwne rozmowy. A to o kredytach, a to o marzeniach. Że w Australii jest pięknie, że ktoś, kogo poznała, planuje wyprawę dookoła świata, że życie jest za krótkie, żeby spędzić je w jednym miejscu. Słuchałam i kiwałam głową, ale coraz częściej czułam niepokój. Bałam się, że znów ucieknie.

– Tylko nie znikaj znowu – powiedziałam któregoś dnia, trzymając w rękach jej paszport, który leżał na stole.

– Mamo, przestań. Przecież już wróciłam, nie? – uśmiechnęła się lekko i pocałowała mnie w czoło.

Nie wiedziałam, że ten uśmiech to tylko przykrywka.

Coś ukrywała

Zaczęło się niewinnie – albo raczej tak miało wyglądać. Basia spędzała więcej czasu poza domem, mówiła, że ma spotkania, że pomaga znajomym w projektach, czasem wspominała coś o agencji turystycznej. Wieczorami siadała do komputera, otaczała się mapami, blogami podróżniczymi, notatkami, jakby planowała wyprawę swojego życia. Pytałam ją, skąd ten zapał, skoro dopiero co wróciła. Odpowiadała wymijająco.

– Trzeba mieć plan B, mamo. Życie potrafi zaskoczyć – rzuciła kiedyś z uśmiechem.

– Ale przecież dopiero co mówiłaś, że chcesz tu zostać...

– Chcę. Ale nie na zawsze.

To „nie na zawsze” utkwiło mi w głowie na długo. Niepokoiło mnie, ale jednocześnie tłumaczyłam ją przed sobą. Młoda, ambitna, świat stoi przed nią otworem. Może się wyszaleje i wróci naprawdę. Nie widziałam jeszcze wtedy, że coś kombinowała. A może widziałam, tylko nie chciałam tego przyjąć do siebie. Pewnego wieczoru zauważyłam, że przegląda jakieś dokumenty na komputerze. Gdy weszłam do pokoju, szybko zamknęła okno na ekranie. Zmieszała się.

– Co oglądasz?

– A nic, oferty mieszkań. Zastanawiam się, czy nie kupić czegoś pod wynajem.

Zdziwiło mnie to, bo przecież nie miała pieniędzy. Przynajmniej tak mi się wydawało. Ale nie drążyłam.

– A skąd masz na to środki?

– Oj mamo, nie wszystko musisz wiedzieć. Zbieram, inwestuję.

Nie zapytałam więcej. Popełniłam błąd. Ogromny błąd.

Akt notarialny i łzy

Był chłodny poranek, kiedy przyszło polecone. Koperta z kancelarii notarialnej, adresowana do mnie. Otworzyłam ją z roztargnieniem, myśląc, że to może pomyłka. Ale imię się zgadzało. Nazwisko też. Przeczytałam kilka pierwszych linijek i musiałam usiąść. Akt sprzedaży nieruchomości. Naszego mieszkania. Podpisany przez moją córkę. Początkowo myślałam, że to żart, jakaś pomyłka administracyjna. Zadzwoniłam do niej z drżącym głosem.

– Basiu, co to ma znaczyć? Przyszły dokumenty ze sprzedażą mieszkania. Jakim cudem? Przecież to też mój dom...

– Mamo... musiałam. Po prostu musiałam to zrobić.

– Jak to musiałaś?! A ja?! Gdzie ja mam teraz mieszkać?

– Miałam pełnomocnictwo, pamiętasz? Dawałaś mi, jak wyjeżdżałam do Anglii. To było potrzebne do banku... Skorzystałam z niego.

Zatkało mnie. Pamiętałam tamto pełnomocnictwo – podpisane bez większego zastanowienia, by mogła ogarnąć sprawy w moim imieniu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że użyje go przeciwko mnie.

– Sprzedałaś mój dom... Żeby co? Polecieć na Bali?

– Nie tylko Bali. Chcę zwiedzić świat. To moje życie, mamo.

– A moje co?! Nie pomyślałaś, co się ze mną stanie?

– Znajdziesz coś. Masz znajomych, emeryturę. Poradzisz sobie.

Zakończyła rozmowę. Zostawiła mnie z papierami i łzami. Nie spałam całą noc. Patrzyłam w sufit, ten sam, który jeszcze przez kilka tygodni należał do mnie.

Potraktowała mnie jak rzecz

Kilka dni później wróciła do mieszkania jakby nigdy nic. W progu stały trzy wielkie plecaki, walizka i nowy aparat zawieszony na szyi. Pachniała drogimi perfumami.

– Wylatuję pojutrze – oznajmiła, zdejmując buty.

– A ja? – zapytałam cicho, stojąc w kuchni i ściskając ściereczkę w dłoniach.

– Co ty, mamo? No przecież załatwiłam ci miejsce u cioci Wandy. Powiedziała, że możesz zostać u niej, dopóki czegoś nie znajdziesz.

– Nawet mnie nie zapytałaś, czy chcę. Nie usiadłaś, nie porozmawiałaś. Po prostu spakowałaś walizki i sprzedałaś mi dach nad głową.

– Mamo, nie dramatyzuj. Masz 62 lata, jesteś w dobrej formie, nie jesteś bezdomna. Chciałam coś przeżyć w życiu, nie mogę być tu na zawsze.

– Więc mnie poświęciłaś.

– Nie mów tak... – spojrzała na mnie, ale już bez współczucia. Raczej z irytacją. – Po prostu wykorzystałam szansę.

Usiadłam na fotelu i patrzyłam, jak pakuje ostatnie rzeczy. Spakowała też stary album ze zdjęciami, który zawsze był mój.

– Tego nie zabieraj – powiedziałam, ledwo powstrzymując drżenie głosu.

– To przecież też moje wspomnienia – odparła sucho i wrzuciła album do plecaka.

Tego wieczoru nie zjadłyśmy razem kolacji. Po raz pierwszy od jej powrotu usiadłam do stołu sama. A na krześle naprzeciw mnie – leżała tylko karteczka z hasłem do internetu. Jakby tyle mi zostało z tego wszystkiego.

Ostatni nocleg pod cudzym dachem

Wanda była serdeczna, ale to nie było moje miejsce. Miała dwa koty, zapach lawendy unoszący się w każdym kącie i pokój gościnny z tapetą w różowe kwiaty. Tylko że ja nie czułam się tam jak gość. Bardziej jak ktoś, kto nie ma gdzie indziej pójść. Leżałam na wersalce, słuchałam cichych rozmów dochodzących z drugiego pokoju i zastanawiałam się, jak to możliwe, że w ciągu kilku tygodni moje życie się tak zmieniło.

Miałam mieszkanie, swoją kuchnię, swoje firanki, ulubiony kubek z pękniętym uchem. Teraz miałam jedną szufladę na bieliznę i dwa wieszaki w szafie cioci.

Musisz się jakoś pozbierać – powiedziała mi któregoś wieczoru, stawiając przede mną herbatę.

– A jak się pozbierać, kiedy wszystko, co się miało, zostało oddane za bilet lotniczy?

– Ona jest młoda, pewnie nie rozumie... Jeszcze wróci i przeprosi.

Pokręciłam głową. Nie chodziło już o przeprosiny. Chodziło o to, że nie byłam częścią jej planu. Że zredukowała mnie do problemu, który trzeba przenieść w inne miejsce, zanim wyruszy się w podróż życia.

Kiedy przyszedł dzień jej wylotu, zadzwoniła tylko na chwilę, rzuciła:

– Trzymaj się, mamo. Odezwę się, jak będę w Tajlandii.

– Jasne – odpowiedziałam i rozłączyłam się bez emocji.

Pół godziny później znów leżałam na wersalce. A w głowie miałam pytanie, które nie chciało odejść: czy jeszcze kiedyś będę u siebie?

Już nie jestem potrzebna

Minęły trzy miesiące. Dzwoni rzadko, a kiedy już to robi, opowiada o wodospadach, kolorowych targach, śniadaniach na plaży. Czasem przesyła zdjęcie z uśmiechem. Na żadnym nie ma mnie.

Znalazłam sobie pokój do wynajęcia u starszej pani. Dzielimy łazienkę, gotujemy osobno. Codziennie mijam ludzi na klatce schodowej, którzy nie wiedzą, jak się nazywam. W szufladzie mam kilka bluzek, trochę dokumentów i album, który na szczęście zostawiła – chyba przez zapomnienie.

Najgorzej jest rano. Kiedy wstaję, a nie mam dla kogo zrobić kawy. Kiedy nie ma kto się uśmiechnąć znad gazety, nie ma z kim obejrzeć serialu. Myślałam, że rodzina to coś, co zawsze jest. Okazało się, że tylko wtedy, kiedy komuś pasuje. Nie jestem zła. Przeszłam już przez wściekłość i łzy. Teraz jestem tylko zmęczona. I obca. W cudzym pokoju, z cudzymi meblami, w świecie, który przestał mnie potrzebować.

Czasem idę na spacer, patrzę w okna innych domów i zastanawiam się, ilu ludzi zostało przesuniętych na bok przez tych, których kochali najbardziej. Może jest nas więcej. Może nie jestem jedyna. Ale kiedy wracam i zamykam za sobą drzwi, czuję to z całą siłą: już nie jestem nikomu potrzebna. Nawet własnemu dziecku.

Zofia, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama