Reklama

Patrzyłam na kolorową tabelkę wydrukowaną na sztywnym, białym papierze i czułam, jak w gardle rośnie mi wielka, dławiąca gula. To nie był list z podziękowaniami, laurka od wnuczki ani zaproszenie na wspólny obiad. To był harmonogram. Profesjonalny arkusz kalkulacyjny. Moja córka, moja ukochana jedynaczka, w której start w dorosłość wpompowaliśmy z mężem wszystkie oszczędności, właśnie wręczyła mi grafik moich obowiązków. Był rozpisany co do minuty, z uwzględnieniem czasu na spacer, drzemkę, a nawet moich przerw na toaletę. Wtedy zrozumiałam, że przestałam być matką i babcią, a stałam się podwładnym w korporacji, którym można dowolnie zarządzać. Co gorsza, ona oczekiwała, że podpiszę ten dokument.

Kiedy rok temu odchodziłam z pracy w urzędzie gminy, miałam w głowie zupełnie inny obraz mojej jesieni życia. Przez czterdzieści lat wstawałam o szóstej rano, parzyłam kawę w pośpiechu i biegłam na autobus, by przez osiem godzin przekładać papiery i stresować się terminami. Marzyłam o dniu, w którym budzik przestanie dzwonić. Wyobrażałam sobie, jak wreszcie zajmę się moim małym ogrodem, który przez lata zaniedbywałam. Chciałam posadzić róże, hortensje, może nawet założyć mały warzywniak ze świeżymi ziołami.

Mój mąż, Janusz, był na emeryturze już od dwóch lat. Rano wędkarstwo albo działka, po południu drzemka i krzyżówki. Liczyłam, że dołączę do niego w tym błogim lenistwie, że może wreszcie pojedziemy do sanatorium nad morzem, nie martwiąc się o urlopy. Oczywiście, kochałam moje wnuki. Sześcioletni Kacper i trzyletnia Amelka byli całym moim światem. Ich śmiech i te szczere wyznania miłości potrafiły roztopić każde serce. Ale bycie babcią wyobrażałam sobie jako przywilej, a nie etat. Chciałam zabierać ich do zoo w weekendy i piec z nimi ciastka, a nie stać się głównym filarem ich codziennej egzystencji. Wszystko zaczęło się niewinnie. Moja córka, Paulina, wróciła do pracy po urlopie wychowawczym.

– Mamo, czy mogłabym cię prosić o pomoc w poniedziałki i środy? – zapytała wtedy z tym swoim uroczym, błagalnym uśmiechem. – Tylko odbiór z przedszkola, nic wielkiego. Zanim dojedziemy z Michałem przez te korki, robi się siedemnasta.

Zgodziłam się bez wahania. Dwa dni w tygodniu po trzy godziny? Żaden problem. Cieszyłam się, że mogę być potrzebna. Przez pierwsze miesiące wszystko działało sprawnie. Wnuki były radosne, ja miałam czas na ogród, a Paulina dziękowała mi przy każdym spotkaniu. Ale z czasem „tylko poniedziałki i środy” zaczęły ewoluować. Najpierw doszły piątki, bo Michał miał treningi. Potem okazało się, że we wtorki Amelka ma rytmikę. A w czwartki? W czwartki przecież szkoda, żeby siedziały w świetlicy, skoro babcia jest w domu.

Córka nie widziała problemu

Zanim się obejrzałam, byłam u nich codziennie. Albo oni u mnie. Mój dom, który miał być oazą spokoju, zamienił się w filię przedszkola. W salonie zamiast moich książek leżały klocki, a na nowej kanapie coraz częściej pojawiały się plamy po musie owocowym. Janusz zaczął uciekać na ryby skoro świt i wracał dopiero wieczorem, mrucząc pod nosem, że we własnym domu nie ma gdzie usiąść. Próbowałam rozmawiać z córką. Delikatnie sugerowałam, że jestem zmęczona, że bolą mnie stawy, że chciałabym pojechać na wycieczkę z przyjaciółką.

– Mamo, nie przesadzaj – odpowiadała Paulina, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. – Przecież siedzisz w domu. Co masz lepszego do roboty? Inne babcie marzą o takim kontakcie z wnukami, a ty narzekasz. Poza tym, wiesz, ile kosztuje opiekunka? My mamy kredyt, musimy oszczędzać.

Kredyt. Magiczne słowo, które miało zamykać mi usta. Czułam się winna, bo chciałam dla niej jak najlepiej. Zaciskałam więc zęby, smarowałam kolana i dalej bawiłam się w berka, gotowałam zupki i prałam brudne spodenki. Krysia, moja przyjaciółka ze szkolnej ławy, patrzyła na to z przerażeniem.

– Halinka, ty się wykończysz – mówiła mi, gdy wreszcie udało nam się wyrwać na krótki spacer. – Wyglądasz na dziesięć lat starszą niż jesteś. To nie jest normalne. Ty jesteś ich babcią, nie niewolnicą.

– Ale oni mnie potrzebują, Krysiu – tłumaczyłam, choć sama w to coraz mniej wierzyłam. – Kto im pomoże, jak nie ja?

– Pomoc to jedno, a wykorzystywanie to drugie. Zobaczysz, przyjdzie moment, że podziękują ci tak, że w pięty ci pójdzie.

Krysia miała rację. Ten moment nadszedł w duszny, lipcowy wtorek. Paulina wpadła po dzieci spóźniona o godzinę. Nie przeprosiła. Zamiast tego rzuciła teczkę na stół i wyjęła z niej ten nieszczęsny wydruk.

Czułam, że robi mi się słabo

Usiadła naprzeciwko mnie, poprawiając swoją nienaganną fryzurę. Wyglądała jak dyrektor generalny, który za chwilę zwolni nieefektywnego pracownika.

– Mamo, musimy uporządkować pewne sprawy – zaczęła tonem oficjalnym, chłodnym, wypranym z emocji. – Ostatnio panuje chaos. Dwa razy zapomniałaś, że Kacper ma angielski o szesnastej trzydzieści, a nie o siedemnastej. Wczoraj dałaś Amelce lody przed obiadem, przez co nie zjadła mięsa. Michał się denerwuje, ja też. Nie możemy tak funkcjonować.

– Zapomniałam, bo byłam zmęczona – próbowałam się bronić, ale ona uciszyła mnie gestem dłoni.

– Dlatego przygotowałam grafik. To ułatwi nam wszystkim życie.

Przesunęła kartkę w moją stronę. Spojrzałam na nią i oniemiałam. To była tabela. Kolumny, wiersze, kolory: „Poniedziałek: 14:00 – odbiór Kacpra. 14:30 – odbiór Amelki. 15:00 – obiad (zupa + drugie, menu ustalone wcześniej). 16:00 – zabawy edukacyjne (bez telewizora!). 17:30 – odwiezienie na basen...”

Czytałam kolejne punkty i czułam, jak robi mi się słabo. Tam było wszystko. Ale najbardziej zszokowała mnie ostatnia kolumna: „Uwagi i rozliczenie czasu”.

– Co to jest? – zapytałam cicho, wskazując na ten fragment.

– To proste – wyjaśniła Paulina, jakby tłumaczyła dziecku zasady gry planszowej. – Będziemy zapisywać godziny. Jeśli zostaniesz z dziećmi dłużej w jeden dzień, na przykład kiedy my wyjdziemy wieczorem, to w inny dzień będziesz mogła skończyć wcześniej. Taki system banku godzin. Żeby było sprawiedliwie.

– Sprawiedliwie? – powtórzyłam głucho. – Paulinko, czy ty siebie słyszysz? Ja jestem twoją matką. Opiekuję się wnukami z miłości, a nie dla... banku godzin.

– Mamo, czasy się zmieniają. Musimy być zorganizowani. Poza tym, to też dla twojego dobra. Będziesz wiedziała, na czym stoisz. A, i jeszcze jedno. Wprowadziłam system kar i nagród dla dzieci, więc musisz się do niego stosować. Jeśli Kacper nie posprząta klocków, odejmujesz mu dziesięć minut z czasu na bajkę. Musisz to odnotować w tabeli.

Patrzyłam na nią i nie poznawałam własnego dziecka. Gdzie popełniłam błąd? Czy korporacyjny świat tak bardzo wyprał ją z ludzkich odruchów, że relacje rodzinne postanowiła zamknąć w grafiku?

Bunt na pokładzie

Tej nocy nie spałam ani minuty. Janusz chrapał obok, a ja leżałam, wpatrując się w sufit. Grafik leżał na komodzie jak wyrok. Czułam się upokorzona. Moja bezwarunkowa pomoc, moje poświęcenie, mój czas – to wszystko zostało sprowadzone do usługi, którą trzeba skatalogować i kontrolować. Bolało mnie to, że nie zapytała, czy mam siłę, czy mam inne plany. Po prostu założyła, że jestem dostępna na każde jej zawołanie. Następnego dnia rano zadzwoniła Krysia.

– Halinka, słuchaj! Jest oferta last minute. Wycieczka objazdowa po Włoszech. Toskania, Florencja, Rzym. Wyjazd za dwa tygodnie. Cena rewelacyjna. Jedziemy?

Serce zabiło mi mocniej. Włochy... Marzyłam o tym od lat. Zawsze jednak było coś ważniejszego.

– Krysiu, nie wiem... – zaczęłam standardowo. – Wiesz, że mam dzieciaki na głowie.

– Halina! – Krysia niemal krzyknęła do słuchawki. – Masz sześćdziesiąt lat! Kiedy pojedziesz? Jak będziesz chodzić o lasce? Zrób to dla siebie.

Spojrzałam na grafik leżący na stole. Według niego, za dwa tygodnie miałam „tydzień intensywny”, bo Paulina wyjeżdżała na delegację. W rubryce „Środa” widniało: „Całodobowa opieka. Nocowanie u babci”. Wtedy coś we mnie pękło. Przypomniałam sobie wczorajszy chłód w głosie córki. To wyliczanie minut. Ten brak wdzięczności. Zrozumiałam, że jeśli teraz nie postawię granicy, to już nigdy tego nie zrobię.

– Krysiu – powiedziałam pewnym głosem, który zaskoczył nawet mnie. – Rezerwuj. Jadę.

– Naprawdę?! – ucieszyła się przyjaciółka. – Wspaniale! Ale co z... wiesz kim?

– Tym się nie martw. To ja tu rządzę moim czasem.

Czekałam na przyjazd Pauliny z dziwnym spokojem. Kiedy weszła do domu, od razu zaczęła nawijać o korkach i o tym, że musi skoczyć do sklepu zrobić zakupy.

– Usiądź, Paulinko – przerwałam jej, stojąc na środku kuchni. Na stole leżał jej grafik.

Nie mam czasu, mamo, muszę jeszcze...

– Usiądź – powtórzyłam tonem, którego nie używałam od czasów, gdy była nastolatką.

Zdziwiona, opadła na krzesło.

– O co chodzi? Coś się stało z dziećmi?

Podeszłam do stołu, wzięłam kartkę z grafikiem i powoli, starannie podarłam ją na cztery części. Dźwięk rozrywanego papieru był najprzyjemniejszą muzyką, jaką słyszałam od dawna.

– Mamo! Co ty robisz?! – krzyknęła, zrywając się z miejsca. – Wiesz, ile czasu nad tym siedziałam?!

– Wiem. I to jest właśnie problem – odpowiedziałam spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. – Poświęciłaś czas na stworzenie systemu kontroli własnej matki, zamiast poświęcić chwilę na rozmowę ze mną.

– Ale to dla twojego dobra! Żebyś...

– Nie, Paulino. To dla twojej wygody. Słuchaj mnie uważnie, bo nie będę powtarzać. Jestem twoją matką i babcią twoich dzieci. Kocham was nad życie. Ale nie jestem twoim pracownikiem. Nie jestem opiekunką na etacie. Nie będziesz mi wyliczać minut spóźnienia i rozliczać mnie z tego, czy dałam dziecku lody.

– Ale przecież musisz nam pomagać! Jesteśmy rodziną! – w jej głosie pojawiła się nuta histerii. – Co ja teraz zrobię? Mam delegację za dwa tygodnie!

Wzięłam głęboki oddech. To był ten moment.

– Za dwa tygodnie wyjeżdżam z Krysią do Włoch. Nie będzie mnie przez dziesięć dni.

– Co?! – Paulina wyglądała, jakby dostała w twarz. – Żartujesz sobie? A dzieci? A moja praca? Jak możesz być tak egoistyczna?!

– Egoistyczna? – zaśmiałam się gorzko. – Paulinko, przez ostatnie trzy lata oddałam wam każdą wolną chwilę. Zaniedbałam dom, męża, zdrowie i przyjaciół. Teraz jadę na wakacje. A ty i Michał jesteście dorosłymi ludźmi. Rodzicami. To wasz obowiązek, by zapewnić opiekę dzieciom, nie mój. Możesz wziąć opiekunkę, Michał może wziąć urlop. To wasz problem.

Córka stała jak wryta. Widziałam w jej oczach złość, niedowierzanie, a potem łzy.

– Jak możesz... Przecież wiesz, że nie mamy pieniędzy na opiekunkę na pełen etat...

– To zrezygnujcie z czegoś. Z jednego wyjazdu na narty, z nowszego modelu telefonu. Życie to sztuka wyboru, córeczko. Ja wybrałam. Od teraz będę zajmować się wnukami wtedy, kiedy będę miała na to ochotę i siłę. Na moich zasadach. Bez tabelek, bez rozliczania, bez presji. I na pewno nie codziennie.

Wyszła, trzaskając drzwiami. Nie dzwoniła przez trzy dni. Było mi ciężko, serce matki krwawiło, ale wiedziałam, że Janusz mnie popiera. Kiedy opowiedziałam mu o całej sytuacji, po raz pierwszy od dawna przytulił mnie mocno i powiedział: „Brawo, Halinka. Nareszcie”.

Asertywność to nie egoizm

Włochy były przepiękne. Smakowały winem, słońcem i wolnością. Kiedy siedziałam na placu w Sienie, pijąc espresso i nie martwiąc się, że muszę biec do przedszkola, poczułam, że odzyskuję siebie. Wysłałam Paulinie kartkę z widokiem na Koloseum. Napisałam tylko: „Pozdrawiam, Mama”. Kiedy wróciłam, atmosfera była napięta. Paulina była chłodna, Michał unikał mojego wzroku. Okazało się, że musieli zapłacić sąsiadce za opiekę podczas mojej nieobecności i słono ich to kosztowało. Ale poradzili sobie. Świat się nie zawalił.

Minęło kilka miesięcy. Nasze relacje powoli wracają do normy, ale na zupełnie nowych zasadach. Nie ma żadnego grafiku. Nie ma wpadania bez zapowiedzi i zrzucania dzieci w progu. Teraz Paulina dzwoni i pyta: „Mamo, czy miałabyś czas i ochotę zająć się dziećmi w sobotę wieczorem?”. A ja czasem mówię „Tak”, a czasem „Nie, idziemy z tatą do teatru”. Zauważyłam też zmianę w samej Paulinie. Zaczęła bardziej doceniać to, co robię. Ostatnio, gdy przyszłam posiedzieć z chorą Amelką (bo sama to zaproponowałam, widząc, jak córka jest wykończona), Paulina zrobiła mi herbatę i usiadła obok.

– Dziękuję, mamo – powiedziała cicho. – Naprawdę dziękuję. I przepraszam za tamtą tabelkę. Byłam... głupia. Myślałam, że jak wszystko zaplanuję, to będę miała kontrolę nad życiem. A tylko cię zraniłam.

– Już dobrze – pogłaskałam ją po dłoni. – Najważniejsze, że zrozumiałaś.

Teraz, kiedy zajmuję się wnukami, robię to z radością. Nie czuję już tego ciężaru na piersi. Bawimy się, śmiejemy, a kiedy przychodzi czas powrotu do domu, oddaję je rodzicom i wracam do mojego ogrodu. Moje róże wreszcie pięknie zakwitły, a ja nauczyłam się, że aby być dobrą babcią, trzeba być najpierw szczęśliwą kobietą. Asertywność to nie egoizm. To szacunek do samej siebie. Tabelka z grafikiem trafiła do kosza, ale lekcja, którą dzięki niej odebrałam, zostanie ze mną na zawsze.

Halina, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama