Reklama

Od rana wszystko było gotowe. I choć udawałam, że sprzątam ostatnie drobiazgi, tak naprawdę cały czas wyglądałam przez okno. Takie rzeczy się tu celebruje. Wizyta duszpasterska to nie tylko formalność, to teatr – przedstawienie, które gra się raz w roku dla Boga i sąsiadów. I choć nie jestem specjalnie pobożna, to są sprawy, których się nie zaniedbuje. Stałam więc w oknie, udając, że zerkam na pogodę, kiedy w rzeczywistości wypatrywałam księdza. A kiedy w końcu się pojawił – w czarnej sutannie, z ministrantem i dzwonkiem – poczułam znajome napięcie. Wszedł do sąsiadów naprzeciwko, a potem minął mój dom. Bez słowa. Bez pukania. Jakby mnie nie było. Jakbyśmy nie istnieli. Zamknęłam okno i wpatrywałam się w stół, który nagle wydał mi się groteskowym żartem. I wtedy pomyślałam, że to pewno to sprawka sąsiada plotkarza.

Czułam wstyd

Jeszcze przez chwilę stałam przy oknie. Miałam nadzieję, że ksiądz zawróci. Ale nie. Już stał przed drzwiami sąsiadów po prawej, a ja dalej trzymałam rękę na zasłonie, czując, jak ogarnia mnie wstyd. Nie, nie wstyd. Złość. I coś jeszcze – upokorzenie. Przecież wszystko było gotowe!

– No pięknie – mruknęłam do siebie. – Nawet ksiądz mnie omija, jakbym była trędowata.

Ledwie wypowiedziałam te słowa, ktoś zapukał do drzwi. Rzuciłam się jak oparzona. Może to ministrant? Może się pomylili? Otworzyłam.

– Dzień dobry, sąsiadeczko – powiedział pan Mieczysław. – Nie przyszli? A tak myślałem, że nie przyjdą.

– Słucham? – zmrużyłam oczy.

– No, ja tylko chciałem powiedzieć, że pewnie przez te… sprawy – nachylił się konspiracyjnie. – Ksiądz się pewnie dowiedział.

– Jakie sprawy, panie Mietku? – syknęłam. – Co niby miał się dowiedzieć?

– No wie pani… Że bez ślubu żyjecie, że ludzie mówią… A ksiądz, wiadomo, też człowiek. Pogada z jednym, z drugim…

– Ludzie mówią? – przerwałam mu. – A skąd ksiądz miałby wiedzieć, co mówią, jeśli ktoś mu tego nie powtórzy?

Mieczysław tylko wzruszył ramionami.

Ja nic nie mówię, ja tylko powtarzam.

Zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.

Nie kryłam oburzenia

Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Kiedy emocje nieco opadły, zaczęłam chodzić po mieszkaniu jak tygrys w klatce. W końcu chwyciłam za telefon i wystukałam numer parafii.

– Parafia św. Józefa, słucham? – odezwał się czyjś znudzony głos.

– Dzień dobry, chciałam zapytać, dlaczego ksiądz nie przyszedł do mnie po kolędzie? Byłam przygotowana.

– Już sprawdzam… – usłyszałam szelest papierów. – Numer domu?

– Czternaście.

– A, tak… – zawiesił głos. – W notatkach mam, że „wizyta niepożądana”.

– Słucham?! – usiadłam, jakby mi ktoś przyłożył w potylicę.

– Tak tu zapisano. Zwykle to po rozmowie z mieszkańcami albo sąsiadami. Może ktoś zgłaszał? Nie wiem, proszę się nie denerwować…

– Ale ja chcę tej wizyty! Jakim prawem ktoś decyduje za mnie?

Proszę zadzwonić jutro, może uda się coś ustalić z księdzem proboszczem. Dziś jest w terenie.

Rozłączyłam się, trzęsąc z oburzenia. „Wizyta niepożądana”? Kto to wymyślił? Miałam ochotę wyjść przed dom i wykrzyczeć swoją złość. Zamiast tego znowu zadzwoniłam. Tym razem do Ani z domu obok.

Był u ciebie ksiądz?

– No był. A u ciebie nie? – w jej głosie brzmiało zaskoczenie, a może tylko udawane.

– Nie. Podobno „wizyta niepożądana”.

– A ty się przypadkiem z Mietkiem nie pokłóciłaś ostatnio?

Zamilkłam.

– Bo jeśli tak, to wiesz czyja to sprawka.

Wypaplała mi wszystko

Wyszłam na balkon, mimo że było zimno. Może naiwnie liczyłam, że Mietek jeszcze kręci się po podwórku i będę mogła mu powiedzieć prosto w oczy, co sądzę o jego „niewinnym powtarzaniu”. Nie było go. Zamiast tego na ławce przed domem siedziała pani Halinka.

– Dzień dobry! – zawołała. – Co tak smutno wyglądasz przez te barierki?

– A bo kolęda nas dzisiaj ominęła. Ksiądz potraktował mnie jak śmiecia – odparłam, opierając się o poręcz.

– No co pani powie? – Halinka zmarszczyła brwi. – A przecież u nas był, nawet herbatki się napił. Powiedział, że dużo się nasłuchał o swoich parafianach.

– No właśnie. I teraz pytanie – od kogo się tyle nasłuchał? Bo ja sobie nie przypominam, żeby ktoś mnie tu mnie obgadywał, chyba że za plecami.

– To nie muszę pani mówić, kto tu pierwszy niesie nowiny – odparła Halinka z przekąsem. – Mietek ma więcej informacji niż urząd gminy. On nawet wie, kiedy sąsiadka zmienia pościel. Nic dziwnego, że ksiądz słuchał z otwartą buzią.

– A nie przyszło mu do głowy zapukać i zapytać mnie samą, czy chcę wizytę?

– Pani Jolu – Halinka pokiwała głową. – Ksiądz też człowiek. A jak mu ktoś powie, że tu mieszka jakaś rozwódka z psem i mężczyzną, co do którego „nic nie wiadomo”, to pewnie woli się nie mieszać.

– I co to znaczy: „nic nie wiadomo”?! – wrzasnęłam.

– No właśnie, ale Mietek wie lepiej.

Zamyśliła się, a chwilę później dodała:

– Niech pani pogada z proboszczem. I z Mietkiem.

Spojrzał na mnie spod brwi

Następnego dnia rano ubrałam się i ruszyłam na plebanię. Przyjął mnie ksiądz proboszcz. Starszy, siwy, uprzejmy do bólu, jakby całe życie spędził z różańcem w jednej ręce i krzyżówką w drugiej.

– Czym mogę pomóc, pani Jolanto?

– Przyszłam zapytać, dlaczego ksiądz wczoraj pominął mój dom.

Zamilkł. Spojrzał na mnie spod brwi.

– W notatkach miałem zapisane, że nie przyjmuje pani wizyty duszpasterskiej. Ministrant zapisywał, kto odmawia kolędy.

– Nikt ze mną nie rozmawiał!

– No cóż… – westchnął. – Jeden z sąsiadów zasugerował, że w pani mieszkaniu… panują niesakramentalne warunki.

– To znaczy?

– Że żyje pani z mężczyzną bez ślubu, że na balkonie przekleństwa słychać…

– Przekleństwa?! – aż się roześmiałam.

– Proszę się nie denerwować – ksiądz podniósł rękę. – Ja tylko słucham tego, co mówią wierni. Być może pochopnie wyciągnąłem wnioski.

– A nie przyszło księdzu do głowy, że plotki to nie Ewangelia?

Ksiądz zamyślił się. Po chwili powiedział:

– Jeśli wyrazi pani wolę, mogę odwiedzić panią z kolędą w przyszłym tygodniu.

Wychodząc, wiedziałam jedno – pan Mietek jeszcze dziś poczuje, co to znaczy sąsiedzka rewizja.

Wygarnęłam mu

Popołudnie spędziłam w kuchni, mieląc w głowie każdą możliwą wersję rozmowy z Mietkiem. Najpierw miało być grzecznie. Potem – szorstko. W końcu stanęło na tym, że po prostu pójdę i zapytam, po co to wszystko zrobił. Złapałam go, gdy wracał ze sklepu z siatką pełną bułek.

– Zapraszam na rozmowę – zagrodziłam mu drogę pod drzwiami.

– Oho, przyszła się wyżalić – mruknął, nie patrząc na mnie.

– Nie. Przyszłam zapytać, dlaczego opowiada pan księdzu głupoty?

– Ja? Ja nic nikomu nie opowiadałem – podniósł ręce, udając niewiniątko. – Co sobie pani wyobraża?

– Że nie umie trzymać języka za zębami. Tak sobie wyobrażam. Ksiądz sam powiedział, że usłyszał, iż „panują u mnie niesakramentalne warunki”. I że pies szczeka.

– No przecież szczeka, prawda? – uśmiechnął się krzywo.

– Szczeka, bo jak pan łazi po ulicy o dwudziestej drugiej, to każdy pies by szczekał. A co do „niesakramentalnych warunków” – zbliżyłam się o krok – Michał jest moim bratem. Wraca z pracy o trzeciej w nocy, bo jeździ tirem. Więc następnym razem, zanim pan zacznie szeptać komukolwiek do ucha, niech pan zapuka i zapyta.

Mietek zaniemówił. Pierwszy raz widziałam, jak naprawdę się zmieszał. Spojrzał na swoje siatki, jakby szukał tam schronienia.

– No... może mi się coś pomieszało – bąknął. – Może coś źle zrozumiałem...

– A ja może następnym razem zadzwonię do proboszcza, zanim pan coś źle „zrozumie”.

Obróciłam się na pięcie i wróciłam do domu.

Miałam dość plotek

Minął tydzień. Proboszcz dotrzymał słowa – przyszedł w sobotę po południu, bez ministranta, bez fanfar, ale z uśmiechem i modlitwą. Nawet chwilę posiedział przy herbacie. Na koniec powiedział:

– Wie pani, czasem ludzie więcej się modlą językiem niż sercem. A serce bywa… mniej miłosierne.

– Ludzie tu mają dar – odparłam. – Dar wyobraźni i złej woli. Chociaż są wyjątki.

Po jego wyjściu usiadłam wreszcie spokojnie przy stole. Nie musiałam długo czekać, by los podsunął mi kolejne widowisko – przez okno zobaczyłam, jak Mietek myszkuje przy śmietniku i rzuca ukradkowe spojrzenia w moją stronę. Zadzwonił domofon. Nie miałam siły zgadywać, kto tym razem.

– Pani Jolu? – to była Halinka. – Słyszałam, że ksiądz jednak był.

– Był, był. Po ludzku, bez szeptania.

– No i dobrze. A Mietek… – zawahała się. – On chyba nawet nie po złości to powiedział. On jest samotny i nudzi się jak mops.

– To niech sobie znajdzie krzyżówkę, a nie miesza w cudzym życiu – mruknęłam. – Ja nie zamierzam się już nikomu tłumaczyć.

– I słusznie. Pani ma rację. A przy okazji, może padnie pani w niedzielę na herbatkę?

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem, potem dowidziałam.

– Wpadnę. I przyniosę ciasto. Tylko bez żadnych plotek. Dajesz słowo?

– No, chyba że o Mietku… – zachichotała.

– Tylko jeśli się nawróci i pójdzie do spowiedzi.

Obie się roześmiałyśmy.

Jolanta, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama