Reklama

Patrzę na nią codziennie rano, gdy krząta się po kuchni w tym samym spranym szlafroku, i czuję tylko pustkę. Nie czuję nienawiści, nie czuję też ciepła – nic. Przez lata jakoś się toczyło, dom, praca, kredyt, święta. Teraz budzę się i myślę tylko o tym, jak by to było żyć samemu. Tyle że... boję się. Nie wiem, czy potrafiłbym. Nawet jajecznicy nie potrafię sobie zrobić. A co dopiero przeżyć całego życia.

Udawałem, że mnie to obchodzi

– Znowu nie ma masła? – zapytała, przeszukując lodówkę z taką zaciętością, jakby odnalazła w niej kiedyś klucz do szczęścia.

– Może się skończyło – mruknąłem, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.

– I co teraz? Mam jeść suche pieczywo? – odwróciła się do mnie z miną, jakbym to ja właśnie popełnił zbrodnię. – Mówiłam ci wczoraj, że trzeba kupić.

– Nie słyszałem – skłamałem.

To były nasze poranki. Zawsze takie same. Ona narzekała, że czegoś brakuje, ja udawałem, że mnie to obchodzi. Przez pierwsze lata małżeństwa robiłem jej kawę, przynosiłem śniadanie do łóżka. Dziś siedziałem przy stole, stukając palcem w ekran, byle tylko nie musieć się odzywać.

– Zrób sobie jajecznicę – rzuciła w końcu, wyjmując serek wiejski z lodówki. – Ja mam tylko trzy minuty, bo muszę się pomalować.

– Jasne – powiedziałem, chociaż nie miałem pojęcia, gdzie w ogóle trzymamy patelnie. Może w tej dolnej szafce? A może w tej na lewo? Stałem przez chwilę jak idiota, aż zrezygnowany wyjąłem kromkę chleba i zjadłem ją suchą.

Ona jadła swoje śniadanie na stojąco. Między jednym łykiem kawy a poprawianiem rzęs w lusterku. I pomyślałem wtedy, że to wszystko wygląda jak scena z kiepskiego filmu o małżeństwie, które już dawno powinno się rozpaść, ale trzyma się siłą przyzwyczajeń.

– Co dzisiaj robisz po pracy? – zapytała nagle, jakbyśmy naprawdę mieli jeszcze coś wspólnego.

– Nic szczególnego. Może pójdę do kina – rzuciłem bezmyślnie.

– Sam?

– Może z kimś z pracy.

– Z tą nową blondyną? – uniosła brew, ale nie z zazdrości, raczej z rozbawienia. – Życzę powodzenia.

Zamiast odpowiedzieć, pokiwałem głową. Znała mnie. Wiedziała, że i tak nigdzie nie pójdę. Nie miałem siły na żadne kino, żadne blondyny. Chciałem tylko wrócić do domu, zamknąć się w łazience i posiedzieć w spokoju. Tylko tam czułem, że jestem sam. I że nie muszę udawać.

Nic się nie zmieniało

Nasz salon wyglądał jak z katalogu sprzed dekady. Beżowa kanapa, ciemnobrązowy stolik, telewizor, który kiedyś był nowoczesny. Nic się nie zmieniało. Czasem tylko przesuwaliśmy wazon albo zmienialiśmy zasłony. Tyle wystarczyło, żeby udawać, że coś się dzieje.

Wieczory wyglądały zawsze tak samo. Ona w pidżamie, z nogami zawiniętymi w koc, oglądała seriale, których fabuły były dla mnie równie nieprzeniknione co polityka zagraniczna. Ja siedziałem obok, przeglądałem wiadomości, memy, cokolwiek, byle nie czuć się całkiem martwym.

– Kredyt za prąd znowu wyższy – powiedziała pewnego dnia, nie odrywając wzroku od ekranu. – W marcu pewnie znowu podniosą ratę.

– No – przytaknąłem.

I tyle. Nie było więcej do powiedzenia. Przez lata mieliśmy wspólne tematy: meble do nowego mieszkania, ślub kuzynki, planowanie wakacji. Teraz wszystko się wypaliło. Kredyt był jedynym wspólnym dzieckiem, którego wciąż musieliśmy doglądać.

Pamiętam, jak kiedyś potrafiliśmy siedzieć godzinami na podłodze i rozmawiać o wszystkim. O jej dzieciństwie, o moich ambicjach, o tym, co będziemy robić, gdy skończymy czterdzieści lat. A teraz? Czterdziestka czaiła się za rogiem, a my siedzieliśmy w milczeniu, z twarzami oświetlonymi przez ekrany.

Nikt mnie tam nie szukał

– Zrób herbatę, proszę – rzuciła, nie patrząc na mnie.

Wstałem bez słowa. Znałem każdy jej ton głosu. Wiedziałem, kiedy to „proszę” znaczy „ratuj mnie przed nudą”. Nie robiłem herbaty z miłości. Robiłem ją z litości. Dla niej? Nie. Dla siebie. Bo może jeśli przez chwilę będę potrzebny, nie poczuję się całkiem niewidzialny.

Kiedy podałem jej kubek, skinęła głową i znów wbiła wzrok w ekran. Zajrzałem do portfela. Trzy banknoty, kilka monet i paragon z marketu. Tyle miałem. Tyle było mojego. Reszta – dom, telewizor, nawet ta herbata – była nasza. A ja coraz częściej chciałem mieć coś tylko dla siebie. Choćby tę jedną noc w samotnym hotelu, gdzie nikt nie zapyta, czy kupiłem papier toaletowy.

Zamykałem się w łazience częściej niż powinienem. Czasem z telefonem, czasem z niczym. Po prostu siedziałem. Zimą to miejsce było zimne jak kostnica, ale dawało mi chwilowe poczucie bezpieczeństwa. Nikt mnie tam nie szukał, nikt nie zadawał pytań. Nawet ona nie pukała. Wiedziała, że to mój azyl.

Oparcie głowy o kafelki stawało się codziennym rytuałem. Tak jak kiedyś poranne buziaki, wspólne zakupy i noce z filmami. Teraz żyłem od kawy do łazienki, od telefonu do pustki. Czasami próbowałem przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz powiedzieliśmy sobie coś naprawdę. Coś szczerego. Coś więcej niż „kupiłeś mleko?” albo „wstawisz pranie?”.

Nie bałem się samotności

Pewnego wieczoru znalazłem stare zdjęcia na portalu społecznościowym. Byliśmy tam młodsi, bardziej szaleni, pijani szczęściem i winem. Trzymaliśmy się za ręce na tle jakiegoś jeziora. Miałem wtedy durną fryzurę, a ona śmiała się szeroko, bez tej zmarszczki między brwiami, którą dziś miała niemal cały czas.

– Kocham cię – napisałem kiedyś pod jednym z tych zdjęć. Pamiętam, bo to były początki internetu w telefonie i byłem z siebie dumny, że umiem dodać komentarz.

Zamknąłem aplikację. Teraz nie umiałbym napisać już nic. Nawet nie wiedziałem, co do niej czuję. Czy to była złość? Rozczarowanie? Zmęczenie? Nie. Najbliżej prawdy było słowo „obojętność”. A może „lęk”.

Bałem się tej pustki, która mnie wypełniała. Bo przecież to nie było jej winą. To ja pozwoliłem, żeby wszystko się rozpadło. Krok po kroku. Śniadanie po śniadaniu. Niewypowiedziane zdanie po zdaniu. A teraz siedziałem na zimnych kaflach i próbowałem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek potrafiłem naprawdę żyć sam.

Nie umiałem nawet zrobić jajecznicy. Pewnego wieczoru wyjąłem jajka z lodówki. Trzy. Czy to dużo? Czy za mało? Rozbiłem pierwsze i skorupka wpadła do środka. Zakląłem w myślach. Wyciągałem ją palcami, czując się jak dziecko, które udaje dorosłego.

– Co ty robisz? – zapytała z progu.

– Jajecznicę – odpowiedziałem, zaskoczony własnym głosem.

Podeszła bliżej, spojrzała na patelnię i uśmiechnęła się krzywo.

– Bez masła? – zapytała.

– Zapomniałem.

– Jak zawsze – westchnęła, ale nie było w tym złośliwości. Raczej rezygnacja.

Zabrała patelnię, dodała masło, zamieszała. Stałem obok, bezradny. I wtedy dotarło do mnie coś, czego wcześniej nie chciałem dopuścić do głowy. Ja nie bałem się samotności. Bałem się tego, że bez niej nie będę umiał funkcjonować. Że moje życie się rozsypie na drobne kawałki, bo nigdy nie nauczyłem się być samodzielny.

Jedliśmy w ciszy. Jajecznica była dobra. Jak zawsze. A ja czułem, że każdy kęs jest kolejnym dowodem na to, że tkwimy w czymś, co dawno straciło sens. I że jeśli nie odejdę teraz, zostanę tu już na zawsze. Z patelnią, której nie potrafię obsłużyć, i z lękiem, który z każdym dniem był coraz większy.

To słowo siedziało mi w głowie od miesięcy

Słowo: rozwód. Krótkie, twarde, jakby miało od razu przeciąć wszystko na pół. Myślałem o nim w drodze do pracy, pod prysznicem, w łazience na kafelkach. Układałem w głowie zdania, które nigdy nie padły. Brzmiały sensownie tylko wtedy, gdy mówiłem je sam do siebie.

Któregoś wieczoru siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole. Nie było serialu, nie było telefonu. Cisza była nienaturalna, napięta, jak przed burzą.

Musimy pogadać – powiedziałem w końcu.

Spojrzała na mnie uważnie, jakby już wiedziała, co zaraz usłyszy.

– Coś się stało? – zapytała spokojnie.

– Nie wiem, jak to powiedzieć – zacząłem, czując, jak pot zalewa mi kark. – Mam wrażenie, że my już… że my od dawna nie jesteśmy razem.

Nie przerwała mi. To było najgorsze. Ta jej cisza.

– Czyli co? – odezwała się po chwili. – Chcesz odejść?

Chciałem powiedzieć „tak”. Naprawdę. Miałem to przygotowane. Ale zamiast tego wzruszyłem ramionami jak tchórz.

– Nie wiem – wyszeptałem.

Uśmiechnęła się smutno.

– Zawsze nie wiesz – powiedziała. – Nawet jajecznicy.

To zdanie zabolało bardziej, niż powinno. Nie dlatego, że było złośliwe. Dlatego, że było prawdziwe.

– Ja też się boję – dodała ciszej. – Ale chyba bardziej boję się zostać w czymś, co już nie żyje.

Siedzieliśmy tak jeszcze długo. I po raz pierwszy od lat poczułem, że ktoś mówi prawdę. Nawet jeśli ta prawda miała nas rozdzielić.

Nadal się boję

Wyprowadziłem się miesiąc później. Bez awantur, bez dramatycznych scen. Spakowałem dwie torby, kilka koszul, dokumenty. Reszta została. Mieszkanie było za duże na moje nowe życie. Wynająłem kawalerkę na obrzeżach miasta. Pachniała farbą i obcymi ludźmi. Pierwszej nocy nie spałem prawie wcale. Cisza była głośniejsza niż wszystkie nasze kłótnie razem wzięte.

Rano stanąłem w kuchni. Mojej kuchni. Wyjąłem patelnię, jajka, masło. Ręce mi się trzęsły. Jajecznica przypaliła się trochę, ale zjadłem ją do końca. Siedziałem przy małym stole i czułem coś dziwnego. Strach, ulgę, wstyd. Wszystko naraz.

Samotność nie była taka, jak ją sobie wyobrażałem. Nie była romantyczna ani spokojna. Była niewygodna. Trzeba było pamiętać o śmieciach, rachunkach, zakupach. Nikt nie przypominał. Nikt nie poprawiał. Każdy błąd był mój.

Czasami brakowało mi jej obecności. Nie jej samej, tylko tego, że ktoś był. Że kuchnia żyła. Że ktoś oddychał obok w nocy. Innym razem czułem, że po raz pierwszy od lat oddycham naprawdę.

Spotkaliśmy się kilka razy. Podpisy, formalności. Rozmowy krótkie, spokojne.

– Radzisz sobie? – zapytała kiedyś.

– Uczę się – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Nie wróciliśmy do siebie. Nie było takiej opcji. Coś się skończyło i nie dało się tego udawać. Nadal się boję. Nadal czasem nie wiem, co robię. Ale po raz pierwszy wiem, że to moje życie. Nawet jeśli jajecznica nadal czasem wychodzi gorzka.

Michał, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama