Reklama

Na emeryturze życie zwalnia. Nawet za bardzo. Dni lecą podobnie – kawa, krzyżówka, serial, kawa, pogaduchy z Wandą przez telefon, kawa… I tak w kółko. Czasem człowiek dla urozmaicenia wyjdzie wyrzucić śmieci dwa razy, chociaż kosz niepełny. Bo chociaż cisza bywa błogosławieństwem, to na starość potrafi dzwonić w uszach.

Mieszkam sama. Dzieci mam, ale dorosłe, zajęte, wnuki widuję od święta. Kot Ignacy to moje towarzystwo, choć częściej to on toleruje mnie niż ja jego. Na osiedlu znam wszystkich, a oni mnie – niektórzy może nawet zbyt dobrze. Byłam kiedyś przewodniczącą komitetu, więc do dziś niektórzy prostują plecy, jak mnie widzą.

Jest taki jeden dzień w roku, który wybija się z rutyny – kolęda. Wizyta duszpasterska, czyli ksiądz wchodzi, modlitwa, poświęcenie i dyskretne spojrzenie: „Czy będzie koperta?”. Ksiądz Andrzej, młody, ambitny, chodzi jak inkasent – tylko mu terminala w ręce brakuje. Ale ja go pamiętam sprzed dwóch lat, z parafialnego wyjazdu w Tatry. Nie zachowywał się wtedy jak ksiądz, ale jak normalny facet.

Wręczyłam mu kopertę

Zadzwonił dzwonek. Ignacy uciekł pod kanapę, jak zwykle na dźwięk obcych kroków. Poprawiłam sweter, spojrzałam w lustro. Włosy dobrze. Mina odpowiednio nabożna. Otworzyłam drzwi.

– Szczęść Boże – ksiądz Andrzej uśmiechnął się, jakby sprzedawał odkurzacze. – Pani Justyno, jak co roku… można?

– A proszę, zapraszam – odparłam z miną cierpliwej wdowy. – Jak tam zdrowie? Dużo chodzenia?

– Cały dzień od drzwi do drzwi. Ale to ważna misja – westchnął teatralnie. – Modlitwa, błogosławieństwo, obecność. No i… potrzeby parafii, wiadomo. Remont organów, dach przecieka...

– Tak, tak, dach zawsze przecieka, odkąd pamiętam – rzuciłam z lekkim uśmieszkiem, wskazując mu miejsce przy stole. – Proszę, woda święcona, kropidło i świeczka gotowa. Jak zawsze.

Odmówił modlitwę z automatu. Trochę jak urzędnik w okienku. Potem wyjął notatnik. Uśmiechnęłam się słodko i podałam mu kopertę.

– Dla parafii – powiedziałam tonem godnym arystokratki.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem. Może wyczuł, że coś nie gra. Koperta była lekka. Podejrzanie lekka.

– Dziękuję, pani Justyno – powiedział, chowając ją do teczki, ale jego wzrok coś zdradzał. Takie... napięcie między grzecznością a przeczuciem.

Odprowadziłam go do drzwi. Gdy zamknęły się za nim, zrobiłam sobie herbatę, usiadłam w fotelu i przykryłam kolana kocem. Wzięłam głęboki wdech. A potem się uśmiechnęłam. Nie tylko młodzi potrafią robić niespodzianki. Starsze panie też mają swoje zagrywki. A ta – była z klasą.

Ksiądz szybko wrócił

Minęło może z półtorej godziny, kiedy znowu zadzwonił dzwonek. Ignacy nawet nie zdążył się porządnie zdrzemnąć – z sykiem znów wpełzł pod kanapę. Zerknęłam przez judasza. No proszę. Gość z powrotem.

– Pani Justyno… czy moglibyśmy chwilę porozmawiać? – zapytał ksiądz Andrzej, próbując wyglądać na opanowanego. Nie wychodziło.

– Oczywiście – odparłam uprzejmie. – Coś się stało?

– Może tam, przy stole… – wskazał miejsce, które jeszcze niedawno zajmował z błogosławieństwem na ustach.

Usiedliśmy. On zdjął rękawiczki, przełknął ślinę i spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na kota, który zrzucił wazon – niby z miłością, ale z niepokojem.

– W kopercie… znalazłem coś. Zdjęcie – powiedział cicho, jakby bał się, że ściany słuchają.

– Tak – skinęłam głową, jakbym wręczyła mu broszurę o zdrowym odżywianiu. – Pamiątka z wyjazdu. Myślałam, że się księdzu przyda. Może wspomnienia wrócą?

Zarumienił się aż po uszy. Przez chwilę milczał, potem pochylił się lekko do przodu.

– To... nie jest odpowiednie. Takie zdjęcia mogą być... źle zinterpretowane.

– Och, proszę księdza – przerwałam mu łagodnie. – A czy ja coś interpretuję? Dla mnie to po prostu dowód, że księża też ludzie. Tylko tyle. Chociaż niektórzy o tym zapominają.

Zerknął na mnie, jakby próbował zgadnąć, czy to był szantaż, żart, czy coś pomiędzy. Ale moja twarz pozostała niewzruszona. Grałam w tysiąca z sąsiadkami przez dwadzieścia lat. Pokerowa twarz to moje drugie imię. Po chwili ksiądz podziękował i wyszedł. Bez błogosławieństwa. A ja tylko westchnęłam i nalałam sobie herbaty. Jeszcze gorąca. Lubię, gdy coś wraca z takim wyrazem twarzy. Wtedy wiem, że świat jeszcze potrafi być sprawiedliwy.

Ludzie zaczęli plotkować

– Justynka, ty słyszałaś, że ksiądz Andrzej jakiś… nie w sosie dzisiaj? – zapytała mnie Wanda już w progu, jeszcze w kapciach, z siatką z Biedronki w ręce. – Obskoczył tylko dwa mieszkania i poszedł. Mówią, że jakby mu ktoś kamieniem do torby dorzucił.

Wzruszyłam ramionami z kamienną miną.

– Może przemarzł? Albo sumienie go gniecie.

– A co ma go gnieść? – zaciekawiła się Wanda, wpatrując się we mnie podejrzliwie.

– No właśnie… – odparłam z ironicznym uśmiechem. – Tylko ksiądz i Pan Bóg wiedzą.

Po południu zadzwoniła Krystyna, dawna koleżanka z pracy. Zaczęła bez zbędnych wstępów:

– Justka, co ty znowu zrobiłaś? Bo słyszałam, że ksiądz dzisiaj chodził po osiedlu jakiś dziwny. Do mojej szwagierki wpadł na trzy minuty, pomruczał coś pod nosem i tyle go widzieli.

– Przesadzasz. Może się źle czuje?

– Albo coś zobaczył. Albo ktoś mu coś pokazał. Ty jesteś mistrzynią takich akcji – śmiała się Krystyna, ale z lekką nutą podejrzenia. – Nie zaprzeczysz?

– A co ja mam do zaprzeczania? Zrobiłam kolędę jak każdy. Z tą różnicą, że nie każdy daje w kopercie to samo.

Wieczorem, kiedy robiłam sałatkę jarzynową – dla siebie, z przyzwyczajenia – włączyłam radio. Mówili o jakiejś aferze z księdzem w innym mieście. Uśmiechnęłam się pod nosem. Księża są tylko ludźmi. Ale ludzie mają prawo o tym przypominać. Tak dyskretnie. Na przykład przez kopertę.

Dostałam zaproszenie na plebanię

Telefon zadzwonił niespodziewanie, w piątek przed południem. „Nieznany numer”. Odruchowo wiedziałam.

– Pani Justyno? – głos był napięty, choć podszyty sztuczną uprzejmością. – Tu ksiądz Andrzej. Czy znalazłaby pani chwilę na rozmowę… może na plebanii?

– A coś się stało? – zapytałam niewinnie.

– Po prostu… chciałbym wyjaśnić pewne nieporozumienie.

Nieporozumienie. To dobre słowo na zdjęcie, którego się nie spodziewał.

W kancelarii pachniało starą farbą i kadzidłem. Ksiądz siedział przy biurku, ręce splecione, twarz jak marmur. Usiadłam naprzeciwko, powoli, bez pośpiechu.

– Dziękuję, że pani przyszła. Chodzi o kopertę – zaczął bez ceregieli. – Ciągle nie mogę zrozumieć.

– A co tu rozumieć? – przerwałam mu z uśmiechem. – Grupowe zdjęcie z kolacji. Piękne wspomnienie, prawda?

– Tylko że… zazwyczaj w kopercie są inne rzeczy. Pani wie. Parafia ma potrzeby. Bieżące, finansowe.

Spojrzałam na niego chłodno.

– Może to księdzu się wydaje, że liczą się tylko pieniądze. A to zdjęcie… to po prostu przypomnienie. O ludziach, o wspólnym czasie. Niewinne. Naprawdę nic w nim nie było – uniosłam brew. – Chyba że ksiądz sam widzi coś, czego ja nie widziałam?

Zaczerwienił się lekko. Chyba się nie spodziewał, że będę spokojna. Może liczył na strach, skruchę. A ja przyszłam tylko przypomnieć.

– Po prostu… proszę na przyszłość… nie robić takich rzeczy. To może zostać źle odebrane.

Kto wie, może właśnie o to chodziło – odparłam i wstałam.

Wychodząc, poczułam w plecach jego spojrzenie. Ani słowa pożegnania. Bo nie wszystkie kolędy kończą się błogosławieństwem.

Justyna, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama