„Dałam synowi w prezencie 5 tysięcy na ślub, a dla synowej to za mało. W podzięce usłyszałam, że jestem skąpiradłem”
„Byłam sama od lat, ale to właśnie dla niego odkładałam każdy grosz, rezygnując z wielu rzeczy. Kiedy w końcu nadszedł ten dzień, drżącą ręką włożyłam do koperty 5 tysięcy złotych – całą moją poduszkę bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że to będzie symboliczny gest – wsparcie i miłość matki, która zawsze starała się dać, ile mogła. Uśmiechali się wtedy oboje. A kilka dni później usłyszałam, że jestem sknerą. Od własnej synowej”.

- Redakcja
Na ślub syna szykowałam się z ogromnym wzruszeniem. Byłam sama od lat, ale to właśnie dla niego odkładałam każdy grosz, rezygnując z wielu rzeczy. Kiedy w końcu nadszedł ten dzień, drżącą ręką włożyłam do koperty 5 tysięcy złotych – całą moją poduszkę bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że to będzie symboliczny gest – wsparcie i miłość matki, która zawsze starała się dać, ile mogła. Uśmiechali się wtedy oboje. A kilka dni później usłyszałam, że jestem sknerą. Od własnej synowej. Wtedy poczułam, jak coś we mnie zgasło.
To były moje oszczędności
W tygodniu przed ślubem chodziłam jak na szpilkach. Sprzątałam mieszkanie, choć nikt miał do mnie nie przyjść. Prasowałam sukienkę dwa razy, jakbym tym mogła wygładzić własny niepokój. Syn dorastał przy mnie samej, odkąd jego ojciec odszedł, więc ten ślub miał dla mnie znaczyć coś więcej niż tylko rodzinne wydarzenie. To miała być nagroda za wszystkie lata, w których zaciskałam zęby, gdy brakowało na rachunki, i udawałam, że wszystko jest pod kontrolą.
Najbardziej stresowała mnie koperta. Nie dlatego, że nie chciałam dać. Tylko dlatego, że wiedziałam, ile mnie to kosztuje. Przez lata odkładałam pieniądze do koperty w szufladzie, czasem po sto złotych, czasem po pięćdziesiąt, czasem nic, bo trzeba było kupić leki albo dopłacić do opału. To były moje oszczędności na czarną godzinę. Na wypadek, gdyby zepsuł się piec, gdyby trzeba było wymienić okna, gdyby życie znowu postanowiło dać mi w kość.
W dniu ślubu usiadłam przy stole i wysypałam banknoty na blat. Liczyłam je powoli, jakby każde „tysiąc” miało ciężar kamienia. Pięć tysięcy. Całość. Poczułam ucisk w gardle, ale powtarzałam sobie, że to nie strata, tylko inwestycja w jego przyszłość. Że matka po to jest, żeby dawać. Kiedy wkładałam pieniądze do koperty, ręce mi się trzęsły. Dodałam krótką kartkę z życzeniami, bez wielkich słów, bo zawsze miałam problem z górnolotnością. Potem zamknęłam kopertę i położyłam ją na komodzie, jakby miała eksplodować.
W drodze na uroczystość patrzyłam w okno autobusu i przypominałam sobie, jak prowadziłam go pierwszy raz do przedszkola. Wtedy też trzymałam go za rękę i mówiłam, że będzie dobrze. Teraz miałam tylko kopertę i tę samą nadzieję, że wciąż jestem mu potrzebna.
Nie szukałam drugiego dna
Na sali weselnej czułam się jak ktoś z innego świata. Siedziałam trochę z boku, tuż obok stolika dla chrzestnych i dalszej rodziny, bo „młodzi sami wszystko rozstawiali” – tak mi powiedział syn. Obserwowałam go z daleka. Jak tańczył z żoną, jak śmiał się z jej koleżankami, jak rzucał spojrzenia do DJ-a, że ma grać coś żywszego. I tylko raz przyszedł do mnie, uśmiechnięty, i powiedział:
– Mamo, wszystko dobrze? Smakuje ci?
– Tak, skarbie, bardzo dobre – odpowiedziałam z uśmiechem, który włożyłam jak maskę.
Podczas składania życzeń podeszłam z kopertą jak wszyscy inni. Uściskałam syna, ucałowałam synową w policzek, życzyłam miłości, cierpliwości i zaufania. Syn uśmiechnął się, przytulił mnie mocno, a ona… tylko skinęła głową. Nie wiem, może to było zmęczenie, a może tylko uprzejmość. Nie szukałam drugiego dna, nie wtedy. Przekazałam im kopertę, trzymając ją dłużej, jakby ten gest miał dodać jej ciężaru. Jakby mogli poczuć, że tam są moje ostatnie pieniądze.
Wieczorem, kiedy tańczyli już wszyscy oprócz mnie, usiadłam i patrzyłam na nich. Wyglądali na szczęśliwych. Myślałam wtedy, że warto było. Że może to nie były pieniądze na remont łazienki, ale za to kupiły mi to jedno spojrzenie syna – pełne wdzięczności. I jego ciepłe „dziękuję”, którego się wtedy naprawdę spodziewałam. A potem minęły dwa dni. I przyszło zaproszenie na kawę. Od synowej.
Byliśmy trochę… zaskoczeni
Synowa zaprosiła mnie do siebie w środę po południu. Powiedziała przez telefon, że „chciałaby pogadać spokojnie, bez emocji”, co już samo w sobie brzmiało jak zapowiedź czegoś nieprzyjemnego. Ubrałam się odświętnie, choć to była tylko kawa, bo zawsze uważałam, że do młodych nie wypada przyjść w byle czym. Wzięłam ze sobą ciasto z pobliskiej cukierni, takie z malinami, które kiedyś syn uwielbiał. Chciałam pokazać, że nadal jestem częścią ich życia, że nie przychodzę jak intruz.
Otworzyła mi drzwi bez uśmiechu. Wpuściła do środka i od razu skierowała mnie do kuchni, jakby salon był przestrzenią tylko dla nich. Usiedliśmy przy stole — elegancki, jeszcze pachniał nowością.
– To ciasto… to dla was – powiedziałam cicho.
– Dziękuję – odpowiedziała krótko i nie spojrzała na pudełko.
Czekałam, aż zacznie rozmowę, bo czułam, że nie chodzi o pogodę ani o to, czy wszystko u mnie w porządku. Syn w tym czasie był w pracy, co od razu mnie ukłuło. Pomyślałam, że może nie chce być świadkiem tego, co ona planuje powiedzieć. Synowa odchrząknęła i spojrzała na mnie tak, jak się patrzy na kogoś, komu trzeba coś wytłumaczyć.
– Muszę pani powiedzieć wprost… My byliśmy trochę… zaskoczeni.
– Zaskoczeni czym? – zapytałam, choć serce zaczęło mi walić.
– Tą kopertą. Tą kwotą.
Zrobiło mi się gorąco, jakby ktoś nagle podkręcił grzejnik.
– Dałam tyle, ile mogłam – wydusiłam.
– No właśnie – odparła, a w jej głosie było coś, co zabrzmiało jak osąd. – Wszyscy dali więcej. Naprawdę wszyscy.
Nie umiałam odpowiedzieć. Patrzyłam na filiżankę, jakby w niej miała się znaleźć właściwa riposta. W głowie powtarzałam tylko jedno: przecież oddałam wszystko.
Twoja mama nie ma wstydu
Wyszłam od niej jakby mnie ktoś wyrzucił. Z pozoru grzecznie, drzwi zostały zamknięte powoli, ale w środku czułam się jak wyproszona. W autobusie do domu całą drogę patrzyłam w jeden punkt, w rozmazane za szybą budynki. Pamiętałam każde słowo.
– Nie chcę, żeby pani się poczuła urażona, ale… wie pani, jak to wyglądało? Wszyscy myśleli, że to żart. Że może pani coś źle przeliczyła. Mama Bartka dała dziesięć, ciotka z Niemiec prawie piętnaście tysięcy. A tu… pięć?
Chciałam wtedy wstać i wyjść, ale coś mnie trzymało przy tym krześle. Może wstyd, może zaskoczenie. Bo ja naprawdę nie wiedziałam, że można wycenić czyjąś hojność w taki sposób.
– Wiem, że to pani oszczędności, ale… no wie pani… to był nasz ślub. Jedyny taki dzień w życiu.
– Tak, wiem. I dlatego dałam wszystko – powiedziałam cicho.
Nie odpowiedziała. Tylko zerknęła na mnie, jakby czekała, aż coś dodam. A potem dodała to jedno zdanie, które wbiło mi się w serce bardziej niż wszystkie poprzednie:
– Ja nie chcę nic mówić, ale mój brat powiedział po weselu: „Twoja mama nie ma wstydu. Przecież to ślub syna, nie urodziny sąsiada”.
Nie wiem, czy bardziej bolało to, że tak powiedział ktoś obcy, czy to, że ona uznała to za słuszne. Wróciłam do domu. I wtedy dotarło do mnie, że nawet wdzięczność dzisiaj trzeba sobie kupić.
Następnym razem już nie dam nic
Syn przyszedł do mnie dwa dni po tej rozmowie. Nie zapowiadał się wcześniej, ale przyniósł czekoladki i mówił jakby z nutą sztucznego luzu.
– Wpadłem na chwilkę, zobaczyć, jak się trzymasz – rzucił, siadając na moim wysłużonym fotelu.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodał:
– No i… pogadać, tak po prostu. O weselu, o wszystkim.
Zaparzyłam herbatę, postawiłam na stole talerzyk z ciastkami, które miałam schowane „dla gości”, i usiadłam naprzeciwko. Patrzył na mnie długo, jakby zbierał się do czegoś, co nie przechodziło mu przez gardło.
– Wiesz, mama… Słyszałem, o waszej rozmowie. Zuza chyba powiedziała o parę słów za dużo.
– Synku – powiedziałam spokojnie, choć głos mi się łamał – ja oddałam ci wszystko, co miałam. Żebyś miał na start. Żebyś wiedział, że możesz na mnie liczyć.
– No tak, wiem… Tylko… wiesz, teraz to wszyscy w jej rodzinie gadają. Że mama dała mniej niż oni…
Serce mi stanęło. Nie dlatego, że znowu słyszałam to samo. Tylko dlatego, że mówił to mój syn. Ten sam, którego karmiłam kanapkami z musztardą, kiedy nie było na wędlinę. Ten, któremu kupiłam pierwszy komputer na raty, spłacając go przez dwa lata. Wzięłam głęboki oddech. Nie chciałam płakać, nie teraz. Więc tylko wstałam, wzięłam puste filiżanki i powiedziałam:
– Nie martw się, następnym razem już nie dam nic. To będzie prościej.
Może to jest właśnie największa porażka
Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Nie dzwonią często. Czasem syn wyśle SMS-a z życzeniami na święta albo zapyta, czy nie potrzebuję czegoś ze sklepu, jak akurat przejeżdża. Nie wspomina o pieniądzach, o weselu, o kopercie. Ale ja wiem, że to wciąż gdzieś między nami wisi – jak kurz, którego nikt już nie zetrze, bo przyzwyczaił się do jego obecności. Na urodziny przysłali kartkę. Drukowaną. Z gotowym wierszykiem i podpisami: „Zuza, Kamil”. Ani jednego zdania od siebie. Ani jednego słowa, które by pokazało, że pamiętają, że jestem nie tylko emerytką z bloku, ale też matką, która kiedyś dla nich oddała wszystko, co miała.
Zaczęłam chować pieniądze znowu. Po sto, po dwieście. Nie po to, żeby znowu komuś coś dać. Tylko dla siebie. Żeby już nigdy nie mieć tego pustego uczucia w brzuchu, kiedy ktoś robi z ciebie sknerę, bo nie zrozumiał, ile kosztowało cię to, co dałeś. Czasem jeszcze myślę o tej rozmowie w kuchni, o słowach „wszyscy dali więcej”. Jakby wartość matki mierzyło się w złotówkach. Ale może teraz już nie jestem tą samą matką. Może stałam się po prostu kobietą z kopertą – za lekką, za skromną, za mało widowiskową. I może to jest właśnie największa porażka matki – kiedy daje serce, a ktoś liczy na gotówkę.
Danuta, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam być najlepszą babcią na świecie, ale synowa mnie zablokowała. Wypięła się na całą rodzinę i zabrała nam wnuczkę”
- „Synowa woli siedzieć w domu z dziećmi, zamiast robić karierę. Potem się zdziwi, jak chłop się będzie oglądał za innymi”
- „Teściowa myślała, że po ślubie będę żyć pod jej dyktando. To moja sprawa, jak dbam o męża i swój dom”