Reklama

Jestem z tych ojców, którzy wolą mieć wszystko pod kontrolą, choć z wiekiem nauczyłem się, że nie da się przewidzieć każdego ruchu własnego dziecka. Szczególnie jeśli tym dzieckiem jest dorosły już chłopak z głową pełną pomysłów, odziedziczonych chyba po mojej żonie. Przez lata starałem się go nauczyć rozsądku i stąpania twardo po ziemi, a i tak najczęściej to ja byłem tym, który musiał naprawiać szkody po jego „innowacyjnych” eksperymentach z dorosłością.

Często zgryźliwie sobie żartowałem, że nasza rodzina nigdy nie zazna nudy, bo mój syn zawsze znajdzie sposób, żeby przewrócić wszystko do góry nogami. Cóż, może trochę przesadzałem – ale prawda jest taka, że to właśnie jego energia i determinacja sprawiały, że życie w naszym domu nie przypominało cichego trwania, tylko nieustanną przygodę. I choć narzekałem, w gruncie rzeczy byłem z niego dumny. Bo kto jak nie on miałby ten nasz przewidywalny świat trochę rozruszać?

Obiecuję, to nie jest kolejna głupota

Syn wszedł do kuchni jak szef rady nadzorczej, który zaraz ma ogłosić wyniki kwartalne. W jednej ręce trzymał kubek z zimną kawą, w drugiej telefon, przyrośnięty do ładowarki. Ja właśnie walczyłem z rachunkiem za prąd, próbując ogarnąć, skąd się biorą takie kwoty.

– Tata, pogadamy? – rzucił, a ja już wiedziałem, że coś kombinuje.

– Oho, pewnie znowu nowy pomysł na życie? – prychnąłem, nie odrywając wzroku od rachunku. – Nie mów, że chcesz mój rower przerobić na motor.

– Nie, tym razem poważnie – usiadł obok. – Chciałbym otworzyć własną firmę.

Przyznam, przez moment zamilkłem. Przełknąłem ślinę i odstawiłem papiery.

– Ty? Firmę? Synu, ostatnio szukałeś kluczy od piwnicy przez dwa tygodnie.

– Tato, teraz wszystko przemyślałem. Mam pomysł, plan i… partnerkę do biznesu. Sklep internetowy, taki, jakiego jeszcze nie ma. Obiecuję, to nie jest kolejna głupota.

Popatrzyłem na niego. Miał ten błysk w oku – jak wtedy, gdy pierwszy raz wsadził śrubokręt do kontaktu.

– Kto jest tym partnerem? – zapytałem, już się domyślając odpowiedzi.

– Asia. Znasz ją, opowiadałem ci o niej. Zna się na marketingu, ogarnie promocję, ja stronę techniczną.

Wywróciłem oczami.

– Synu, nie jestem pewien, czy inwestowanie w sklep, gdzie twoja dziewczyna „ogarnia marketing”, to najlepszy pomysł, ale słucham dalej.

Czułem, że dam się w to wmanewrować

Nie zbiłem go z tropu. Odporny na moje złośliwości – pewnie dlatego, że miałem wobec niego zawsze miękkie serce.

– My naprawdę mamy plan, tato. Asia wszystko przeanalizowała: modne gadżety, biżuteria, dodatki do telefonów – to się teraz sprzedaje. Zrobiła ankietę wśród znajomych, jest zainteresowanie.

– A skąd towar? – spytałem, bo przeczuwałem już wizję paczek ginących gdzieś między magazynami.

– Asia zna dostawcę, ja dogadam techniczne sprawy i zamówienia. Ale potrzebujemy trochę kapitału na start… Trzydzieści tysięcy powinno wystarczyć.

Parsknąłem śmiechem.

– Ile? Myślisz, że mam fabrykę pieniędzy w piwnicy?

– Tato, to pożyczka, nie darowizna. Oddam, jak tylko zaczniemy zarabiać. Wszystko ci zwrócę.

Patrzyłem, jak się wierci, a przecież widziałem to już tysiąc razy – od czasów, gdy pierwszy raz próbował sam naprawić rower. Uparty jak osioł.

– A Asia? Też coś dorzuca?

Na razie nie ma za dużo, ale włoży całą swoją pracę i kontakty.

Pokręciłem głową. Już czułem, że dam się w to wmanewrować.

Miałem złe przeczucia

Oczywiście, zgodziłem się. Zrobiłem przelew i przez kilka minut patrzyłem na saldo z lekkim bólem brzucha. Miałem swoje oszczędności na czarną godzinę, a tu nagle czarna godzina nadeszła szybciej niż myślałem. Czas mijał, w domu przybywało kartonów z przesyłkami, a głos Asi słyszałem częściej niż własnego syna. Syn latał od pokoju do pokoju, wiecznie coś notował, a ja miałem wrażenie, że nasza kuchnia zamieniła się w siedzibę start-upu. Wieczorem przyszedłem do kuchni, a młody z Asią rozmawiali przez komputer. Na ekranie migała jej roześmiana twarz.

– Panie Mateuszu, dobry wieczór! – przywitała się, jakbyśmy byli wspólnikami.

– Dobry wieczór. Co słychać u potentatów branży e-commerce?

– Pracujemy nad promocją! – Asia była cała w skowronkach. – Właśnie zamówiłam sto bransoletek z motywem anime, to będzie hit!

Spojrzałem na syna.

– Zamówiłaś? Za co?

– No… z tych pieniędzy, co mi pożyczyłeś. Ale wszystko się zwróci.

Westchnąłem. Słowo „inwestycja” znaczyło u nich „wydaliśmy już prawie wszystko”.

– To nie gra komputerowa, synu. Tu nie da się zresetować wszystkiego jednym kliknięciem – rzuciłem z przekąsem.

Oczywiście, zapewnili mnie, że mają wszystko pod kontrolą. A ja już miałem złe przeczucia.

Spokojnie, jeszcze zarobimy

Czekałem cierpliwie, aż sprawy się rozkręcą. Kartony się piętrzyły, a pieniądze z mojego konta znikały szybciej niż kawa podczas sesji naukowej syna. Za każdym razem słyszałem:

– Spokojnie, tato, zaraz ruszy sprzedaż.

– Zgodnie z planem… To tak samo, jak ja kiedyś „zgodnie z planem” miałem wygrać w totka – mruknąłem pod nosem.

Pewnego popołudnia wszedłem do kuchni, gdzie Asia siedziała otoczona bransoletkami, jakby miała zaraz otworzyć butik.

– Dzień dobry, panie Mateuszu! – rzuciła z uśmiechem.

– Syn gdzieś poszedł? – spytałem, zerkając na stertę paczek.

– Zaraz wróci. Idzie z kolejną przesyłką. Jesteśmy gotowi na wielką promocję! – ogłosiła radośnie.

Usiadłem i patrzyłem jej prosto w oczy.

– A ile wam zostało z tych pięciu tysięcy?

Asia przez chwilę obracała bransoletkę w palcach.

– No… Niewiele. Ale spokojnie, jeszcze zarobimy!

– Jeszcze? – zapytałem z przekąsem. – Syn miał mi raportować, a jedyne co słyszę, to „jeszcze chwilę”.

W tym momencie wparował syn z kolejną paczką.

– Tata, nie przejmuj się. Asia ma plan. Jak już wrzucimy reklamę, to pójdzie jak burza!

Patrzyłem na nich i już wiedziałem, że tych pieniędzy raczej nie zobaczę. Nawet nie byłem zły – bardziej rozbawiony niż zirytowany.

To już był znak, że coś się wydarzyło

Mijał kolejny miesiąc, a na moim koncie widniały coraz bardziej przygnębiające cyferki. Kampania promocyjna polegała na tym, że Asia wrzucała posty do internetu, a sprzedaż…? Raz ktoś kupił bransoletkę, raz zestaw naklejek, ale na pewno nie była to żyła złota, o której marzyli. W końcu syn usiadł naprzeciwko mnie, bez telefonu w dłoni. To już był znak, że coś się wydarzyło.

– Tata, muszę ci coś powiedzieć…

– Jeśli zaczniesz od „nie denerwuj się”, to wiesz, że już się denerwuję – rzuciłem.

– Przesadziliśmy… – wydusił z siebie. – Wszystko, co miałem, poszło na towar, który wybrała Asia. Miały być hity, a stoją w kartonach. Sprzedaż ledwo zipie. Nie bardzo mam jak ci oddać to, co ci wiszę.

Westchnąłem. Przewidziałem ten scenariusz już na starcie.

– Synu, przynajmniej dostałeś dobrą lekcję. Lepiej stracić na początek, niż potem utopić większe pieniądze. Szkoda, że ta lekcja była za moje.

– Przepraszam… Asia wciąż wierzy, że to rozkręci.

– Oby nie próbowała za cudze pieniądze – rzuciłem z przekąsem.

Dzięki, że dałeś mi szansę

Upłynęło trochę czasu. Kartony z bransoletkami wciąż stały w kącie, a Asia coraz rzadziej się pojawiała, bo – jak stwierdziła – „złapała nowy projekt”. Syn krążył po domu nieco przygaszony. Pewnego wieczoru przyszedł do mnie, kiedy siedziałem przy stole i naprawiałem coś w starym radio.

– Tata, muszę ci coś powiedzieć.

– Oby nie chodziło o kolejną inwestycję – mruknąłem.

– Nie. Znalazłem pracę dorywczą w sklepie komputerowym. Chcę zacząć oddawać ci kasę. Nie chcę, żebyś myślał, że przewaliłem wszystko na bzdury.

Przez chwilę zamilkłem. Nie spodziewałem się, że to z niego wypłynie. Zawsze miał wielkie wizje, z realizacją było gorzej.

– Cieszy mnie to, synu. I nie przejmuj się aż tak tym biznesem. Spróbowałeś, potknąłeś się, trudno. Ważne, że wyciągnąłeś wnioski.

Uśmiechnął się lekko.

– Dzięki, że dałeś mi szansę, nawet jak w to nie wierzyłeś.

Wzruszyłem ramionami.

– A Asia? – spojrzałem na niego.

– Już mnie do niczego nie namawia. Znalazła nowego wspólnika – takiego, co też myśli, że zarobi miliony w tydzień. Ja już jestem mądrzejszy.

Pokręciłem głową i parsknąłem śmiechem.

– No, to już jesteś o kilka tysięcy mądrzejszy niż większość twoich rówieśników.

I tak u nas bywało – czasem ironicznie, czasem z dystansem, ale zawsze jakoś razem.

Mateusz, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama