Reklama

Myślałem, że miłość rodzicielska nie ma ceny, ale moja córka wyceniła ją co do grosza. Przez lata byłem jej bankomatem, strażakiem gaszącym każdy pożar i ostatnią deską ratunku. Wierzyłem w każde jej słowo, w każdą łzawą historię o zepsutym samochodzie czy innych nagłych wydatkach. Kiedy jednak po raz pierwszy powiedziałem „nie”, w słuchawce zapadła cisza. Ta cisza trwa do dziś i boli bardziej niż wszystkie pieniądze, które zniknęły z naszego konta. Zrozumiałem, że dla Kingi byłem ojcem tylko wtedy, gdy robiłem przelew.

Myślałam, że mogę na was liczyć

Niektórzy boją się pająków, inni wysokości. Ja bałem się dźwięku mojego własnego telefonu. Miałem ustawioną specjalną melodię dla Kingi, wesołą, skoczną polkę, którą kiedyś sama wybrała, będąc jeszcze nastolatką. Teraz, gdy słyszałem te pierwsze takty, zamiast radości czułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Wiedziałem, że po drugiej stronie nie usłyszę pytania o to, jak się czuję, czy co u mamy. Usłyszę kolejny dramat. Siedziałem w fotelu, patrząc na migający ekran. Halina, moja żona, spojrzała na mnie znad krzyżówki. W jej oczach widziałem to samo, co czułem ja – mieszankę nadziei i rezygnacji.

– Odbierz, Tadek – szepnęła. – Może coś się stało.

– Zawsze się coś dzieje, Halinko – mruknąłem, przesuwając palcem po ekranie.

Głos Kingi był roztrzęsiony, urywany. To była perfekcyjna gra aktorska, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Opowiadała o właścicielu mieszkania, który nagle podniósł czynsz, o tym, że wyląduje na bruku. Słowa wylewały się z niej potokiem, nie dając mi szansy na zadanie pytania.

– Tato, ja ci to oddam, przysięgam. Jak tylko dostanę premię w przyszłym miesiącu. Ale teraz muszę mieć dwa tysiące. Na już. Inaczej zmienią zamki.

Spojrzałem na meblościankę, na której stały nasze zdjęcia z wakacji w Kołobrzegu sprzed dziesięciu lat. To były ostatnie wakacje, na które pojechaliśmy bez liczenia każdego grosza. Od tamtej pory nasze oszczędności topniały w tempie, w jakim rosły problemy Kingi.

– Dwa tysiące? – powtórzyłem, czując suchość w ustach. – Córeczko, dopiero co płaciliśmy za naprawę twojego auta.

– Wypominasz mi? – Jej głos zmienił się błyskawicznie z błagalnego w oskarżycielski. – Własnemu dziecku odmawiasz pomocy? Myślałam, że mogę na was liczyć. Że jesteśmy rodziną.

Halina kiwała głową, dając mi znaki, żebym się zgodził. Zawsze była tą miękką, tą, która chciała załagodzić każdy konflikt. Ja byłem tym, który musiał logować się do banku i patrzeć na malejące cyferki.

– Dobrze – westchnąłem. – Prześlę ci wieczorem.

– Dziękuję, tatuś! Jesteś najlepszy! – wykrzyknęła i rozłączyła się niemal natychmiast.

Odłożyłem telefon. W pokoju zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem starego zegara. Czułem się, jakbym właśnie przebiegł maraton, choć nie ruszyłem się z fotela.

Czułem się oszukany przez życie

Nasze życie z Haliną miało wyglądać inaczej. Przez czterdzieści lat pracy w zakładach mechanicznych marzyłem o emeryturze. Nie o jakichś luksusach, nie o podróżach dookoła świata. Chciałem tylko małej działki za miastem, gdzie mógłbym hodować pomidory i wreszcie wyremontować starą altankę. Mieliśmy na to odłożone pieniądze. Problem w tym, że wszystkie szły na niespodziewane wydatki Kingi. Kilka dni po telefonie o czynszu, spotkałem mojego sąsiada, Wiesława. Wiesiek był w moim wieku, ale wyglądał o dziesięć lat młodziej. Właśnie pakował wędki do swojego nowego samochodu.

– Cześć, Tadek! – zawołał wesoło. – Jedziemy z synem na ryby. Młody wziął wolne, żeby posiedzieć ze starym ojcem nad wodą. A co u ciebie? Jak postępy na działce?

Poczułem ukłucie zazdrości tak silne, że aż mnie zabolało. Syn Wiesława, Marek, był inżynierem. Nie dość, że radził sobie świetnie, to jeszcze co miesiąc przywoził rodzicom zakupy, a w zeszłym roku sfinansował im remont łazienki. A ja? Ja wstydziłem się przyznać, że na działce nie byłem od miesiąca, bo nie stać mnie było na paliwo i nowe sadzonki.

– A, powoli, Wiesiu, powoli – skłamałem, uciekając wzrokiem. – Wiesz jak to jest w tym wieku, nie ma co szaleć.

– No pewnie. Ale pamiętaj, dobre samopoczucie najważniejsze. A jak Kinga? Słyszałem, że zmieniła pracę?

– Tak, tak... Radzi sobie – wydukałem.

Wróciłem do domu ze spuszczoną głową. Czułem się oszukany przez życie. Wychowaliśmy Kingę najlepiej, jak umieliśmy. Chodziła na dodatkowy angielski, na lekcje tańca, miała wszystko, czego my nie mieliśmy. Dlaczego więc teraz, mając trzydzieści dwa lata, zachowywała się jak bezradne dziecko? I dlaczego ja wciąż pozwalałem sobie wchodzić na głowę? Tego wieczoru usiadłem z kalkulatorem i zeszytem, w którym prowadziłem domowy budżet. Sumy były przerażające. W ciągu ostatniego roku przelaliśmy jej prawie piętnaście tysięcy złotych. To był nowy dach na altance, to był wyjazd do sanatorium dla Haliny, to były nowe opony do naszego starego auta. Wszystko to poszło na „dramaty” Kingi.

Jesteście egoistami

Halina próbowała ją tłumaczyć. Matczyne serce nie dopuszczało do siebie myśli, że córka nas wykorzystuje.

– Tadek, czasy są ciężkie. Młodzi mają teraz trudniej. Ona jest sama w tym wielkim mieście – mówiła, prasując moją koszulę.

– Halu, Marek od Wieśka też żyje w tym samym mieście. I jakoś nie dzwoni do ojca z płaczem, że go eksmitują – odparłem ostrzej, niż zamierzałem.

– Nie porównuj jej do innych. Każdy ma swoje tempo. Ona odda, zobaczysz.

Ale Kinga nie oddawała. Temat zwrotu pożyczki zawsze rozmywał się w powietrzu. Gdy tylko o tym wspominałem, nagle musiała kończyć rozmowę, bo „szef wchodził” albo „traciła zasięg”. Zacząłem dostrzegać pewne nieścisłości. Dwa miesiące wcześniej dzwoniła, że ledwo wiąże koniec z końcem i nie ma nawet na zakupy. Wpłaciłem jej wtedy tysiąc pięćset złotych. Dwa dni później nasza sąsiadka Bożenka chwaliła się wyjazdem córki na weekend w góry, pokazując jej zdjęcia w internecie. Okazało się, że była na nich też Kinga uśmiechnięta od ucha do ucha. Dziś wiem, że byłem naiwny. Przełom nastąpił w styczniu. Telefon zadzwonił w sobotnie popołudnie.

– Cześć tato – głos Kingi był dziwnie spokojny, rzeczowy. – Słuchaj, jest okazja.

– Jaka okazja? – zapytałem ostrożnie.

– Mogę wykupić wycieczkę na Maderę za pół ceny. To last minute. Potrzebuję tylko szybkiej decyzji i wpłaty. Trzy tysiące. Mam już połowę, brakuje mi półtora.

– Na Maderę? – Zamilkłem, nie wierząc własnym uszom. – Kinga, czy ty wiesz, co się u nas dzieje? Piec nam siada, pewnie trzeba będzie wymienić.

– No wiem, wiem, ale tato, taka okazja się nie powtórzy! Ja haruję jak wół, należy mi się odpoczynek. Chyba chcecie, żebym była szczęśliwa? Poza tym, obiecałam koleżankom. Nie mogę teraz wyjść na biedaczkę.

Wpatrywałem się w oszronione okno. Widziałem swoje odbicie – zmęczonego, siwego mężczyznę w starym swetrze.

– Nie – powiedziałem cicho.

– Co? – zapytała, jakby nie dosłyszała.

– Nie, Kinga. Nie dam ci pieniędzy na wycieczkę. Nie mam. A nawet jakbym miał, to bym nie dał. Potrzebujemy na piec.

– Żartujesz sobie? – Jej ton stał się lodowaty. – Przecież zawsze macie jakieś zaskórniaki. Mama mówiła, że trzymacie na koncie oszczędnościowym.

– To są pieniądze na ogrzewanie naszego domu! – krzyknąłem, co zdarzało mi się niezwykle rzadko. Halina aż podskoczyła na kanapie. – Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Chcesz, żebyśmy marzli, bo ty chcesz lecieć na Maderę?

– Jesteście egoistami! – wrzasnęła do słuchawki. – Zawsze tylko wy i wasze problemy! Jak nie chcecie mi pomóc, to nie! Łaski bez! Poradzę sobie bez waszej jałmużny!

Rozłączyła się.

– Co się stało? – zapytała Halina drżącym głosem.

– Chciała na wycieczkę. Na Maderę. Odmówiłem – powiedziałem, czując dziwną mieszankę ulgi i przerażenia.

To był moment, w którym zrozumiałem swój błąd

Przez pierwsze dwa dni czekaliśmy. Byliśmy pewni, że zadzwoni, przeprosi, albo chociaż wymyśli inną historię, żeby zatrzeć złe wrażenie. Ale telefon milczał.

– Może jej głupio? – sugerowała Halina. – Może zrozumiała?

Po tygodniu Halina nie wytrzymała i zadzwoniła do niej, ale ta nie odbierała. Dzwoniła wieczorem. To samo. Następnego dnia. To samo.

– Tadek, ona się chyba obraziła – powiedziała żona, a po jej policzku spłynęła łza. – Własna córka.

Ja też spróbowałem. To samo. W końcu napisała wiadomość "Nie chce mi się z wami gadać". Za to, że nie sfinansowaliśmy jej wakacji. Za to, że raz w życiu wybraliśmy nasze ciepło zamiast jej kaprysu. To był moment, w którym zrozumiałem swój błąd. Przez te wszystkie lata nie budowaliśmy relacji. My ją kupowaliśmy. Każdy telefon, każda „ciepła” rozmowa była wstępem do transakcji. Była miła, gdy potrzebowała przelewu. Gdy strumień pieniędzy wysechł, zniknęła też miłość.

Minął miesiąc. Naprawiliśmy piec. W domu było ciepło, ale panował w nim chłód, którego żaden kaloryfer nie mógł ogrzać. Halina chodziła przybita, często płakała w nocy. Ja próbowałem zająć się czymś, żeby nie myśleć. Wróciłem do planów remontu altanki. Pewnego dnia spotkałem córkę sąsiadki, która kiedyś przyjaźniła się z Kingą. Ania była dobrą dziewczyną, zawsze nam się kłaniała.

– Dzień dobry, panie Tadeuszu – zagadnęła przy sklepie. – Co tam u Kingi? Widziałam zdjęcia z Madery, pięknie tam.

Zamarłem.

– Z Madery? – powtórzyłem tępo.

– No tak. Wrzucała do internetu zdjęcia tydzień temu. Z jakimś nowym chłopakiem. Wyglądała na bardzo szczęśliwą.

A więc pojechała. Pewnie wzięła kolejny kredyt. Nie to jednak było najważniejsze. Najważniejsze było to, że żyła, miała się dobrze i świetnie bawiła, podczas gdy jej matka odchodziła od zmysłów z tęsknoty i martwienia się. Wróciłem do domu i powiedziałem o tym Halinie. Myślałem, że to ją dobije, ale stało się coś dziwnego. Kiedy usłyszała, że Kinga jest na wakacjach, przestała płakać. Wytarła oczy i wyprostowała się.

– Po prostu ma nas gdzieś – powiedziała twardo.

– Na to wygląda.

To był koniec złudzeń. Zrozumieliśmy, że byliśmy dla niej tylko narzędziem. To bolesna lekcja, najtrudniejsza w życiu rodzica. Ale w tej prawdzie było też wyzwolenie. Przestaliśmy czekać na telefon. Przestaliśmy bać się każdego dzwonka. Przestaliśmy odkładać pieniądze na jej „czarną godzinę”. Nie mamy kontaktu z Kingą od pół roku. Czasem serce zakłuje. Czasem, gdy widzę rodziców spacerujących z dorosłymi dziećmi, czuję żal. Ale potem przypominam sobie te wszystkie kłamstwa, te manipulacje, ten strach przed odbieraniem telefonu. I wiem, że tak jest lepiej. Ostatnio zmieniliśmy numery telefonów. Tak na wszelki wypadek. Nie chcemy, żeby ciszę przerwał kolejny dramat, kolejna prośba o ratunek, który tak naprawdę jest tylko wyciągnięciem ręki po portfel. Zrozumiałem, że miłość rodzicielska jest bezwarunkowa, ale szacunek musi działać w dwie strony.

Tadeusz, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama