Reklama

Wszystko zaczęło się od euforii. Kiedy odebraliśmy klucze do mieszkania, czułam się, jakbym unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. To było nasze miejsce. Sześćdziesiąt cztery metry kwadratowe w starej kamienicy, z wysokimi sufitami i ogromnymi oknami, przez które rano wpadało miękkie, złote światło.

Byłam szczęśliwa

Oczywiście mieszkanie wymagało generalnego remontu. I kiedy mówię generalnego, mam na myśli zrywanie podłóg, wymianę instalacji elektrycznej, hydraulicznej i burzenie ścian. Wiedzieliśmy o tym, decydując się na zakup, ale jak to zwykle bywa, rzeczywistość finansowa dopadła nas szybciej, niż się spodziewaliśmy.

Ceny materiałów budowlanych poszybowały w górę w tempie, które przyprawiało o zawrót głowy. Nasz kosztorys, pieczołowicie przygotowany w Excelu jeszcze przed podpisaniem aktu notarialnego, z dnia na dzień stawał się coraz bardziej nieaktualny. Zaczęliśmy panikować. Kredyt był wzięty „pod korek”, a my musieliśmy jeszcze wykończyć to wnętrze tak, by dało się w nim mieszkać.

– Kochanie, musimy gdzieś przyciąć koszty – powiedział pewnego wieczoru mój mąż Tymek, patrząc z rezygnacją na ekran laptopa. – Jeśli weźmiemy tę polecaną ekipę od pana Andrzeja, nie starczy nam na kuchnię. Będziemy gotować na kuchence turystycznej przez dwa lata.

Miał rację. Sytuacja była patowa. I wtedy, niczym rycerz na białym koniu – a raczej w starym dostawczaku – pojawił się Darek, mąż mojej siostry Sylwii. Darek prowadził firmę budowlaną od kilku lat. Wiedziałam, że zajmuje się wykończeniami, choć nigdy nie widziałam efektów jego pracy na żywo. Sylwia zawsze opowiadała o nim w samych superlatywach. Według niej Darek był mistrzem kielni, artystą gładzi szpachlowej i wizjonerem hydrauliki.

Spadł nam z nieba

Spotkaliśmy się na rodzinnym obiedzie u rodziców. Kiedy temat zszedł na nasze problemy z budżetem, Darek odstawił filiżankę kawy i uśmiechnął się szeroko.

– Słuchajcie, po co wy szukacie obcych ludzi? – zapytał. – Przecież rodzina jest od tego, żeby sobie pomagać. Zrobię wam ten remont. Policzę tylko za materiały i symbolicznie za robociznę, żeby chłopakom zapłacić. Dla mnie to też reklama, jak zrobimy ładne zdjęcia do portfolio.

Spojrzałam na Tymka. W jego oczach widziałam błysk nadziei. To brzmiało jak rozwiązanie wszystkich naszych problemów. Oszczędność rzędu kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

– Jesteś pewien? – dopytywałam, czując jednak lekkie ukłucie niepokoju. – To duży zakres prac. Elektryka, gładzie, kafelkowanie…

– Daj spokój, Aneta! – wtrąciła się Sylwia, kładąc dłoń na ramieniu męża. – Darek robił już nie takie rzeczy. Ostatnio wykańczali apartament w centrum, klient był zachwycony. Zrobią wam to szybko i solidnie. Po znajomości.

– No i terminy – dodał Darek. – Mam teraz okienko, bo jeden klient przesuwa inwestycję. Mogę wchodzić od poniedziałku.

Zgodziliśmy się

Uścisnęliśmy sobie dłonie, ustaliliśmy wstępny harmonogram i przelaliśmy pierwszą transzę pieniędzy na materiały. Czułam ogromną ulgę. Myślałam, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Przez pierwsze dwa tygodnie wszystko szło gładko. Darek i jego pomocnik, młody chłopak o imieniu Patryk, zjawiali się punktualnie.

Szybko uporali się z demolką. Gruz znikał w kontenerach, stare tynki zostały skute, a my cieszyliśmy się, że prace posuwają się do przodu. Darek wysyłał nam zdjęcia, dzwonił z pytaniami o rozmieszczenie gniazdek. Pełen profesjonalizm.

Problemy zaczęły się w momencie, gdy trzeba było zacząć tworzyć, a nie niszczyć. Darek zadzwonił, że nie przyjdzie w poniedziałek, bo samochód mu się zepsuł. Zrozumiałe, zdarza się. Potem w środę musiał pilnie pojechać do urzędu. W piątek Patryk zachorował. Tydzień, w którym mieli stawiać ścianki działowe, przeciągnął się do trzech.

Zaczęłam się denerwować. Wynajmowaliśmy kawalerkę, a umowa najmu kończyła się za dwa miesiące. Nie mieliśmy możliwości jej przedłużenia, bo właścicielka chciała sprzedać lokal. Każdy dzień zwłoki był dla nas stresem.

– Spokojnie, szwagierka – uspokajał mnie Darek, gdy wpadłam na budowę sprawdzić postępy. – Nadgonimy. Technologia musi swoje odstać, tynki schną. Nie poganiaj, bo będzie wilgoć.

Coś było nie tak

Uwierzyłam. W końcu on był fachowcem. Kolejny zgrzyt nastąpił przy zakupach. Umówiliśmy się, że Darek kupuje materiały budowlane, a my zwracamy mu koszty na podstawie faktur. Dostałam od niego plik pogniecionych paragonów ze sklepu budowlanego. Kiedy zaczęłam je podliczać i sprawdzać pozycje, coś mi się nie zgadzało.

– Tymek, spójrz na to – powiedziałam wieczorem, pokazując mężowi jeden z paragonów. – Tu jest dziesięć worków gładzi szpachlowej. Przecież nasze mieszkanie ma sześćdziesiąt metrów, a oni zrobili dopiero jeden pokój. Gdzie ta gładź?

– Może na zapas? – próbował tłumaczyć Tomek, choć widziałam, że też jest zaniepokojony.

Następnego dnia pojechaliśmy na budowę. Gładzi nie było. Były za to trzy otwarte worki, z których jeden stwardniał, bo ktoś nie zamknął go szczelnie.

– Darek, o co chodzi z tymi zakupami? – zapytałam wprost.

Szwagier zrobił obrażoną minę.

– Sugerujesz, że cię okradam? Własną rodzinę? – obruszył się, rzucając paczkę papierosów na parapet. – Część materiałów mam w magazynie, przywiozę jak będą potrzebne. Nie mam miejsca w busie, żeby wozić wszystko naraz. A to, co jest na paragonie, to zużyliśmy. Ściany macie krzywe, trzeba było dużo narzucać.

Czułam, że kłamie

Nie chciałam robić awantury, bo bałam się, że rzuci robotę w połowie, a my zostaniemy z rozgrzebanym mieszkaniem. Zagryzłam zęby. Najgorsze jednak nadeszło, gdy zaczęli układać kafelki w łazience. Wybraliśmy dość drogie, wielkoformatowe płytki, które miały imitować beton.

Marzyłam o tej łazience. Kiedy weszłam zobaczyć efekt, nogi się pode mną ugięły. Fugi były nierówne – w jednym miejscu miały dwa milimetry, w innym pięć. Płytki nie licowały się ze sobą, tworząc ostre krawędzie, o które można było skaleczyć stopę. Ale szczytem wszystkiego była wnęka pod prysznicem.

– Darek… – wydusiłam, wskazując na ścianę. – Ta ściana jest krzywa.

– Jaka krzywa? – prychnął, przecierając czoło wierzchem dłoni. – To złudzenie optyczne. Światło tak pada. Jak zamontujecie kabinę i dacie silikon, to się zgubi.

– Nie, to się nie zgubi. Przykładałam poziomicę. Tu jest dwa centymetry odchyłu na metrze! – Mój głos zaczął drżeć z wściekłości. – Jak my tu zamontujemy szybę prysznicową? Przecież będzie szpara!

– Ty to zawsze szukasz dziury w całym – machnął ręką. – Wymysły. Robię w tym fachu piętnaście lat i nikt mi nie zarzucił fuszerki.

Atmosfera gęstniała

Zbliżały się imieniny mojej mamy. Wiedziałam, że spotkamy tam Sylwię i Darka. Tymek prosił, żebym nie poruszała tematu remontu przy stole, ale byłam kłębkiem nerwów. Przy rosole Sylwia zaczęła opowiadać, jak ciężko Darek teraz pracuje.

– Biedny wraca do domu taki zmęczony, wszystko go boli – mówiła, patrząc na mnie z wyrzutem. – Starają się dla was, robią po godzinach, a ja słyszę, że ciągle masz jakieś pretensje.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy.

– Pretensje? – zapytałam, starając się panować nad głosem. – Widziałaś naszą łazienkę? Zniszczyli materiał za trzy tysiące złotych. Płytki są do skucia.

– Przesadzasz – warknęła siostra. – Darek mówił, że kupiłaś jakieś krzywe odpady z wyprzedaży i teraz masz pretensje do wykonawcy, że nie da się tego ułożyć.

Zamarłam. Kupiłam płytki w renomowanym salonie, pierwszego gatunku. Darek kłamał żonie w żywe oczy, żeby ukryć swoją niekompetencję.

– To nie są odpady! – krzyknęłam, wstając od stołu. – To są płytki za ciężkie pieniądze! A twój mąż nie potrafi obsługiwać poziomicy!

– Nie życzę sobie, żebyś obrażała Darka! – Sylwia też wstała. – Robi wam to za półdarmo, z dobrego serca, a ty jesteś niewdzięczna!

Zalaliśmy sąsiadkę

Mama próbowała nas uspokajać, tata patrzył w talerz, a Darek siedział z kamienną twarzą, żując kotleta, jakby sprawa go nie dotyczyła. Wyszliśmy przed deserem. Tydzień później doszło do ostatecznej katastrofy. Odebrałam telefon od sąsiadki z dołu, starszej pani, która mieszkała pod nami.

– Pani Aneto, ratunku! Woda mi się leje z sufitu! Cała łazienka zalana! – krzyczała do słuchawki.

Rzuciłam wszystko w pracy i popędziłam do mieszkania. Tymek dojechał chwilę później. Zakręciliśmy główny zawór wody na klatce. Wpadliśmy do naszego mieszkania. W łazience było sucho. O co chodzi?

Okazało się, że „fachowcy” podłączyli odpływ liniowy pod prysznicem bez odpowiedniego uszczelnienia. Co więcej, rura odpływowa została źle spasowana i przykryta wylewką betonową. Woda sączyła się pod kafelkami i wsiąkała w strop, aż znalazła ujście u sąsiadki. Darka nie było na budowie. Dzwoniłam do niego dziesięć razy. Nie odbierał. W końcu przyjechał wieczorem, niespiesznie, żując gumę.

Nie czuł się winny

– No, zdarza się, rurka musiała pęknąć – stwierdził, patrząc na zaciek na suficie u sąsiadki, do której zeszliśmy.

– Zdarza się?! – Tymek nie wytrzymał. Złapał go za ramię. – Człowieku, zalałeś komuś mieszkanie! Kto za to zapłaci? Nie masz ubezpieczenia OC firmy, prawda? Pytaliśmy cię o to na początku, mówiłeś, że wszystko jest!

Darek wyszarpnął się.

– Nie będziesz mnie szarpał. Robię wam łaskę, a wy tylko problemy robicie. Jak wam się nie podoba, to sobie weźcie inną ekipę. Ja stąd spadam.

I tak po prostu wyszedł. Spakował swoje narzędzia i odjechał. Zostaliśmy z zalanym stropem, zniszczoną łazienką, wściekłą sąsiadką i mieszkaniem w stanie surowym, choć pieniądze na wykończenie praktycznie się skończyły.

Następne tygodnie były koszmarem. Musieliśmy zatrudnić rzeczoznawcę, żeby ocenił szkody, bo chcieliśmy mieć podkładkę, gdyby doszło do sprawy sądowej – choć wiedziałam, że pozywanie własnego szwagra to ostateczność, która rozerwie rodzinę na strzępy. Diagnoza nowego fachowca, pana Mirka, którego polecił nam znajomy, była druzgocąca.

– Proszę pani – powiedział, drapiąc się po głowie, gdy oglądał naszą instalację elektryczną. – Kto to pani robił? Przecież to jest kryminał. Przewody są poskręcane na kostki i zatynkowane bez puszek. Jakby pani włączyła piekarnik i pralkę jednocześnie, to by się kable w ścianach zapaliły.

Zapłaciliśmy podwójcie

Musieliśmy skuć wszystko. Łazienkę, część tynków, wyrywać kable. Pieniądze, które daliśmy Darkowi – zarówno na robociznę, jak i na materiały – przepadły. Okazało się, że materiałami z magazynu były resztki z innych budów, często przeterminowane kleje czy gipsy.

Musieliśmy pożyczyć pieniądze od rodziców Tymka i wziąć dodatkową pożyczkę w banku. Remont, który miał kosztować pięćdziesiąt tysięcy, zamknął się w kwocie stu dwudziestu. Wprowadziliśmy się z czteromiesięcznym opóźnieniem, śpiąc na materacu na podłodze, bo nie stać nas było na łóżko.

Z Sylwią nie rozmawiam do dziś. Według jej wersji wydarzeń, to my oszukaliśmy Darka, nie zapłaciliśmy mu za ciężką pracę i jeszcze bezpodstawnie oskarżyliśmy o zniszczenia. Podobno opowiada całej rodzinie, że jesteśmy dorobkiewiczami, którzy wyzyskują bliskich. Darek oczywiście nie poczuwa się do winy. Nie oddał ani grosza. U sąsiadki remont musieliśmy pokryć z własnej kieszeni.

Mieszkanie jest już skończone. Jest piękne, choć każda rysa na panelu przypomina mi o tamtym stresie. Ale najgorsza jest ta pustka. Kiedyś dzwoniłyśmy do siebie z Sylwią codziennie. Dziś mijamy się bez słowa na cmentarzu czy przypadkiem w sklepie. Chcieliśmy zaoszczędzić, a zapłaciliśmy podwójnie. Straciliśmy pieniądze, ale co gorsza, straciliśmy zaufanie i bliskość, której nie da się odkupić w żadnym markecie budowlanym.

Aneta, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama