Reklama

Gdy usłyszałam od syna, że zostanę babcią, prawie wypuściłam kubek z rąk. Miał dopiero dziewiętnaście lat, studiował, mieszkał z nami i jeszcze nie zdążył nauczyć się porządnie prać skarpetek. A teraz miałby zostać ojcem. Nie tak to sobie wyobrażałam. Może to egoistyczne, ale poczułam, że jego dziecko to także mój problem.

Nie chciałam zostać babcią w tym wieku. Zaczęłam kombinować, jak „naprawić” tę sytuację, tak żeby nie rozsypała mu się przyszłość. Nie przewidziałam tylko jednego – że mój syn okaże się dojrzalszy ode mnie i podejmie decyzję, która nas wszystkich zaskoczy.

Nie mogłam w to uwierzyć

Nie było w tym nic niezwykłego – wrócił z uczelni, wrzucił torbę na krzesło w kuchni i wyciągnął z lodówki sok. Myślałam, że pogadamy chwilę, pośmiejemy się, jak zwykle. Zamiast tego usiadł naprzeciwko mnie i powiedział poważnie:

– Mamo, muszę ci coś powiedzieć.

– Co, znowu masz coś do wyprania? – zażartowałam, ale on nie odpowiedział. Patrzył na mnie jak mały chłopiec, który zaraz dostanie burę.

Ola jest w ciąży – powiedział cicho.

Przez kilka sekund patrzyłam na niego bez słowa. Nie rozumiałam. Ola. Ta Ola, z którą się spotykał od sześciu miesięcy. Drobna, zawsze rozbawiona, z tymi swoimi kolorowymi paznokciami.

Jak to w ciąży? – zapytałam w końcu.

– Normalnie – odpowiedział. – Nie planowaliśmy tego, ale… no… jest.

Wstałam. Kręciło mi się w głowie. Podeszłam do okna i udawałam, że patrzę na ulicę. Serce waliło mi jak młotem. On miał dopiero dziewiętnaście lat. Ona może dwadzieścia. I co teraz? Dziecko, pieluchy, smoczki.

– I co zamierzacie? – spytałam, starając się mówić spokojnie.

Nie wiedziałam, że to dopiero początek.

Chciałam go chronić

Od tamtej rozmowy chodziłam jak w transie. Niby nic się jeszcze nie wydarzyło, a ja czułam się, jakby ktoś usunął mi grunt spod nóg. Pogrążałam się w czarnych myślach, aż w końcu uznałam, że nie mogę tego tak zostawić.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam do męża, gdy wieczorem usiedliśmy przy stole.

– O czym?

– O naszym „wnuku”, który ma się urodzić, choć ja jeszcze nie zdążyłam dobrze odchować syna – powiedziałam z goryczą.

On, jak zwykle, machnął ręką.

– Przesadzasz. To się zdarza. Najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe.

– A kto będzie to dziecko wychowywał? Oni czy my?

I wtedy w mojej głowie pojawił się „plan”. Nie taki, z którego jestem dumna. Chciałam, żeby Oskar zniknął z tej relacji. Żeby się wycofał, „odsunął”, zajął studiami, życiem, pracą, czymkolwiek. Żeby nie wprowadzał się z Olą, nie brał na siebie odpowiedzialności, której – według mnie – nie udźwignie.

Wiem, jak to brzmi. Nie jestem potworem. Po prostu pamiętałam własne zmęczenie sprzed lat i bałam się, że on wpadnie w to samo, tylko szybciej i boleśniej. Chciałam go ochronić. Tyle że robiłam to w najgorszy możliwy sposób.

Próbowałam znaleźć rozwiązanie

Wiedziałam, że nie poradzę sobie z tym sama. Zadzwoniłam do matki Oli, choć nie utrzymywałyśmy bliskiego kontaktu. Spotkałyśmy się raz na świętach i jednej komunii. Kulturalna, dystyngowana, ale chłodna. Teraz, kiedy odebrała telefon, nie udawała miłej.

– Tak, wiem – powiedziała oschle, zanim zdążyłam zapytać. – Ola mi powiedziała. Płakała pół nocy.

– Przecież oni mają dopiero po dziewiętnaście lat! Są tacy młodzi...

– I co z tego? Myśli pani, że ja się cieszę? Wolałabym, żeby to się nie wydarzyło, ale stało się. A teraz muszą wziąć za to odpowiedzialność.

– Ale może… może powinni podejść do tego rozsądniej. Bez wielkich decyzji, bez przeprowadzki, bez udawania dorosłych.

– Moja córka nie udaje – ucięła. – Ona jest przerażona, ale nie ucieka. A pani syn się nie wypiera, więc... nie widzę problemu.

Wieczorem spróbowałam jeszcze raz porozmawiać z Oskarem.

– Oskar, ty nie musisz w to wchodzić tak od razu – mówiłam, a słowa same mi się plątały. – Możesz pomagać, być obok, ale nie musisz niszczyć sobie wszystkiego.

– Mamo – powiedział spokojnie – ja niczego sobie nie niszczę. To moje dziecko.

Martwiłam się o niego

Zaczęłam się od niego oddalać. To było silniejsze ode mnie. Czułam żal, frustrację, może nawet złość. Oskar miał całe życie przed sobą, a teraz miało się ono skurczyć do nocnych pobudek i kłótni o pieniądze. Ja wiedziałam, jak to wygląda naprawdę, a nie na zdjęciach z internetu. Przeszłam to. Chciałam mu oszczędzić tego błota, przez które trzeba się przedzierać, zanim dziecko powie „tato”.

Najgorsze było to, że nie miałam wsparcia. Mąż uznał, że „to nie nasza sprawa”. Ola – zamknęła się w sobie. A Oskar żył jakby… z nadzieją.

– Myślisz, że damy radę wynająć coś małego po nowym roku? – zapytał któregoś dnia przy kolacji, jakby rozmawiał ze mną o remoncie roweru.

– Ty się uczysz. Ola pracuje na pół etatu. Kto zarobi na mieszkanie? – rzuciłam chłodno.

Wtedy się nie odezwał. Wyszedł z kuchni i nie wrócił nawet na noc. Siedziałam w ciszy, a w głowie mi huczało. Zaczęłam się bać. Może posunęłam się za daleko. Może zrobi coś głupiego. Bałam się sprawdzić telefon. A jednak rano, kiedy zeszłam do kuchni, on już tam siedział. Zrobił mi kawę. Wiedziałam, że to nie będzie lekka rozmowa.

Nagle poczułam wstyd

– Pogadałem z Olą – powiedział, stawiając przede mną kubek. – Wynajmiemy coś razem. Małe, tanie mieszkanie, może na razie pokój. Damy radę. Ja dorobię, ona też. Nie chcemy na nikim wisieć.

Patrzyłam na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Miał w oczach spokój, który znałam z czasów, gdy jako dziecko układał swoje klocki według własnych zasad. Nie buntował się, nie krzyczał. Robił swoje.

– Oskar, nie rób tego tylko dlatego, że czujesz się winny – powiedziałam, ostrożnie dobierając słowa.

– Nie czuję się winny – odpowiedział. – Czuję się odpowiedzialny.

Ta różnica wbiła mi się w głowę jak nóż. I nagle poczułam wstyd. Bo oto mój syn, którego próbowałam na siłę „uratować”, zachował się dojrzalej niż ja. Podjął decyzję, która nie była ani łatwa, ani wygodna. Ale była jego.

– Nie chcę, żebyś była zła, mamo. Ale już wiem, co chcę robić. I chcę, żebyś kiedyś była z nas dumna.

I wtedy pierwszy raz poczułam, że może rzeczywiście… jestem.

Jestem tam, gdzie powinnam

Ola urodziła się na początku stycznia. Kiedy pierwszy raz wzięłam ją na ręce, zaniemówiłam. Takie maleńśtwo, a wywróciło życie nas wszystkich do góry nogami. Nie chciałam być babcią. Byłam zła, że to wszystko wydarzyło się tak wcześnie, bez planu, bez przygotowania. A jednak, gdy patrzyłam na syna, który przewijał swoją córkę z przejęciem godnym chirurga, wiedziałam, że on da radę. Nie dlatego, że wszystko już potrafił, tylko dlatego, że naprawdę chciał się nauczyć.

Najbardziej bałam się pierwszego Dnia Babci. Tego, jak to zabrzmi, jak to będzie wyglądało, czy nie poczuję się śmiesznie w tej roli, za wcześnie, nie na swoim miejscu. A potem przyszli razem, Oskar i Ola, zmęczeni, z torbą pieluch i z małą ubraną w za duży pajacyk. Ola podała mi laurkę z napisem, który pewnie dyktował Oskar. „Dla babci. Dziękujemy, że jesteś”.

Pomyślałam wtedy, że wcale nie chodzi o wiek. Chodzi o to, czy człowiek umie przestać sterować cudzym życiem i po prostu stać obok. Oskar powiedział mi później:

– Mamo, jeśli nadal chcesz nam pomóc, to bądź z nami. Bez planowania wszystkiego za nas.

To było jak kubeł zimnej wody. Bo ja naprawdę chciałam pomóc, tylko pomyliłam pomoc z kontrolą.

Teraz nadal się uczę. Bycia mamą dorosłego syna. Bycia babcią, chociaż jeszcze chwilę temu wydawało mi się, że to rola dla kogoś innego. I chyba pierwszy raz od dawna czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam.

Danuta, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama