Reklama

Czasem mam wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem staję się coraz bardziej przezroczysta. Nawet nie dla sąsiadek z klatki, które jeszcze pamiętają, jak biegałam z wózkiem do sklepu, tylko dla własnej rodziny.

Dziś Dzień Babci – taki szczególny, przynajmniej w kalendarzu. W rzeczywistości dla mnie to dzień czekania. Wstałam wcześniej niż zwykle, upiekłam sernik, bo Zuzia najbardziej lubi ten z brzoskwiniami. O 9:00 spotkałam na schodach panią Genowefę z trzeciego piętra, z naręczem prezentów.

– No to, Basiu, masz dziś ręce pełne roboty, co? – zagadnęła wesoło.

Uśmiechnęłam się, choć w środku ścisnęło mnie na myśl, że jej dzieci przyjadą z wnukami aż z Poznania, a ja czekam tylko na jeden dzwonek. Zuzia to moje słoneczko, chociaż ostatnio widujemy się rzadko. Agnieszka ciągle w biegu, Tomasz zawsze zajęty.

Przysiadłam w kuchni, patrząc na ciasto stygnące na blacie. Z każdym stuknięciem zegara narastał we mnie niepokój: a jeśli nikogo dziś nie będzie? Od kiedy odeszłam na emeryturę, coraz częściej czuję, że jestem tylko dodatkiem do czyjegoś życia. Ale przecież nie mogę się żalić – to tylko Dzień Babci, prawda?

Tak bardzo było mi przykro

Odezwał się domofon. Serce zabiło mi mocniej, choć udawałam przed sobą, że jestem spokojna. Otworzyłam drzwi, nasłuchując znajomych głosów na korytarzu. Najpierw wbiegła Zuzia – śmiała się, niosąc w rękach kolorową torbę. Za nią weszła Agnieszka, wyraźnie zmęczona, wciąż rozmawiająca przez telefon, i Tomasz z nieodłącznym uśmiechem, ale jak zwykle schowany z boku.

– Babciu, wszystkiego najlepszego! – wykrzyknęła Zuzia, wręczając mi prezent. – To dla ciebie, sama wybrałam!

Spojrzałam na opakowanie – krem przeciwzmarszczkowy. Uśmiechnęłam się, choć przez sekundę coś mnie ukuło.

Ojej, dziękuję, kochanie. Przyda mi się, naprawdę… – zaczęłam, ale Zuzia już trajkotała dalej.

– Bo mama mówi, że babcia ma już bardzo pomarszczoną twarz, to żeby sobie posmarowała.

Zamarło wszystko. W powietrzu zawisła cisza. Poczułam, jakby ktoś pociągnął mnie za język, chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam wykrztusić ani słowa. Uśmiechnęłam się sztucznie.

– Zuziu, nie przesadzaj, babcia wygląda świetnie! – rzuciła półżartem Agnieszka, zerkając na mnie ukradkiem.

Tomasz udawał, że nie słyszy, zajęty szukaniem pilotów od telewizora. Zuzia, zadowolona z siebie, już wyciągała gry planszowe. Po chwili niezręcznej ciszy zasiedliśmy przy stole, ja nalewałam herbatę, choć w środku trzęsły mi się ręce. Słowa Zuzi dźwięczały mi w głowie jak echo – jedno zdanie, a zabolało jak nic innego od dawna. Próbowałam wciągnąć wszystkich w rozmowę o szkole, o feriach, ale miałam wrażenie, że nikt nie zauważył, jak bardzo mi przykro. Dumałam nad tym, jak łatwo można człowieka zranić, nawet niechcący.

Poczułam się stara jak nigdy

Gdy drzwi za nimi się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza. Oparłam się o framugę i patrzyłam przez chwilę na otwartą torbę prezentową, a potem na krem, który jak wyrzut sumienia tkwił na stole obok zimnego kawałka sernika. Powinnam się śmiać z tej sytuacji, prawda? Przecież to tylko dziecko. A jednak… Poszłam do łazienki, spojrzałam w lustro. Przez chwilę patrzyłam na swoją twarz, dotykając palcami zmarszczek. Niby się do nich przyzwyczaiłam, a jednak nagle poczułam się stara, jak nigdy wcześniej.

Może przesadzam, może rzeczywiście jestem przewrażliwiona – mówiłam do siebie w myślach. Może tylko tak się wydaje, bo za dużo czasu spędzam sama? Ale przecież nie tylko dzisiaj tak się czułam. Przypomniałam sobie, jak Agnieszka nie zaprosiła mnie na przedstawienie Zuzki. „Bo to tylko na godzinę, mama, i tak stoisz…” – słyszałam w słuchawce. Zawsze byłam w odwodzie, gotowa do pomocy, ale coraz rzadziej ktoś mnie potrzebował.

Usiadłam przy stole i wyjęłam notes. Zaczęłam pisać do siebie kilka słów. „Byłam kiedyś młoda. Byłam piękna. Byłam ważna”. Z trudem powstrzymywałam łzy. Chyba łatwiej wylać wszystko na papier, niż powiedzieć komuś wprost, że serce pęka z żalu, choć nikt tego nawet nie zauważa. Cicho zaparzyłam sobie herbatę i gapiłam się w okno, licząc światła samochodów. Tak, byłam jak mebel – stojący w kącie, zapomniany. A przecież tylko tyle chciałam: żeby ktoś powiedział, że bez babci w domu czegoś brakuje.

Wystukałam numer Agnieszki

Nie wytrzymałam długo w tej ciszy. Telefon leżał na stole, jakby kusił: „dzwoń, wyjaśnij, powiedz, co czujesz”. Przestępowałam z nogi na nogę, aż w końcu wystukałam numer Agnieszki. Odebrała po kilku sygnałach, zmęczonym głosem.

– Mamo, wszystko w porządku? – spytała, jakby z obowiązku.

– Tak… Tak, tylko chciałam chwilę pogadać – zaczęłam niepewnie. – Wiesz, trochę mnie zabolały słowa Zuzi. O tym, że mam pomarszczoną twarz. To głupie, wiem, ale…

Usłyszałam westchnienie.

– Mamo, przecież to dziecko. Co ty znowu…? Zawsze robisz z igły widły. Przesadzasz.

– Może i przesadzam, ale chciałam, żebyś wiedziała, że nie pierwszy raz poczułam się… zbędna. Jakby nikomu nie zależało, czy jestem, czy nie.

Agnieszka podniosła głos, już zirytowana:

– Mamo, nie zaczynaj! Wiesz, ile mam na głowie? Praca, dom, Zuzia… Nie mam siły na takie rozmowy, naprawdę. Zawsze coś ci nie pasuje, a ja się staram, jak mogę.

Chciałam coś odpowiedzieć, wytłumaczyć, że nie chodzi mi o pretensje, tylko o zwykłą bliskość, ale już słyszałam, jak oddycha ciężko po drugiej stronie. Czułam się coraz mniejsza.

– No dobrze, mamo, pogadamy innym razem. Teraz muszę kończyć, bo Zuzia mnie woła.

Zanim się rozłączyła, zdążyłam jeszcze szepnąć:

– Przepraszam, nie chciałam cię denerwować…

Odstawiłam telefon, patrząc na niego z żalem. Może rzeczywiście robię problem z niczego? Może faktycznie powinnam się po prostu cieszyć, że jeszcze ktoś przychodzi… Jednak serce i tak bolało, bo miałam poczucie, że moje uczucia są mniej ważne. Znowu zostałam sama ze swoim żalem.

Napisałam list do wnuczki

Po źle przespanej nocy usiadłam przy biurku i wyjęłam kartkę papeterii – tej ładnej, którą trzymałam „na wyjątkowe okazje”. Pisałam list do Zuzki, choć wiedziałam, że nigdy go nie wyślę. „Kochana Zuziu, czasem wystarczy jedno słowo, żeby komuś bardzo poprawić dzień, albo odwrotnie – sprawić, że długo będzie smutny. Jednak ja i tak cię kocham najmocniej na świecie, nawet jeśli nie zawsze to umiesz powiedzieć”. Złożyłam list, wsunęłam do szuflady. Może kiedyś go znajdzie.

Zapakowałam dla Zuzi małą bransoletkę i kartkę z cytatem: „Słowa są jak klucze – mogą otworzyć serce, ale też je zatrzasnąć”. Odłożyłam paczuszkę, poczułam ulgę, choć wiedziałam, że to tylko symbol.

Wyszłam na spacer do parku. Zimny wiatr szczypał w policzki. Usiadłam na ławce, obserwując młode matki z dziećmi. Rozpoznałam w nich siebie sprzed lat, kiedy to ja byłam wszystkim dla Agnieszki. Przez chwilę żałowałam, że wtedy tak łatwo ignorowałam własną mamę – zawsze zajęta, wiecznie spiesząca się, niesłuchająca jej drobnych żali.

Obok usiadł starszy pan, zapachniało tytoniem i czymś znajomym.

– Wie pani, że kiedyś myślałem, że starość to będzie sama wolność? – zagadnął z uśmiechem.

– A jak jest naprawdę? – odpowiedziałam, mimowolnie wdzięczna za rozmowę.

– Człowiek wolny, ale trochę… jakby mniej komuś potrzebny. – Roześmiał się cicho. – Ale czasem wystarczy, że ktoś się uśmiechnie i dzień jest trochę lżejszy.

Uśmiechnęłam się do niego, poczułam, że rozumie. Odeszłam spokojniejsza, bo przez chwilę ktoś po prostu mnie zauważył.

Nie jestem dla wszystkich

Tydzień później znów usłyszałam dzwonek do drzwi. Tym razem nie serce podskoczyło mi do gardła, tylko coś ciężkiego osiadło w brzuchu. Otworzyłam i zobaczyłam Agnieszkę z blachą ciasta pod pachą oraz Zuzię, która skubała rękaw kurtki.

– Przyjechałyśmy na chwilę – powiedziała córka z tym swoim tonem, jakby robiła mi przysługę.

Zuzia stała niepewnie, patrząc to na mnie, to na matkę.

– Mama mówiła, że babci było smutno. Dlaczego, babciu? – zapytała nagle.

Kucnęłam przed nią i objęłam jej drobne ramiona.

– Bo czasem serduszko babci robi się bardzo miękkie, jak się poczuje niepotrzebne – powiedziałam cicho.

Zuzia zmarszczyła czoło, po czym przytuliła mnie mocno.

Ale ja cię potrzebuję. Bo tylko ty mi czytasz tak fajnie książki. I robisz najlepszy sernik.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nad nami stała Agnieszka, przewracając oczami.

– Mamo, no naprawdę… Przecież nikt cię nie chciał urazić – rzuciła.

Nie odpowiedziałam. Gładziłam Zuzię po włosach, jakby to była jedyna rzecz, która jeszcze trzyma mnie przy ziemi. Zrozumiałam, że z Agnieszką już nie wygram. Ona nie potrafi słuchać. Może nigdy nie potrafiła.

Gdy wyszły, długo stałam w przedpokoju. Wiedziałam jedno: nie jestem dla wszystkich. Ale dla niej – małej dziewczynki z motylkami na szaliku – wciąż coś znaczę. I tego nikt mi nie odbierze.

Barbara, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama