„2 tuziny róż na biurku sprawiły, że zapomniałam o rozsądku. Do dzisiaj mi wstyd, kim okazała się moja walentynka”
„Tamten dzień zaczął się zaskakująco – od bukietu czerwonych róż, który postawił na moim biurku kurier, a skończył emocjonalną lawiną. Spojrzenia współpracowników, plotki, domysły i jedno imię krążące w mojej głowie. Dzisiaj wiem, że chwila uwagi, za którą tęskniłam, odebrała mi zdrowy rozsądek”.

- Redakcja
Tamten dzień zaczął się zwyczajnie, a skończył tak, że długo nie mogłam dojść do siebie. Gdy kurier postawił na moim biurku ogromny bukiet czerwonych róż, poczułam na sobie spojrzenia całego działu. Śmiechy, aluzje, pytania bez odpowiedzi. W środku mieszały się wstyd i dziwna duma. Przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że ktoś w końcu mnie zobaczył.
Bukiet i moje domysły
Plotki wędrowały szybciej niż firmowe maile. Jeszcze przed południem ktoś z innego piętra zajrzał do naszego open space’u tylko po to, żeby zobaczyć „te róże”. Stały przy moim biurku jak niemy dowód czegoś, czego sama nie umiałam nazwać. Udawałam skupienie, klikałam w klawiaturę, ale co chwilę docierało do mnie czyjeś spojrzenie.
– No, Lena, przyznaj się – Magda przysunęła krzesło bliżej. – Kto aż tak się postarał?
– Nie wiem – odpowiedziałam szybko. – Naprawdę nie wiem.
To nie była do końca prawda. Gdzieś z tyłu głowy pojawiało się jedno imię, ale natychmiast je odpychałam w myślach. To absurdalne, mówiłam sobie. Przecież to tylko uprzejmy gest. Kwiaty. Nic więcej.
Paweł przechodził obok mojego biurka częściej niż zwykle. Za każdym razem zwalniał, jakby chciał coś powiedzieć, ale milczał. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się lekko, niemal konspiracyjnie. Poczułam ciepło na karku i nagłą potrzebę poprawienia włosów.
– Uważaj – szepnęła Magda, kiedy Paweł zniknął w sali konferencyjnej. – Takie historie rzadko kończą się dobrze.
– Przesadzasz – wzruszyłam ramionami. – To tylko kwiaty.
Powtarzałam to sobie przez resztę dnia jak mantrę. Kiedy jednak po południu ktoś zapytał, czy „ten szczęściarz” odbierze mnie dziś z pracy, poczułam ukłucie rozczarowania. Rozsądek podpowiadał, że to głupie. Serce – że miło jest być w centrum czyjejś uwagi.
Pod koniec dnia bukiet pachniał intensywniej niż rano. Albo to ja byłam bardziej wyczulona. Odkryłam karteczkę, której wcześniej nie zauważyłam. Krótka wiadomość, bez podpisu. „Cieszę się, że jesteś”. Złożyłam ją i schowałam do torebki, jakby była czymś zakazanym. Wtedy jeszcze wierzyłam, że mam wszystko pod kontrolą. Że to ja decyduję, co znaczą te gesty. Nie wiedziałam, że lawina już ruszyła, a ja stoję dokładnie na jej drodze.
Spotkaliśmy się w bocznej uliczce
Nie wracałam do domu od razu. Krążyłam po okolicy bez celu, jakbym odwlekała moment, w którym będę musiała nazwać to, co czułam. Telefon zawibrował, gdy siedziałam na ławce przy małym skwerze niedaleko biura.
– Możemy chwilę porozmawiać? – napisał Paweł.
Odpisałam po kilku minutach. Zbyt szybko wyglądałoby na czekanie, zbyt późno na obojętność.
Spotkaliśmy się w bocznej uliczce, tam, gdzie po pracy prawie nikt nie zaglądał. Stał oparty o mur, z rękami w kieszeniach płaszcza. Wyglądał na spiętego, zupełnie inaczej niż w biurze.
– To ja wysłałem kwiaty – powiedział cicho, jakby ktoś mógł nas podsłuchać.
Serce zabiło mi mocniej, choć to zdanie powinno było mnie zatrzymać. Zamiast tego poczułam ulgę. Wreszcie coś miało sens.
– Wiesz, że jesteś żonaty? – odpowiedziałam, bardziej stwierdzając fakt niż zadając pytanie.
Skinął głową.
– Formalnie tak. Ale to… skomplikowane. My już dawno żyjemy obok siebie.
Sposób, w jaki to powiedział, był dopracowany. Jakby ćwiczył te słowa wcześniej. Opowiadał o ciszy w domu, o rozmowach ograniczonych do spraw organizacyjnych, o poczuciu bycia niewidzialnym. Słuchałam i czułam, jak we mnie topnieje opór.
– Nie chciałem cię stawiać w trudnej sytuacji – dodał. – Po prostu… przy tobie czuję się inaczej.
Milczałam. W głowie kłębiły się pytania, ale żadne nie chciało wyjść ustami. Zamiast nich pojawiła się myśl, że może naprawdę jestem wyjątkiem. Że skoro mi to mówi, to znaczy, że mu zależy.
– Nie obiecuję cudów – powiedział po chwili. – Ale nie chcę też udawać, że nic się nie dzieje.
To była prawda wypowiedziana szeptem. Niepełna, ale wystarczająca, żebym zrobiła krok bliżej, a zbyt mglista, bym mogła się na niej oprzeć. Kiedy się rozstaliśmy, czułam jednocześnie winę i ekscytację. Wiedziałam już, że przekroczyłam granicę, choć jeszcze nie potrafiłam jej zobaczyć.
Obietnice bez daty
Nasza relacja nie miała początku, który dałoby się zaznaczyć w kalendarzu. Nie było dnia, w którym mogłabym powiedzieć: od dziś wszystko jest inne. Zamiast tego były wiadomości wysyłane zbyt późno i odpowiedzi przychodzące zbyt rzadko. Cisza, która bolała bardziej niż złe słowa.
– Dziś nie dam rady – pisał. – W domu napięta atmosfera.
Nie dopytywałam. Nauczyłam się czytać między wierszami i nie zadawać pytań, na które nie chciałam znać odpowiedzi. Każde jego „później” brzmiało jak obietnica, choć nigdy nie padała żadna data.
W pracy byliśmy ostrożni. Krótkie spojrzenia, oficjalne zdania, przypadkowe spotkania przy ekspresie do kawy. Czułam się jak ktoś, kogo trzeba ukrywać. Jakby moja obecność była kłopotem, a nie wyborem.
– Nie boisz się, że w końcu zostaniesz z niczym? – zapytała Magda, kiedy kolejny raz odwołałam wspólny obiad.
– On potrzebuje czasu – odpowiedziałam automatycznie. – To trudne.
Wypowiedzenie tych słów przyszło mi zbyt łatwo. Jakbym przejęła jego język, jego tłumaczenia. Zaczęłam myśleć o Iwonie częściej, niż chciałam. O kobiecie, której nie znałam, a która zajmowała miejsce, do którego nie miałam prawa rościć pretensji. Zazdrość mieszała się ze wstydem, a mimo to czekałam na każdy sygnał od Pawła.
Były momenty, gdy potrafił być uważny. Wtedy opowiadał o sobie więcej, mówił, że wszystko idzie w dobrą stronę, że musi to poukładać. Słuchałam i wyobrażałam sobie przyszłość bez konkretów. Jakby mgła była bezpieczniejsza niż jasność.
Najgorsze były przerwy. Dni, w których nie odzywał się wcale. Wtedy sprawdzałam telefon zbyt często, tłumacząc sobie, że to tylko chwilowe. Coraz rzadziej czułam radość, coraz częściej napięcie. Zaczynałam rozumieć, że jestem dodatkiem do jego życia, nie jego częścią. Mimo to nie potrafiłam odejść. Obietnice bez daty trzymały mnie mocniej, niż jakiekolwiek realne plany. Wmawiałam sobie, że wystarczy jeszcze trochę cierpliwości. Że skoro tak dużo mówi, to w końcu coś zrobi.
Nadszedł ten moment
Prawda nie spadła na mnie nagle. Sączyła się powoli, drobnymi szczegółami, które wcześniej ignorowałam. Najpierw była firmowa prezentacja, na której Paweł opowiadał o planach na kolejny kwartał z dziwną lekkością, jakby nic go nie obciążało. Potem przypadkowa rozmowa przy drukarce, gdy ktoś wspomniał, że Paweł bierze urlop „na wyjazd z żoną”. Zamarłam.
– Na pewno? – zapytałam, udając obojętność.
– No jasne – odpowiedziała koleżanka z innego działu. – Podobno długo to planowali.
Reszta dnia była rozmazana. W głowie wciąż słyszałam jego słowa o ciszy, o życiu obok siebie, o napięciu. Wszystko zaczęło brzmieć jak wyuczony monolog, powtarzany wtedy, gdy było wygodnie.
Napisałam do niego wieczorem. Krótko, bez emocji.
– Słyszałam o waszym wyjeździe.
Odpisał po dwóch godzinach.
– To nie tak, jak myślisz.
Zabolało mnie to bardziej niż przyznanie się do prawdy. Spotkaliśmy się nazajutrz. Tym razem nie było szeptów ani nerwowego uśmiechu. Był zmęczony, zamknięty w sobie.
– Nie mogę zniszczyć rodziny – powiedział w końcu. – Musisz to zrozumieć.
Te słowa uderzyły mnie z całą mocą. Zrozumiałam, że w tej historii nigdy nie chodziło o wybór. Byłam miejscem ucieczki, chwilą wytchnienia, ale nie planem na przyszłość. Wszystkie jego wcześniejsze zapewnienia rozsypały się jak dekoracja, której ktoś zapomniał przymocować.
– A ja? – zapytałam cicho. – Kim ja byłam?
Nie odpowiedział. I ta cisza powiedziała mi wszystko.
Wyszłam bez pożegnania. Czułam gniew, ale jeszcze bardziej wstyd. Za siebie. Za to, jak łatwo uwierzyłam w uwagę udającą bliskość. Wiedziałam już, że iluzja pękła na dobre.
Dostałam bolesną lekcję
Z czasem bukiet róż przestał kojarzyć mi się z tamtym dniem. Kwiaty dawno zwiędły, ale pamięć o nich została jak ślad po czymś, co miało znaczyć więcej, niż w rzeczywistości znaczyło. W pracy wszystko wróciło do pozornej normalności. Paweł unikał mojego wzroku, a ja nauczyłam się przechodzić obok niego tak, jakby był tylko kolejnym nazwiskiem na liście projektów.
Magda nie mówiła „a nie mówiłam”. Po prostu była. Czasem to wystarczało. Dopiero wtedy zaczęłam zauważać, jak bardzo byłam spragniona bycia czyjąś historią, nawet jeśli miała być tylko przypisem. Zrozumiałam, że nie zakochałam się w nim, tylko w wizji siebie widzianej jego oczami.
Najtrudniejsze było pogodzenie się z tym, że nikt mnie nie oszukał bardziej niż ja sama. Że każde przemilczenie było wyborem, a każde usprawiedliwienie cegiełką budującą złudzenie. Dziś wiem, że uwaga to nie to samo co miłość, a czyjeś niezdecydowanie nigdy nie powinno być moją nadzieją.
Nie czuję ulgi ani zwycięstwa. Jest raczej cicha zgoda na to, co było. Pierwszy krok bez złudzeń, za to z większą uważnością na siebie. I z obietnicą, że następnym razem nie pomylę przynęty z deklaracją.
Lena, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowie zapisali nam połowę domu po dziadkach. Wydaliśmy 120 tysięcy na remont, a oni chcieli wejść na gotowe”
- „Liczyłam na to, że 14 lutego ukochany wręczy mi wielki diament. Teraz zamiast walentynek, świętuję Dzień Singla”
- „2 dni przed walentynkami rozbolała mnie ósemka. Wróżka zębuszka zamiast 100 zł, przyniosła mi faceta ze snów”