Reklama

Nie wiem, czy to kwestia wieku, czy zwykłego matczynego przewrażliwienia, ale zależało mi na tej studniówce bardziej niż na własnym ślubie. Moja córka miała wyglądać jak księżniczka, czuć się wyjątkowo i zapamiętać ten wieczór na całe życie. Przez kilka tygodni żyłam tylko tym – przymiarki sukienki, rezerwacja fryzjera, ustalanie szczegółów z kosmetyczką. Nie zostawiłam niczego przypadkowi. Wszystko miało być idealne. Tak bardzo chciałam jej dać wspomnienia bez skazy. Niestety, nawet najlepszy plan może legnąć w gruzach, gdy w grę wchodzą młodzieńcze emocje i... nieodpowiedni chłopak.

Chciałam, żeby ten wieczór należał do niej

– I co sądzisz, mamo? – spytała mnie z niepewnością, wychodząc z przymierzalni w tej jasnozłotej sukience, którą pokazała mi tydzień wcześniej w internecie.

Była przepiękna. Moja mała dziewczynka, która jeszcze niedawno bawiła się w piaskownicy, teraz wyglądała jak dorosła kobieta. Wzruszyłam się, ale nie dałam tego po sobie poznać.

Wyglądasz zjawiskowo, kochanie – powiedziałam z uśmiechem. – W tej sukience nikt nie oderwie od ciebie wzroku.

I właśnie o to chodziło. Chciałam, żeby ten wieczór należał do niej. Żeby czuła się wyjątkowa, pewna siebie, podziwiana. Przecież nie co dzień ma się studniówkę, prawda? Zaczęłam organizować wszystko z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Pomagałam jej w wyborze dodatków, umawiałam fryzjerkę, zamawiałam kosmetyczkę do domu. W międzyczasie dorabiałam do drugiej w nocy, robiąc dodatkowe zlecenia zdalnie. Rezygnowałam z własnych przyjemności, żeby tylko niczego jej nie zabrakło. Nawet przekonałam męża, by dorzucił się więcej niż zwykle, bo „studniówka to raz w życiu”. I rzeczywiście — nie przewidziałam tylko, że tak łatwo może ją coś zepsuć.

Studniówka była dla mnie jak mały projekt

W moim domu zawsze byłam od organizacji. To ja ogarniałam święta, urodziny, wywiadówki. Nie miałam talentu do szybkich spontanicznych decyzji, ale jeśli chodziło o planowanie — byłam niezawodna. Studniówka była dla mnie jak mały projekt. Rozrysowany w zeszycie, z datami, kontaktami i budżetem. Sprawdziłam wszystko trzy razy. Sukienka gotowa i dopasowana u krawcowej, makijażystka potwierdziła termin, fryzjerka też. Kupiłam nowe buty, rajstopy na zmianę, nawet plastry na obtarcia. Nawet wzięłam wolne z pracy, żeby dopilnować każdego szczegółu.

– Jeszcze paznokcie! – przypomniałam jej a ona tylko przewróciła oczami.

– Mamo, nie spinaj się tak.

– Nie chcę, żebyś potem żałowała, że coś było nie tak.

– Wiem, wiem mamo, ty zawsze lubisz, jak wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Super, że mogę na ciebie liczyć.

Coś mi nie pasowało

Obserwowałam ją, jak dorasta. Z jednej strony cudownie było patrzeć na tę zmianę. Z drugiej – trochę bolało, że już tak rzadko prosi mnie o radę. Już nie ja byłam jej najbliższą osobą. Teraz to był ktoś inny. Jej chłopak. Starałam się go akceptować. Naprawdę. Ale jego spojrzenie, arogancki uśmieszek mówiły mi jedno: to się źle skończy.

Od początku nie robił na mnie dobrego wrażenia. Niby uprzejmy, niby kulturalny, ale coś mi nie pasowało. Znałam takich. Urokliwych cwaniaczków, którzy potrafili oczarować każde towarzystwo, a potem znikali w najgorszym możliwym momencie. Kiedy do nas przychodził, stał zwykle w progu, nonszalancko oparty o framugę, z rękami w kieszeniach i tą swoją niedbałą grzywką.

– Dzień dobry – mówił z tym swoim półuśmiechem. – Pani córka gotowa?

Nie podobało mi się, jakim tonem to mówił. Jakby nie chodziło o dziewczynę, tylko o przesyłkę z paczkomatu. Zwykle nie wchodził do środka, tylko czekał na tarasie z nosem w telefonie. Nie rozumiałam, co ona w nim widzi. Inteligentna, dobra dziewczyna, a on? Zamiast zabrać ją raz na kawę, wiecznie tylko jakieś wypady ze znajomymi, głośna muzyka i zdjęcia z samochodu wrzucane do mediów społecznościowych. Zresztą, odkąd się z nim związała, widywałyśmy się coraz mniej. Była bardziej nerwowa, częściej zamykała się w pokoju. Czułam, że coś jest nie tak. Matki to wiedzą. Ale co miałam zrobić? Wtrącać się i zagrać rolę tej, co „nic nie rozumie”? Wolałam milczeć. Do czasu.

Ten wieczór miał być jej

W dniu studniówki od rana w domu panowała ekscytacja. Wszystko kręciło się wokół niej. Moja córka nie mogła przestać się uśmiechać. Doradzałam jej przy makijażu, wygładzałam sukienkę, zerkałam na zegarek. Wszystko szło idealnie. Do momentu, kiedy zadzwonił jej telefon.

– Co jest? – rzuciła, odbierając.

Stałam obok, więc usłyszałam urywek rozmowy.

– Jak to…? No weź, nie rób sobie jaj. Teraz?!

Zbladła. Spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami, jakby właśnie obudziła się z pięknego snu.

On nie przyjedzie – powiedziała cicho.

– Co się stało? – spytałam, choć czułam już, że zaraz usłyszę coś, co mnie rozzłości.

– Powiedział tylko tyle, że coś mu wypadło.

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

– I co teraz będzie? – zapytała córka, a po chwili rozpłakała się na dobre.

Chwyciłam ją w ramiona, a serce mi pękało. Nie dlatego, że wszystko poszło na marne – suknia, fryzura, pieniądze. Tylko dlatego, że ten wieczór miał być jej. A teraz zamiast tańczyć, siedziała w łazience i ukrywała rozmazany tusz. Zadzwoniłam po taksówkę. W milczeniu pojechałyśmy na salę. Bez niego. Bez uśmiechu.

To nie jest takie proste

Siedziałam jeszcze chwilę w samochodzie, na wypadek, gdyby jednak się rozmyśliła. Nie chciałam wracać do domu, póki nie byłam pewna, że choć trochę jej przeszło. Napisała tylko smsa, żebym nie czekała. Kiedy wróciłam po nią, było już po północy. Wyszła z budynku z rozmazanym makijażem. Kiedy wsiadła, spojrzała na mnie.

– I jak, dobrze się bawiłaś? – zapytałam.

– Nie odpowiem ci teraz, mamo. Po prostu… nie pytaj.

Zamilkłam. Przez całą drogę nie odezwałyśmy się do siebie ani słowem. Gdy dotarłyśmy do domu, poszła prosto do pokoju i zatrzasnęła drzwi. Zostałam w kuchni, nalewając sobie herbaty, choć jej nie piłam. Siedziałam w ciszy i nie mogłam ukryć tego, jak bardzo byłam zła na tego chłopaka. Jednak moje przeczucia co do niego się sprawdziły. Następnego dnia usiadłyśmy przy stole. Popatrzyła na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Wiem, że go nie lubisz – powiedziała. – Ale ja nadal go kocham. I to nie jest takie proste.

Chciałam jej odpowiedzieć coś mądrego. Zamiast tego tylko kiwnęłam głową.

– Nie chcę być tą matką, która wszystko wie lepiej. Ale jeśli on cię znów zrani... nie będę stała z boku.

– Wiem – szepnęła.

Nie wszystko da się zaplanować

Minęło kilka tygodni. Znowu siedziałyśmy przy stole, ale tym razem śmiałyśmy się razem z jakiegoś głupiego filmiku w telefonie. Powoli wracała do siebie. Nie mówiła już o nim tak często. Nie wiem, czy zerwali. Nie dopytywałam. Zrozumiałam, że są rzeczy, które muszę zostawić jej samej. Może właśnie dlatego znowu zaczęła się przede mną otwierać.

Studniówka nie była taka, jaką planowałam. Miała być perfekcyjna, magiczna, niezapomniana. I chyba była — choć w zupełnie inny sposób. Zapamiętamy ją obie jako ten wieczór, który nauczył nas więcej niż setki rozmów. Ona poczuła rozczarowanie, z którym musiała się zmierzyć. A ja – że nie uratuję jej przed każdą porażką, choćbym stawała na rzęsach. Teraz już wiem: nie wszystko da się zaplanować. Ani przewidzieć. Można się starać, robić wszystko najlepiej jak się potrafi, a i tak życie wciśnie się gdzieś między linijki, zmieniając wszystko w ostatniej chwili. I może dobrze. Może właśnie wtedy uczymy się najwięcej.

– Dziękuję, mamo, że wtedy pojechałaś ze mną – powiedziała któregoś wieczoru. – Bez ciebie bym nie dała rady.

To ja ci dziękuję, córeczko.

Iwona, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama