„Po śmierci dziadka liczyłem na spory spadek. Zamiast milionów i działki, dostaliśmy enigmatyczną listę”
„Kiedy po powrocie z sanatorium umarł nasz dziadek Władysław, cała rodzina zjechała się do jego domu jak na komendę. Przez lata krążyły plotki, że dorobił się majątku jeszcze za PRL-u, że miał udziały w jakichś firmach, konta za granicą i sejf wypchany gotówką. Nikt tego nigdy nie potwierdził, ale też nikt nie zaprzeczał. To tylko rozbudziło nasz apetyt”.

- Redakcja
Dziadek był oszczędny, czasem wręcz skąpy, ale dom miał duży, jeździł nowym autem, a w szafach wisiały garnitury, których ceny znały tylko wybrane osoby. Kiedy przyszło do czytania testamentu, wszyscy byli przekonani, że czeka nas nowy rozdział w życiu. Wreszcie nie trzeba będzie żyć od pierwszego do pierwszego. Nikt nie spodziewał się tego, co usłyszeliśmy.
Złudne pozory bogactwa?
Dziadek mieszkał w starym, ale zadbanym domu na obrzeżach miasta. Miał ogrodnika, który przychodził dwa razy w tygodniu, i panią do sprzątania, która znała każdy zakamarek willi. W salonie wisiały obrazy, które – jak twierdziła ciocia Krystyna – mogły być warte fortunę. Sam dziadek nigdy nie mówił o pieniądzach, a jeśli już, to w sposób, który utrudniał ocenę, czy żartuje czy mówi prawdę. Mama twierdziła, że w młodości dziadek obracał nieruchomościami i „znał odpowiednich ludzi”. Co to dokładnie znaczyło – nikt nie wiedział.
Z zewnątrz wszystko wyglądało bogato: podjazd wyłożony kostką brukową, fontanna przy wejściu, w garażu dwa samochody – oba marki premium. Kiedyś podsłuchałem rozmowę ojca z wujkiem, w której padło, że dziadek musi mieć ze dwa miliony, jeśli nie więcej. Tata był przekonany, że część ukrył w złocie.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że nasze życie może naprawdę się zmienić. Dziadek przecież nie miał więcej dzieci poza naszymi rodzicami. Spadek miał trafić do nas. Wydawało się to oczywiste.
Rodzinne kalkulacje
Po pogrzebie usiedliśmy w salonie dziadka jak na zebraniu zarządu. Byli rodzice, ciotki, wujkowie, a nawet kuzyni, których nie widziałem od lat. Wszyscy z poważnymi minami, ale napięcie w powietrzu dało się ciąć nożem. Mecenas miał przyjechać z testamentem i wprowadzić nas w „ostatnią wolę zmarłego”. Słowa „ostatnia wola” brzmiały jak zaklęcie, które zaraz otworzy magiczne drzwi do bogactwa.
Rozmowy przed jego przyjazdem były pełne tajemniczości i aluzji. Wujek Mariusz pytał niby mimochodem, ile kosztuje utrzymanie takiego domu. Ciocia Irena rzuciła, że może trzeba go sprzedać i podzielić się pieniędzmi.
– Zresztą, po równo, jak dziadek chciał – dodała szybko.
Mama siedziała cicho, ale co chwilę spoglądała na zegarek. Znałem ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że w głowie już miała plan, jak spłacić kredyt, pomóc mi i siostrze, a może jeszcze coś odłożyć. Każdy z nas coś sobie wyobrażał. Sam myślałem o podróży do Japonii, o nowym komputerze, może o wynajęciu mieszkania w centrum. Mieliśmy po prostu dostać, co nam się należało. Drzwi otworzyły się punktualnie. Wszedł notariusz.
Wszystkich aż zatkało
Mecenas rozłożył papiery na stole z taką powagą, jakby miał ogłosić nominacje do Oscara. Nikt nie żartował, nie chrząkał, nawet wujek Mariusz wstrzymał się od komentarzy.
– Testament został sporządzony i podpisany w obecności dwóch świadków – zaczął notariusz. – Zgodnie z wolą pana Władysława...
Czekaliśmy z zapartym tchem.
– ...dom, działki oraz zgromadzone środki pieniężne zostają przekazane fundacji.
W pierwszej chwili myślałem, że źle usłyszałem. Spojrzałem na ojca, który właśnie otworzył usta, ale nie wydobył z nich dźwięku. Mama zbladła. Ciocia Irena wyglądała, jakby miała zemdleć.
– Jakiej fundacji? – zapytał ktoś z końca stołu. – To jakiś żart?
Mecenas kontynuował bez zająknięcia. Samochody – przekazane lokalnemu ośrodkowi pomocy społecznej. Kolekcja obrazów – do muzeum. Biżuteria i zegarki – na aukcję charytatywną. Dla rodziny dziadek zostawił... listę książek, które jego zdaniem powinniśmy przeczytać. I życzenie, byśmy nie roztrząsali jego decyzji. Nie było sejfu pełnego pieniędzy. Nie było milionów. Była za to cisza, której nikt nie potrafił przerwać.
Niewygodna prawda
Po odczytaniu testamentu rozeszliśmy się bez słowa. Tylko ciocia Irena próbowała jeszcze coś ugrać, dzwoniąc później do mecenasa z pytaniem, czy „na pewno wszystko zostało zgodnie z prawem zapisane”. Reszta milczała. Atmosfera, która wcześniej była napięta od oczekiwań, teraz przypominała nadmuchany balon, który właśnie pękł. Tata przez kilka dni nie mógł dojść do siebie. Chodził po domu w ciszy, jakby czegoś szukał. Mama raz powiedziała do niego:
– Może i dobrze, że nie zostawił nam tej kasy. Przynajmniej się nie pokłócimy.
On tylko pokiwał głową. Ja też czułem dziwne rozczarowanie. Z jednej strony byłem zły – na dziadka, na siebie, na wszystkich. Z drugiej... nie potrafiłem całkiem go potępić. Przez całe życie był człowiekiem, który robił wszystko po swojemu. Może ten testament był jego ostatnim „po swojemu”.
Zacząłem czytać książki z listy, którą nam zostawił. W pierwszej zakreślił długopisem jedno zdanie: „Człowiek ma tyle, ile da innym, nie ile zatrzyma dla siebie”. Może to był jego sposób na pokazanie, co naprawdę się liczy. Może chciał nam dać coś więcej niż pieniądze. Tylko nie takiego dziedzictwa się spodziewaliśmy.
To było cenniejsze
Minęły trzy miesiące, zanim rodzina znowu usiadła razem przy jednym stole. Tym razem bez oczekiwań, bez planów, bez ukrytych myśli. Spotkaliśmy się z okazji urodzin mamy, ale temat dziadka wrócił szybciej, niż się spodziewaliśmy.
– Czy ktoś z was był w tej fundacji? – zapytała nagle siostra. Wujek Mariusz tylko pokręcił głową. Wtedy postanowiłem, że tam pójdę.
Znalazłem budynek na obrzeżach miasta – stary, obdrapany, ale w środku tętniący życiem. Były więzień, który oprowadzał mnie po środku, powiedział:
– Ten wasz dziadek... to był porządny człowiek. Nie znałem go długo, ale zrobił więcej niż niektórzy przez całe życie.
Wróciłem stamtąd z dziwnym poczuciem spokoju. Jakby w końcu coś miało sens. Dziadek nie był świętym. Miał swoje wady, potrafił być oschły, czasem nieprzyjemny. Ale może właśnie dzięki temu, że nie próbował nikomu nic udowadniać, zostawił po sobie coś prawdziwego. Nie zostaliśmy milionerami. Nie spłaciliśmy kredytów ani nie pojechaliśmy na egzotyczne wakacje. Zamiast tego dostaliśmy lekcję. Może najcenniejszą z możliwych.
Filip, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teść pogardził niedzielnym obiadem, bo wolał gapić się w pudło. Wielki pan dyrektor ostatni raz tak mnie potraktował”
- „Dziadek przy obiedzie wyjawił nam swoje dawne żale. Nikt nie przewidział, że zwykły rosół wywoła lawinę wspomnień”
- „Zawsze udawałam, że w naszej rodzinie wszystko gra. Pękłam po słowach dziadka rzuconych przy obiedzie”