„Dziadek żałował mi pieniędzy na biznes, a gdy odniosłem sukces, twierdził, że to jego zasługa. Żałosne”
„Zrozumiałem, że jakakolwiek konfrontacja nie ma sensu. On nigdy nie przyzna, że się mylił. Jeśli teraz wybuchnę, zrobię z siebie niewdzięcznego wnuka, furiata, który nie szanuje starszych. On odwróci kota ogonem, a ja wyjdę na tego złego”.

- Redakcja
Przez lata słyszałem, że jestem marzycielem, a mój pomysł na życie to fanaberia, która zaprowadzi mnie na dno. Kiedy z drżącymi rękami prosiłem dziadka Tadka o pożyczkę na start, usłyszałem wykład o ciężkiej pracy, który brzmiał jak wyrok. Musiałem zacisnąć zęby, pracować po szesnaście godzin na dobę, żeby dopiąć swego. A teraz? Teraz stoję z boku i słucham, jak ten sam człowiek, który rzucał mi kłody pod nogi, opowiada rodzinie, że mój sukces to efekt jego genialnej strategii wychowawczej. I czuję tylko niesmak.
Upokorzył mnie
Pamiętam ten dzień dokładnie, chociaż minęły już cztery lata. Powietrze w salonie dziadka pachniało pastą do podłóg i duszonym mięsem. To był ten rodzaj zapachu, który od dziecka kojarzył mi się z koniecznością bycia posłusznym, cichym i ułożonym. Dziadek siedział w swoim fotelu, który wyglądał jak tron, z którego zarządzał całym rodzinnym imperium. Nie był to może majątek na miarę listy najbogatszych Polaków, ale w naszej małej społeczności dziadek uchodził za człowieka zamożnego, wpływowego i, co najważniejsze, nieomylnego. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat, głowę pełną pomysłów i biznesplan, nad którym ślęczałem przez ostatnie pół roku. Chciałem otworzyć pracownię renowacji klasycznego sprzętu audio. Wiedziałem, że to nisza, ale rynek wracał do winyli, do analogowego brzmienia, a ja miałem do tego rękę. Brakowało mi tylko jednego: kapitału na profesjonalne narzędzia i wynajem małego lokalu, bo w piwnicy rodziców przestałem się mieścić. Przygotowałem się do tej rozmowy jak do obrony pracy magisterskiej. Miałem wyliczenia, prognozy, nawet zdjęcia moich dotychczasowych realizacji. Kiedy po obiedzie, czułem, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł.
Wysłuchał mnie z kamienną twarzą. Nie przerwał ani razu, co początkowo wziąłem za dobrą monetę. Kiedy skończyłem i z nadzieją położyłem przed nim teczkę z dokumentami, on nawet do niej nie zajrzał. Odsunął ją jednym palcem, jakby była czymś brudnym.
– Posłuchaj mnie uważnie – powiedział tym swoim niskim, nieznoszącym sprzeciwu tonem. – To, co mi tu przedstawiasz, to nie jest biznes. To jest zabawa dużego chłopca. Dłubanie w starych gratach to hobby, a nie sposób na utrzymanie rodziny.
Próbowałem protestować, tłumaczyć, że mam już pierwszych klientów, że to rosnący rynek. Dziadek uderzył dłonią w podłokietnik fotela.
– Dość – uciął. – Nie dam ci ani grosza. I wiesz dlaczego? Bo bym cię skrzywdził. Pieniądze trzeba szanować, a ty byś je przepuścił na te swoje fanaberie w miesiąc. Chcesz być mężczyzną? To idź do normalnej pracy. W fabryce szukają magazynierów. Popracuj rok, dwa, zobacz, jak smakuje prawdziwy chleb, to ci przejdą te artystyczne bzdury.
Wyszedłem stamtąd upokorzony jak nigdy w życiu. Czułem na sobie wzrok matki, która chciała mnie pocieszyć, ale bała się odezwać słowem przy ojcu. Wróciłem do domu, rzuciłem teczkę w kąt i przez dwie godziny gapiłem się w sufit. Obiecałem sobie, że choćbym miał paść ze zmęczenia, udowodnię mu, jak bardzo się mylił. Bez jego łaski.
Gryzłem się w język
Przez kolejne dwa lata moje życie przypominało poligon. Nie posłuchałem rady o magazynie, ale zatrudniłem się na dwóch etatach. W dzień pracowałem w serwisie komputerowym, użerając się z roszczeniowymi klientami, a wieczorami i w weekendy dorabiałem jako dostawca jedzenia. Każdą wolną chwilę, często kosztem snu, poświęcałem na renowację sprzętu w ciasnej komórce lokatorskiej, którą wynająłem za grosze w starym bloku na obrzeżach miasta. Moja dziewczyna była jedyną osobą, która we mnie wierzyła, chociaż widziałem, że i ona ma chwile zwątpienia. Bywało, że zasypiałem na stojąco. Nie chodziliśmy do kina, nie jeździliśmy na wakacje. Każda złotówka lądowała w słoiku z napisem „Warsztat”. Najgorsze były spotkania rodzinne. Dziadek zawsze pytał z tą swoją fałszywą troską:
– I jak tam? Znalazłeś już poważne zajęcie, czy dalej bawisz się w śmieciarza?.
Czerwieniałem ze złości, ale milczałem. Matka patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem, prosząc bez słów, bym nie robił scen. Więc gryzłem się w język i odpowiadałem, że wszystko w porządku. Pamiętam moment zwrotny. To był listopad, szaruga za oknem, a ja siedziałem nad unikatowym aparatem z lat siedemdziesiątych. Klient, kolekcjoner z Berlina, zaryzykował i powierzył mi sprzęt warty tyle, co mój roczny dochód. Jeśli bym to zepsuł, byłbym skończony. Ręce mi drżały, oczy piekły od oparów, a w głowie słyszałem głos dziadka: To zabawa dużego chłopca.
Kiedy podłączyłem głośniki i usłyszałem ten ciepły, głęboki dźwięk, wiedziałem, że wygrałem. Klient był zachwycony. Wystawił mi taką opinię, że moja skrzynka mailowa eksplodowała. W ciągu tygodnia miałem zamówienia na pół roku do przodu. Zwolniłem się z serwisu. Rzuciłem dostawianie pizzy. Wynająłem prawdziwy lokal w centrum. Nazwałem firmę Analogowa Dusza. A po trzech latach od tamtej rozmowy w salonie dziadka, zatrudniałem już dwóch pracowników i udzielałem wywiadu do prestiżowego magazynu o designie.
Czułem się pewnie
Wiedziałem, że wieść o moim sukcesie dotrze do rodziny, ale nie wiedziałem, jak to zostanie odebrane. Matka zadzwoniła do mnie, gdy tylko zobaczyła artykuł w internecie. Ojciec, który zazwyczaj stał z boku, przyjechał do pracowni, rozejrzał się po regałach pełnych lśniącego sprzętu, poklepał mnie po ramieniu i powiedział:
– Dobra robota, synu.
To znaczyło dla mnie więcej niż tysiąc słów. Tylko dziadek milczał. Nie zadzwonił, nie przyszedł. Myślałem, że po prostu nie może przełknąć swojej pomyłki. Że jego duma nie pozwala mu przyznać, że ten marzyciel jednak miał rację. Naiwnie sądziłem, że unika tematu ze wstydu. Jak bardzo się myliłem, zrozumiałem dopiero podczas 70. urodzin ciotki Danuty. To była duża impreza w wynajętej sali bankietowej. Cała rodzina, kuzynostwo, którego nie widziałem latami, przyjaciele domu. Czułem się pewnie. Miałem na sobie dobrze skrojony garnitur, przyjechałem własnym, dobrym samochodem, a u mojego boku stała Ewelina, która wyglądała przepięknie. Nie byłem już tym chłopcem w wytartych jeansach, proszącym o jałmużnę. Byłem przedsiębiorcą. Atmosfera była luźna, rozmowy toczyły się gwarno przy suto zastawionych stołach. W pewnym momencie wujek Stefan, brat mojej mamy, stuknął widelcem w szklankę, prosząc o ciszę. Chciał wznieść toast za jubilatkę. Po standardowych życzeniach rozmowa zeszła na tematy ogólne, aż ktoś z dalszej rodziny zapytał głośno:
– A słyszałem, że w rodzinie mamy teraz celebrytę! Adrian, widziałem ten tekst w gazecie. Niesamowita sprawa, gratulacje! Kto by pomyślał, że na starych radiach można zrobić taki interes.
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Uśmiechnąłem się skromnie i podziękowałem. I wtedy głos zabrał dziadek.
– Tak, tak – powiedział donośnie, rozglądając się po sali. – Adrian to nasza duma. Powiem wam, że to nie przyszło łatwo. Pamiętam, jak przyszedł do mnie parę lat temu. Był zielony, bujał w obłokach. Chciał gotowiznę na tacy.
Zamarłem. Ewelina ścisnęła moją rękę pod obrusem. Co on wygaduje?
– Mogłem mu wtedy dać te pieniądze – ciągnął dziadek, delektując się uwagą wszystkich zgromadzonych. – Dla mnie to nie byłby problem, wiecie o tym. Jednak pomyślałem sobie: nie. Jeśli mu dam, to go zepsuję. Zmarnuje talent. Musi poczuć, co to znaczy walczyć. Musi ukształtować charakter.
W sali zapadła cisza. Ludzie kiwali głowami z uznaniem, patrząc na dziadka jak na mędrca.
– Zastosowałem, można powiedzieć, terapię szokową – zaśmiał się. – Odmówiłem mu celowo. Wiedziałem, że jeśli ma w sobie tę iskrę, to sobie poradzi. Że ta złość na dziadka go napędzi. I co? I miałem rację! To, że dzisiaj Adrian odnosi sukcesy, to dowód na to, że moja metoda wychowawcza działa. Czasem trzeba być twardym, żeby kogoś zmotywować. W pewnym sensie ten biznes to nasza wspólna zasługa. Mój wkład to ta lekcja życia, której mu udzieliłem.
Poczułem, jak krew uderza mi do głowy. Serce waliło mi jak młot. Patrzyłem na niego i nie wierzyłem własnym uszom. Dziadek przypisywał sobie autorstwo mojego sukcesu? To było tak absurdalne, tak bezczelne, że przez chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Widziałem aprobatę w oczach ciotek i wujków.
– Brawo, Tadeusz to zawsze ma rację – szeptali.
Zrobili z niego bohatera mojej historii. Architekta mojego losu.
Zacisnąłem szczękę
Chciałem wstać, krzyknąć, że to kłamstwo. Że nie było w tym żadnej strategii, tylko zwykła pogarda i skąpstwo. Że gdyby to zależało od niego, do dziś przerzucałbym palety w magazynie, nieszczęśliwy i niespełniony. Chciałem zapytać, gdzie była jego „metoda wychowawcza”, gdy nie miałem na czynsz, a on nawet nie zadzwonił z życzeniami na święta. Już otwierałem usta, już brałem oddech, by zburzyć ten pomnik, który sobie właśnie postawił, ale spojrzałem na moją mamę. Siedziała naprzeciwko, blada jak ściana. Zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż zabolały mnie zęby. Spojrzałem na dziadka. Był z siebie taki zadowolony. Promieniał. Wierzył w to, co mówił. On naprawdę przepisał historię w swojej głowie tak, by pasowała do jego wizji świata, w której on zawsze ma rację i zawsze jest sprawcą wszystkiego, co dobre.
To była chwila prawdy. Zrozumiałem, że jakakolwiek konfrontacja nie ma sensu. On nigdy nie przyzna, że się mylił. Jeśli teraz wybuchnę, zrobię z siebie niewdzięcznego wnuka, furiata, który nie szanuje starszych. On odwróci kota ogonem, a ja wyjdę na tego złego. Jego narcyzm był pancerzem nie do przebicia. Wziąłem głęboki oddech, upiłem łyk wody i spojrzałem mu prosto w oczy.
– To ciekawe, dziadku, jak pamięć potrafi płatać figle – powiedziałem spokojnie, choć głos mi lekko drżał. – Ja zapamiętałem to inaczej. Zapamiętałem, że uważałeś mój pomysł za głupotę i stratę czasu. Może masz rację w jednym. Twoja odmowa mnie zmotywowała. Dzięki niej wiem, że wszystko, co mam, zawdzięczam wyłącznie sobie i Ewelinie. I nikt, absolutnie nikt, nie może sobie rościć praw do mojej pracy.
W sali zapanowała lekka konsternacja. Mój ton był uprzejmy, ale słowa cięły jak brzytwa. Dziadek zmrużył oczy. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Wiedział, że ja wiem. I wiedział, że nie dam się wciągnąć w jego grę, ale też nie pozwolę mu całkowicie zawłaszczyć mojej historii.
– No cóż... – odchrząknął, nieco zbity z tropu, ale szybko odzyskał rezon. – Ważny jest efekt, Adrianie. Ważny jest efekt.
Odwróciłem wzrok. Nie było sensu ciągnąć tego dalej. Reszta wieczoru minęła mi jak we mgle. Odpowiadałem na pytania, uśmiechałem się do zdjęć, ale w środku czułem żal.
Nie potrzebuję jego uznania
Od tamtej imprezy minęło kilka miesięcy. Moja firma rozwija się świetnie, planujemy otwarcie filii w innym mieście. Z dziadkiem widuję się rzadko, tylko przy okazji największych świąt. Nasze relacje są chłodne, oficjalne. Czasami dochodzą mnie słuchy, jak bardzo jest dumny ze swojej pedagogicznej intuicji. Początkowo mnie to denerwowało. Budziłem się w nocy z poczuciem niesprawiedliwości. Jak on śmie? Jak może być tak obłudny? Jednak z czasem przyszło zrozumienie. Jego zachowanie było po prostu żałosne. To próba podpięcia się pod cudzy sukces przez człowieka, który w głębi duszy boi się, że jego czas i znaczenie przemijają.
Dziadek potrzebuje wierzyć, że wciąż pociąga za sznurki, że to on kreuje rzeczywistość. Prawda jest jednak taka, że świat poszedł do przodu, a on został w swoim fotelu, w salonie pachnącym przeszłością. Nie potrzebuję jego uznania. Nie potrzebuję, żeby przyznał mi rację. Największą satysfakcją jest dla mnie moment, w którym wchodzę do mojego warsztatu, włączam lampę nad stołem roboczym i wiem, że każda śrubka, każdy kabel i każdy metr kwadratowy tej przestrzeni został opłacony moim potem, a nie jego pieniędzmi. To jest moja wolność. I tego nikt, nawet on, mi nie odbierze. Kiedyś myślałem, że sukces mierzy się stanem konta. Dziś wiem, że sukces to niezależność.
Adrian, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam na to, że 14 lutego ukochany wręczy mi wielki diament. Teraz zamiast walentynek, świętuję Dzień Singla”
- „W ferie jestem na każde zawołanie teściowej. Ona żyje jak pączek w maśle, bo ja piorę, gotuję i sprzątam”
- „Teściowie zapisali nam połowę domu po dziadkach. Wydaliśmy 120 tysięcy na remont, a oni chcieli wejść na gotowe”