Reklama

Wszystko zaczęło się od tego dębowego stołu. Stał w jadalni od czterdziestu lat, ciężki, masywny, z blatem porysowanym przez kolejne pokolenia. Pamiętam, jak mój mąż, nieżyjący już od dekady Janusz, wnosił go z sąsiadem, klnąc pod nosem na jego ciężar. Ten stół był sercem domu.

Zarządzali moim domem

Była niedziela, typowe popołudnie, które zazwyczaj spędzałam w kuchni, kursując między piekarnikiem a jadalnią. Moja córka Agata siedziała z nosem w telefonie, od czasu do czasu rzucając uwagi do swoich dzieci, które biegały wokół z wrzaskiem, brudząc czekoladą kremowe obicia krzeseł. Mój syn Tomek stał przy oknie i głośno rozmawiał o jakichś inwestycjach, kompletnie ignorując fakt, że właśnie wniosłam wazę z zupą.

– Mamo – rzucił nagle, nawet się nie odwracając. – Te ramy okienne są do wymiany. Wieje jak w kieleckim. Jak będziemy tu robić remont generalny, to trzeba będzie pomyśleć o plastikach w kolorze orzecha.

Zastygłam z łyżką w dłoni. Jak „będziemy”? Przecież ja tu mieszkałam. Ja dbałam o te drewniane okna, konserwowałam je co roku przed zimą.

– Nie planuję remontu – powiedziałam, nalewając rosół. – Lubię te okna. Mają duszę.

Tomek parsknął śmiechem, siadając do stołu.

– Duszę to one wypuszczają na zewnątrz razem z ciepłem. Nie opłaca się. Zresztą, jak Agata przejmie górę, a ja dół, to i tak zrobimy po swojemu. Prawda, młoda?

Dzielili się spadkiem

Agata oderwała wzrok od ekranu, przeżuwając kawałek chleba.

– No jasne. Ja już nawet mam projekt. Tę ścianę działową między kuchnią a salonem trzeba wyburzyć. Jest niefunkcjonalna. I te meblościanki, mamo… z całym szacunkiem, ale to muzeum. Wszystko pójdzie na śmietnik.

Siedziałam tam, patrząc na nich, a w mojej piersi rosła wielka, zimna kula lodu. Oni nie rozmawiali o przyszłości po mojej śmierci. Oni rozmawiali o tym domu tak, jakbym ja już w nim nie istniała. Jakbym była tylko tymczasowym administratorem, który zajmuje cenną przestrzeń. Moje pamiątki, moje wybory, moje życie – dla nich to były tylko śmieci do wywiezienia.

Tego dnia zupa smakowała mi jak woda z solą. Patrzyłam na moje wnuki, które nawet nie podeszły, żeby się przywitać, zajęte grami na tabletach. Patrzyłam na moje dorosłe dzieci, które dzieliły skórę na niedźwiedziu, podczas gdy niedźwiedź wciąż oddychał, gotował i sprzątał po nich brudne talerze.

Przez kolejne miesiące zaczęłam testować rzeczywistość. Przestałam dzwonić pierwsza. Efekt? Telefon milczał tygodniami. Odzywali się tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowali. Agata dzwoniła, gdy jej opiekunka zachorowała i musiała „podrzucić” dzieciaki. Tomek dzwonił, gdy potrzebował pożyczyć pieniądze na ratę leasingu, bo kontrahent spóźniał się z przelewem. Nigdy nie oddawał. Traktowali moją emeryturę i oszczędności Janusza jak wspólne konto, do którego zapomnieli PIN-u, ale ja byłam żywym bankomatem.

Wpadłam na pomysł

Dom o powierzchni trzystu metrów kwadratowych stał się moim więzieniem. Każdy pokój przypominał mi o samotności. Ogrzewanie pochłaniało fortunę, sprzątanie zajmowało mi dwa dni, a ogród, niegdyś moja duma, teraz zarastał, bo moje stawy odmawiały posłuszeństwa przy plewieniu.

Pewnego wieczoru, szukając dokumentów, natknęłam się na stary album ze zdjęciami. Była tam fotografia z naszej jedynej zagranicznej wycieczki z Januszem. Włochy, lata dziewięćdziesiąte. Stoimy w Syrakuzach, na Sycylii, opaleni, uśmiechnięci, z lodami w dłoniach. Pamiętam, co wtedy powiedział mi mąż: „Stefciu, kiedyś tu zamieszkamy. Kupimy mały domek z widokiem na morze, będziemy jeść pomarańcze prosto z drzewa i niczym się nie martwić”.

Rozpłakałam się. Janusz nie dożył tej emerytury. Harował na ten wielki dom, który teraz stał się kością niezgody i obiektem kalkulacji naszych dzieci. Spełnialiśmy marzenia o stabilizacji, budując mury, które teraz mnie przytłaczały.

Wtedy w mojej głowie zakiełkowała myśl. Szalona, wręcz heretycka. A gdyby tak przestać czekać na koniec? A gdyby tak zrealizować ten plan samej? Spojrzałam na ściany, które Agata chciała burzyć. Na okna, które Tomasz chciał wymieniać. To nie był już mój dom. To był ich przyszły łup. A ja nie chciałam być kustoszem w muzeum własnego życia.

Nie powiedziałam im

Sprzedaż domu w tajemnicy przed własną rodziną to operacja logistyczna wymagająca precyzji sapera. Wiedziałam, że jeśli dowiedzą się o moich planach, rozpęta się piekło. Zrobią ze mnie osobę niepoczytalną, ubezwłasnowolnią albo wpędzą w takie poczucie winy, że wycofam się rakiem.

Znalazłam agentkę nieruchomości z innego miasta. Spotykałyśmy się w kawiarniach, z dala od wścibskich oczu sąsiadów. Pani Iwona była kobietą konkretną i dyskretną. Kiedy wyjaśniłam jej sytuację, popatrzyła na mnie znad okularów z dziwnym rodzajem szacunku.

– Rozumiem panią, pani Stefanio. To pani własność, pani praca i pani prawo. Zrobimy to tak, żeby nikt się nie zorientował.

Oferta była promowana dyskretnie, trafiała tylko do zweryfikowanych klientów. Oglądanie domu odbywało się w godzinach, kiedy wiedziałam, że Agata jest w pracy, a Tomek na spotkaniach. Serce waliło mi jak młot za każdym razem, gdy obcy ludzie chodzili po moich pokojach, oceniali parkiety i zaglądali do szaf. Czułam się jak zdrajca, ale jednocześnie z każdą wizytą czułam dziwną lekkość. Jakbym zrzucała z pleców ciężki plecak.

Musiałam się ukrywać

Najtrudniejsze było pozbywanie się rzeczy. Nie mogłam zamówić kontenera i wyrzucić wszystkiego naraz. Wynosiłam rzeczy partiami. Stare ubrania do kontenerów PCK, książki do biblioteki, bibeloty rozdawałam po znajomych w odległych dzielnicach. Pewnego razu Agata wpadła niezapowiedziana. Byłam w trakcie pakowania porcelany do kartonów, które planowałam wysłać do antykwariatu.

– Co ty robisz, mamo? – zapytała, stając w drzwiach z podejrzliwym wyrazem twarzy.

Zamarłam. Ręce mi drżały, gdy odkładałam filiżankę.

– Robię porządki, kochanie. Tyle się tego kurzu zbiera, chcę schować to, czego nie używam, na strych – skłamałam gładko, choć w środku cała dygotałam.

– Tylko nie wyrzucaj tych figurek z Ćmielowa – rzuciła, nawet nie patrząc na to, co pakuję. – Sprawdzałam w internecie, są warte fortunę. Jak będziemy urządzać salon, mogą się przydać jako vintage dodatki albo je sprzedamy na wakacje.

„Sprzedamy”. Liczba mnoga. To słowo utwierdziło mnie w przekonaniu, że robię dobrze. Nie miałam już wątpliwości.

Sprzedałam dom

Kupiec znalazł się szybciej, niż myślałam. Młode małżeństwo, zakochane w ogrodzie i w tych nieszczęsnych drewnianych oknach. Byli zachwyceni domem takim, jaki jest. To mi dało spokój. Wiedziałam, że dom trafi w dobre ręce, a nie zostanie przerobiony na nowoczesny, bezduszny klocek, o jakim marzyły moje dzieci.

Dzień podpisania aktu notarialnego był surrealistyczny. Kiedy notariusz czytał kolejne paragrafy, czułam, jak odcinam pępowinę łączącą mnie z przeszłością. Przelew na moje konto został zlecony. Kwota była oszałamiająca. Wystarczająca, by kupić mały domek na południu Europy i żyć godnie przez kolejnych dwadzieścia lat, nie licząc każdego grosza.

Nie powiedziałam dzieciom. Wiedziałam, że to tchórzostwo, ale wiedziałam też, że każda konfrontacja skończyłaby się szantażem emocjonalnym. Zamiast tego metodycznie doprowadziłam plan do końca. Kupiłam bilet lotniczy. Wynajęłam firmę, która miała zabrać tylko moje osobiste rzeczy – ubrania, zdjęcia, pamiątki po Januszu – i przewieźć je bezpośrednio do magazynu we Włoszech.

Zrealizowałam swoje marzenie

Ostatniego dnia przeszłam się po pustym domu. Echo moich kroków odbijało się od ścian. Zostawiłam większość mebli – nowi właściciele chcieli je kupić. Zostawiłam ten dębowy stół. Niech służy nowej rodzinie, niech przy nim toczą się rozmowy pełne szacunku i miłości, a nie roszczeń.

Na kuchennym blacie zostawiłam dwa listy. Jeden do Agaty, drugi do Tomka. Nie tłumaczyłam się w nich. Napisałam tylko, że ich kocham, ale muszę wreszcie zacząć żyć dla siebie. Że dom został sprzedany, a pieniądze są moim zabezpieczeniem na starość, bym nigdy nie była dla nich ciężarem. Naiwnie myślałam, że może to zrozumieją. Że może docenią fakt, iż nie spadnę im na głowę jako niedołężna staruszka wymagająca opieki.

Zamknęłam drzwi po raz ostatni i wsiadłam do taksówki. Nie obejrzałam się za siebie. Kierunek: lotnisko. Kierunek: Sycylia. Pierwsze dni we Włoszech były jak sen. Zamieszkałam w małym miasteczku, w wynajętym na początek mieszkaniu z tarasem wychodzącym na wąską, brukowaną uliczkę, która prowadziła wprost do morza. Zapach cytryn, gwar rozmów, ciepło kamieni pod stopami – to wszystko koiło moje zszargane nerwy.

Urządzili awanturę

Burza rozpętała się w sobotę. Wiedziałam, że to nastąpi. Telefon zadzwonił, gdy piłam poranne espresso w lokalnej kawiarni. Wyświetliło się zdjęcie córki. Wzięłam głęboki oddech i odebrałam.

– Co to ma znaczyć?! – wrzask Agaty był tak głośny, że musiałam odsunąć słuchawkę od ucha. Kelner spojrzał na mnie z zaciekawieniem. – Mamo! Jacyś ludzie są w naszym domu! Mówią, że go kupili! Czy ci odbiło?! Gdzie ty jesteś?!

– Jestem za granicą, Agatko – powiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak szalone. – Dom sprzedałam. Jestem właścicielką swoich decyzji.

– Sprzedałaś?! – teraz dołączył się Tomek, musiał być obok i słuchać na głośnomówiącym. – Jak mogłaś to zrobić bez konsultacji z nami? To był nasz dom! Nasza ojcowizna! Oszukałaś nas!

– To był mój dom i waszego ojca – poprawiłam go. – Wy macie swoje mieszkania.

– Ale te pieniądze! – krzyczał Tomasz. – Mieliśmy plany! Agata chciała otwierać firmę, ja mam kredyt we frankach! Jak mogłaś być taką egoistką? Myślałaś tylko o sobie! A wnuki? Zabrałaś spadek swoim wnukom! Jesteś bezduszna!

Myśleli tylko o sobie

Słuchałam tego potoku oskarżeń i czułam, jak ostatnie nitki przywiązania pękają. Nie zapytali, czy jestem bezpieczna. Nie zapytali, jak się czuję, dlaczego to zrobiłam. Pytali o pieniądze. Krzyczeli o straconych aktywach. Dla nich nie byłam matką, która wyjechała. Byłam bankiem, który ogłosił upadłość.

– Właśnie dlatego to zrobiłam – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Bo martwicie się o cegły i konta, a nie o mnie. Chcę spędzić resztę życia w spokoju, a nie jako darmowa siła robocza i bankomat. Nie dzwonicie, żeby zapytać, co u mnie. Dzwonicie, kiedy czegoś chcecie. Teraz już nic nie mam do dania, więc możecie przestać dzwonić.

Rozłączyłam się. Potem wyłączyłam telefon. Ręce mi się trzęsły, łzy płynęły po policzkach, kapiąc do kawy. Ale czułam też coś innego. Wolność. Straszną, bolesną, ale prawdziwą wolność.

Minęło półtora roku. Przez pierwsze miesiące próbowali się dobijać. Dostawałam wiadomości pełne jadu, potem pełne fałszywej troski („Mamo, wracaj, martwimy się, unieważnimy transakcję, na pewno cię oszukali”), a na końcu groźby prawne. Zmieniłam numer telefonu. Zostawiłam kontakt tylko jednej kuzynce, która jako jedyna w rodzinie powiedziała mi: „Brawo, Stefcia”.

Spełniłam marzenia

Kupiłam ten wymarzony mały domek. Nie jest duży – dwie sypialnie, jasna kuchnia i taras opleciony bugenwillą. Ale jest mój. I nikt w nim nie czeka na moją śmierć, żeby go przejąć. Nauczyłam się włoskiego. Może nie mówię perfekcyjnie, kaleczę gramatykę, ale dogaduję się ze wszystkimi. Sąsiadka, Maria, nauczyła mnie robić prawdziwą parmiggianę. Jej syn, Marco, pomaga mi wnosić zakupy i nigdy nie prosi o pieniądze, choć zawsze wciskam mu kilka euro albo ciasto.

Tutaj, wśród obcych ludzi, znalazłam więcej ciepła i bezinteresownej życzliwości niż we własnym domu przez ostatnie dziesięć lat. Czasami, zwłaszcza w święta, dopada mnie tęsknota. Tęsknię za wnukami. Mam ich zdjęcia w ramkach, ale wiem, że Agata i Tomek pewnie opowiadają im o mnie niestworzone historie. Że babcia zwariowała, że uciekła, że ich okradła. To boli. To rana, która nigdy się do końca nie zagoi.

Ale potem przypominam sobie tamtą niedzielę, tamte rozmowy o wymianie okien i burzeniu ścian, i wiem, że gdybym została, umarłabym ze smutku na długo przed śmiercią fizyczną. Wybrałam życie. Wybrałam siebie. Może to egoizm, jak twierdzą moje dzieci. Ale jeśli cena za bycie „dobrą matką” to pozwolenie na bycie traktowaną jak przedmiot, to wolę być tą złą, egoistyczną Stefanią, która pije wino na sycylijskim tarasie i uśmiecha się do słońca.

Stefania, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama