„Dzieci mnie lekceważą, bo mąż sobie kpi z moich zasad. Nie pozwolę, by traktował nasze dzieci jak kumpli z podwórka”
„Mam 2 dzieci i męża, który uważa, że wychowanie to żarty, zabawa i święty spokój. A ja wierzę w to, że dzieci potrzebują zasad, żeby czuć się bezpiecznie. Coraz częściej czuję się z tym sama. Jakby moje słowo znaczyło mniej niż jego machnięcie ręką. Marek robi z siebie ich kumpla, a ze mnie wroga”.

- Redakcja
Nie wiem, kiedy zaczęłam być „tą złą” w naszym domu. Może wtedy, gdy Jasiek przestał mnie słuchać, bo „tata pozwolił”, albo gdy Klara rzuciła obiadem, mówiąc, że woli chipsy, które Marek jej kupił. Mam dwójkę dzieci i męża, który uważa, że wychowanie to żarty, zabawa i „święty spokój”. A ja? Ja wierzę w granice. W to, że dzieci potrzebują zasad, żeby czuć się bezpiecznie. Ale coraz częściej czuję się z tym sama. Jakby moje „nie” brzmiało ciszej niż jego „daj spokój”. Marek robi z siebie ich kumpla, a ze mnie — komandosa.
– Klaro, obiad stygnie! – zawołałam z kuchni.
– Tata mówił, że mogę najpierw zjeść chipsy! – odpowiedziała z kanapy, nawet nie odrywając wzroku od tabletu.
– Marek?! – warknęłam przez zaciśnięte zęby.
– Po co się tak spinasz, Anka? To tylko dzieci – wszedł do kuchni z tym swoim rozbrajającym uśmiechem.
Czasem myślę, że jesteśmy jak dwa różne światy. A nasze dzieci utknęły gdzieś pośrodku. I boję się, że przegrywam tę walkę. Że w tej rodzinie już nikt mnie nie słucha.
Mąż robił ze mnie idiotkę
Była środa. Po pracy wpadłam do domu, jak zwykle z siatkami, po drodze odebrałam Klarę z baletu. Jasiek siedział w pokoju z konsolą w dłoniach, z nosem w ekranie. Obiad już stygł na stole, a ja, jak idiotka, wołałam trzeci raz.
– Jasiek, lekcje zrobione? – zapytałam, wchodząc do jego pokoju.
– Jeszcze nie, potem zrobię. Tata mówił, że mogę pograć – odpowiedział, nie odrywając wzroku od gry.
– Co?! – uniosłam głos. – Przecież ustaliliśmy, że najpierw obowiązki, potem zabawa!
– Ale tata mówił, że dziś może być wyjątek.
Wybuchłam dopiero wieczorem, kiedy Marek rozsiadł się na kanapie z pilotem w dłoni.
– Ty w ogóle wiesz, że Jasiek znowu nie zrobił lekcji? – zapytałam, stając przed nim.
– Boże, Anka, daj mu trochę luzu! Chłopak miał ciężki dzień.
– Ciężki dzień?! Siedział w domu i grał! I oczywiście, że miał luz, bo ty jesteś tym fajnym tatusiem, a ja znów wyszłam na zołzę.
– Ty ich nie wychowujesz, ty ich tresujesz – burknął, nawet nie podnosząc wzroku.
– A ty co? Zabawiasz ich jak pajac, byle cię lubili?
– Przynajmniej nie robię z domu koszar!
– Nie widzisz, że oni mnie przestają szanować? Jasiek się ze mnie śmieje, Klara mnie ignoruje. A ty? Ty ich tylko w tym utwierdzasz.
Spojrzał na mnie bez złości, ale z politowaniem. Jakbym przesadzała.
– To może powinnaś wyluzować. Nie wszystko trzeba kontrolować, Anka.
W tamtym momencie zrozumiałam, że jesteśmy po dwóch stronach barykady. I że on nawet nie zamierza do mnie dołączyć.
Bałam się, że straciłam dzieci
Następnego dnia usiadłam z nimi przy stole. Bez krzyków, bez złości. Po prostu chciałam porozmawiać. Zrozumieć.
– Jasiek, Klara, powiedzcie mi... dlaczego mnie nie słuchacie? – zapytałam spokojnie, wpatrując się w ich twarze.
Jasiek wzruszył ramionami i spojrzał gdzieś w bok. Klara zaczęła bawić się kosmykiem włosów.
– No bo... ty ciągle każesz – burknął Jasiek.
– A tata? – zapytałam. – Jego słuchacie?
– On się śmieje, robi z nami żarty. Nie marudzi, nie krzyczy – powiedziała Klara. – I nie każe mi sprzątać pokoju codziennie.
Zabolało. Jakby wbili mi szpile prosto w serce.
– Czyli jak się nie śmieję, to już nie jestem waszą kochaną mamą? – spytałam cicho.
Zapadła cisza.
– Po prostu... z tatą jest fajnie. A z tobą wszystko musi być na poważnie – wyjaśnił Jasiek.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie złościłam się na nich. Tylko... było mi zwyczajnie przykro.
– A myślicie, że jak wam mówię „umyj ręce” albo „odrób lekcje”, to dlatego, że chcę wam zepsuć dzień?
– Nie... ale mogłabyś mówić to inaczej. Tata mówi to jakby... z uśmiechem – Klara spojrzała na mnie niepewnie.
Wyszłam z pokoju, zanim się rozpłakałam. Przez chwilę siedziałam w łazience, zamknięta na klucz, słuchając odgłosów ich śmiechu zza ściany. I myślałam tylko jedno: straciłam dzieci. I może straciłam je, bo chciałam je ochronić. Przed światem. A one potrzebowały tylko... przyjaciela.
Serce waliło mi jak młotem
Było późne popołudnie. Marek rozmawiał przez telefon w ogrodzie, stojąc przy kompostowniku. Myślał, że nie słyszę. A ja, stojąc przy otwartym oknie w pralni, słyszałam każde słowo.
– Stary, nie mogę już, Anka znowu miała swoją tyradę o zasadach – Marek się zaśmiał. – Jakbym słuchał regulaminu internatu.
Chciałam się odsunąć. Naprawdę. Ale nie mogłam. Nogi mi się przykleiły do podłogi.
– Dzieci muszą mieć fun. Ja z Jaśkiem to jak z kumplem jestem. A ona? Ciągle w trybie dowódcy – znowu śmiech. – Wiesz, jak Klara się jej boi? Dobrze, że przynajmniej mnie ma. Przynajmniej ktoś jest normalny w tym domu.
Zrobiło mi się niedobrze. Bo to już nie był tylko brak wsparcia. To był śmiech za moimi plecami. Ośmieszanie mnie przed kimś obcym. I przede wszystkim – przed dziećmi. Bo przecież dzieci słyszą. Widzą. Czują. Wiedzą, kto jest fajny, a kto „regulaminem internatu”. Wybiegłam do ogrodu. Stał z telefonem przy uchu, ale gdy mnie zobaczył, od razu zamilkł.
– Marek, słyszałam wszystko – powiedziałam zimno.
– Anka... to nie tak, jak myślisz.
– Nie? To powiedz mi, jak myślę. Że jestem śmieszna? Że jestem przeszkodą między tobą a twoją zabawą z dziećmi?
Milczał.
– To nie tylko podważanie moich decyzji. To... zdrada. Zdradzasz mnie codziennie, kiedy pozwalasz dzieciom mnie lekceważyć. A potem jeszcze się z tego śmiejesz.
Odwróciłam się i poszłam do domu. Serce waliło mi jak młot. Jeszcze nie płakałam. Ale to była cisza przed burzą.
Nie chciałam być żandarmem
Nie spałam całą noc. Leżałam w ciemności, z otwartymi oczami, słysząc jego oddech obok. Spokojny. Równy. Jakby nic się nie stało. Jakby mnie tam w ogóle nie było. Rano usiadłam przy stole z kubkiem zimnej kawy. Marek przyszedł w bokserkach, przeciągając się leniwie. Usiadł naprzeciwko, spojrzał na mnie z lekkością, której nie mogłam znieść.
– Anka, możemy pogadać?
Nie odpowiedziałam. Milczałam. I tylko wtedy, gdy wyciągnął rękę, żeby dotknąć mojej dłoni, odsunęłam ją natychmiast.
– Nie chcę już być żandarmem w tym domu – powiedziałam cicho.
– Może po prostu... przesadzasz? – rzucił niepewnie.
Spojrzałam na niego. Tak, jakby pierwszy raz. I zobaczyłam obcego człowieka. Faceta, który dawno temu był moim wsparciem. Teraz był chłopcem, który chciał być lubiany przez swoje dzieci bardziej niż przez żonę.
– Marek, nie chodzi tylko o dzieci. Chodzi o nas. Ty mnie po prostu nie szanujesz. Kpisz ze mnie, robisz ze mnie głupią. Podważasz wszystko, co robię, przy nich, za ich plecami. A potem udajesz, że nic się nie dzieje.
– Po prostu mamy inne podejście – próbował się bronić.
– To nie jest podejście. To sabotaż.
Zerwałam się z krzesła, chwyciłam kurtkę i wybiegłam z domu. Spacerowałam godzinami. Usiadłam w parku, na zimnej ławce, obserwując matki z dziećmi, śmiejące się rodziny. Miałam ochotę krzyczeć. Albo zniknąć. I wtedy pomyślałam: może ja naprawdę już nie jestem częścią tej rodziny? Może tylko mi się wydawało, że coś jeszcze da się poskładać?
Mój głos też jest ważny
Wróciłam późnym wieczorem. W domu było cicho. Jasiek i Klara już spali. Zajrzałam do ich pokoi. Spali spokojnie, bez świadomości, że coś pękło. Marek siedział w salonie, przy zgaszonym świetle, z rękami splecionymi pod brodą. Spojrzał na mnie niepewnie, jakby nie wiedział, czy ma mówić, czy milczeć.
– Chcesz coś powiedzieć? – zapytałam chłodno.
– Nie chciałem cię zranić – zaczął. – Ale... nie będę też udawał, że jestem taki jak ty. Ja nie mam kija w tyłku, Anka. I dzieci to czują. Wolą mnie, bo... ze mną mogą oddychać.
– A ze mną nie?
– Ty wszystko kontrolujesz. Każdy ruch, każde słowo. I potem masz pretensje, że cię nie słuchają.
Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki wdech. A potem spojrzałam mu prosto w oczy.
– Albo gramy do jednej bramki, albo każdy idzie w swoją stronę.
– Nie myślisz, że to nieco dramatyczne?
– Myślę, że to jedyny język, jaki rozumiesz.
Zamarł. Patrzył na mnie, jakby pierwszy raz coś do niego dotarło.
– Nie chcę, żeby nasze dzieci dorastały w domu, gdzie jedno z rodziców jest bohaterem, a drugie czarnym charakterem. Nie pozwolę na to. Jeśli mamy być rodziną, to oboje. Równo. Bez gry w dobrego i złego glinę.
Marek milczał. A ja nie potrzebowałam już odpowiedzi. Bo podjęłam decyzję. Nie pozwolę już, by mój głos był w tym domu najmniej ważny.
Anna, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki zamiast czekoladek kupowałam białe lilie na pogrzeb. Wraz z ukochanym pogrzebałam mój najcenniejszy skarb”
- „W walentynkowy wieczór odkryłam brudny sekret męża. Gdy zobaczyłam, co robi w łazience, nie miałam już złudzeń”
- „Poszłam na randkę w ciemno, ale znaliśmy się nie tylko z widzenia. Serce pragnęło, ale ja bałam się powtórki z rozrywki”