„Dzieci mojego brata nie mają za grosz kultury. Nie wiem, jak on może przymykać oko na ich codzienne wybryki”
„Kiedy sprawowałam nad nimi opiekę, czułam się jak świadek małego huraganu, który niszczył porządek i spokój. Ich rodzice zdawali się nie zauważać chaosu, a czasem wręcz go wspierali, śmiejąc się z ich wybryków. W mojej głowie narastało coraz większe poczucie odpowiedzialności i frustracji – wiedziałam, że tu nie ma miejsca na pobłażanie. To, czego potrzebowały te dzieci, to zasady i dyscyplina”.

- Redakcja
Od kiedy pamiętam, dzieci mojego brata były zupełnie nieprzewidywalne. Kiedy sprawowałam nad nimi opiekę, czułam się jak świadek małego huraganu, który niszczył porządek i spokój. Ich rodzice zdawali się nie zauważać chaosu, a czasem wręcz go wspierali, śmiejąc się z ich wybryków. W mojej głowie narastało coraz większe poczucie odpowiedzialności i frustracji – wiedziałam, że tu nie ma miejsca na pobłażanie. To, czego potrzebowały te dzieci, to zasady i dyscyplina.
Czeka mnie długa droga
Któregoś dnia brat z żoną mieli wyjechać na weekend i poprosili mnie, żebym w tym czasie zajęła się ich dziećmi. Pierwszy dzień, który spędziłam w ich domu, był jak nadejście huraganu. Gdy tylko otworzyłam drzwi mieszkania, przywitały mnie z taką energią, że przez chwilę nie wiedziałam, gdzie uciekać. Starszy biegł po korytarzu, przewracając krzesła, a młodsza śmiała się, podrzucając zabawki tak, że uderzały o ściany. Wszystko działo się w ciągu kilku sekund, a ja stałam bezradnie, zastanawiając się, jak to opanować.
– Proszę o ciszę – mówiłam spokojnym tonem, ale to nic nie dawało.
Próbowałam wytłumaczyć im zasady, że w mieszkaniu nie wolno biegać ani rzucać zabawkami, ale każde moje słowo odbijało się od nich jak echo od ścian. Ich syn zignorował mnie całkowicie, a młodsza wręcz prowokowała kolejne wybryki. Z każdą minutą czułam, że zwykłe metody wychowawcze są tu bezużyteczne. To nie były zwykłe dziecięce wybryki – to była absolutna anarchia.
Zdałam sobie sprawę, że aby cokolwiek osiągnąć, potrzebne będą bardziej zdecydowane działania. Trzeba było wprowadzić jasne granice i natychmiast konsekwencje, inaczej chaos będzie rządził dalej. Postanowiłam, że nie mogę się poddawać. Moja cierpliwość była testowana już od pierwszych minut. Wtedy zrozumiałem, że czeka mnie długa droga, pełna wyzwań i prób, by wprowadzić choć odrobinę porządku w świecie, który dzieci mojego brata uważały za pole zabaw bez żadnych reguł.
Moje tłumaczenia i prośby nie mają żadnego sensu
Popołudnie przyniosło kolejną próbę mojej cierpliwości. Dzieci mojego brata nie potrafiły usiedzieć w miejscu dłużej niż kilka minut, a ich energia zdawała się nie mieć końca. Starszy wpadł do kuchni z okrzykiem, że wymyślił nową grę, w której stół jest „górą do zdobycia”, a młodsza natychmiast zaczęła mu wtórować, przeskakując przez krzesła i rozsypując na podłodze klocki. Próbowałam złapać ich uwagę, tłumacząc spokojnym głosem, że mieszkanie nie jest areną do takich zabaw, ale natychmiast spotkałem się z oporem i śmiechem.
– Ciociu, patrz, jak wysoko potrafię skoczyć! – krzyknął starszy, podskakując na kanapie.
– To niebezpieczne! – odpowiedziałem stanowczo. – Natychmiast schodzicie!
Odpowiedź? Totalne zignorowanie moich słów. Młodsza wciąż rzucała klockami, a starszy biegał w kółko, śmiejąc się z mojego zdenerwowania. W tym momencie poczułam, że moje tłumaczenia i prośby nie mają żadnego sensu. Zastanawiałam się, jak im pokazać, że pewne granice istnieją i nie wolno ich przekraczać.
Jestem taka dumna
Wieczór okazał się jeszcze trudniejszy niż poranek i popołudnie. Starszy rozrzucał klocki na podłogę z teatralnym westchnieniem, a młodsza zaczęła płakać, bo zgubiła gdzieś swoją lalkę, która była w jej rękach od rana. Stałam w środku pokoju, który wyglądał jak ruina. Próbowałam opanować własne emocje i wymyślić sposób, żeby przekonać je do współpracy.
– Może pobawimy się teraz w sprzątanie pokoju? Kto ładnie poukłada swoje zabawki, dostanie coś w nagrodę – rzuciłam i o dziwo, to zaczęło działać.
Dzieci natychmiast zabrały się do porządkowania rzeczy. Nie minęło kilka minut, a wszystkie zabawki znów znalazły się na swoim miejscu. Klocki, które jeszcze chwilę temu leżały porozrzucane po wszystkich kątach, znów trafiły do pudełek. Byłam w szoku, że taki prosty pomysł mógł tyle zdziałać.
– Ciocia, patrz jak ładnie poukładałem swoje samochody.
– Jestem z was taka dumna. Teraz pokój wygląda pięknie. Każdy z was zasługuje na nagrodę.
– A co będzie nagrodą? – zapytał z ciekawością Piotrek.
– Wspólnie obejrzymy bajkę, co Wy na to?
– Super! – pojawiły się okrzyki radości.
Włączyłam ich ulubioną kreskówkę. Patrzyłam, jak oglądają z zainteresowaniem. To był pierwszy moment w ciągu dnia, kiedy mogłam na chwilę odetchnąć. Nie sądziłam, że opieka nad dzieckiem będzie prawdziwym testem mojej cierpliwości.
Moje pierwsze prawdziwe zwycięstwo
Następnego dnia wstałam wcześnie rano, by przygotować dzieciom naleśniki. To było moje popisowe danie, więc miałam nadzieję, że będą im smakować. Czułam satysfakcję, gdy placki znikały z talerza w okamgnieniu.
– Ale pyszne, super ciociu gotujesz – mówiła radośnie Ala.
Po śniadaniu zabrałam dzieci na spacer. Pomyślałam, że aktywność na świeżym powietrzu im się przyda. Zabrałam je do pobliskiego parku, gdzie mogły się swobodnie wyszaleć na placu zabaw razem z innymi dziećmi. Kiedy widziałam radość na ich twarzach, byłam szczęśliwa.
– Widać, że ma Pani dobre podejście do dzieci – powiedziała z uśmiechem jedna z mam, z którą pilnowałam maluchów, gdy korzystały ze zjeżdżalni.
– Miło mi to słyszeć – odpowiedziałam.
Zbliżała się pora obiadu, więc postanowiłam wrócić do domu. Myślałam, że dzieci będą stawiać opór, ale tym razem nie było żadnego sprzeciwu. Zauważyłam, że tego dnia słuchały się mnie bardziej i nie robiły mi na złość, co odnotowałam jako swój duży sukces. Każda moja prośba, która wcześniej wywoływała krzyk lub była ignorowana, teraz spotykała się z ich uwagą. To było moje pierwsze prawdziwe zwycięstwo nad chaosem, który początkowo wydawał się nie do opanowania. Wiedziałam, że dzieci jeszcze nieraz będą próbowały testować moje granice, chciałam wykazać się jednak opanowaniem i być konsekwentna w swoich działaniach.
Tu nie ma drogi na skróty
Gdy weekend dobiegał końca zauważyłam, że dzieci zaczęły respektować ustalone zasady. Chaos wciąż był obecny, ale teraz miał wyraźne granice. Starszy przestał wspinać się po meblach bez ostrzeżenia, a młodsza przestała rzucać zabawkami w momencie, gdy pojawiałam się w pokoju.
– Ciociu, mogę jeszcze chwilę pograć? – spytała Ala, trzymając tablet w rękach.
– Ok, umawiamy się na 10 minut – odpowiedziałam stanowczo, obserwując, jak powoli zaczyna respektować granice.
Poczułam dumę i ulgę. Widziałam, że dzięki mojej determinacji dzieci zaczynają rozumieć, że świat nie jest miejscem, w którym wszystko wolno. Jednocześnie zrozumiałam, że wychowanie dzieci to prawdziwy test cierpliwości, tu nie ma drogi na skróty. Wieczorem zadzwonił brat:
– I jak tam siostra? Dajesz sobie radę?
– Jasne, że tak, wszystko pod kontrolą– odpowiedziałam z uśmiechem.
– Już jutro w nocy wracamy, więc będziesz mogła wreszcie odpocząć od tych małych urwisów.
Patrząc wstecz na te tygodnie, widzę, jak bardzo zmieniły się dzieci mojego brata. Nie stały się nagle aniołkami – wciąż mają swoje humory, kaprysy i wybuchy energii – ale nauczyły się respektować granice, które wcześniej były dla nich obce. Miałam poczucie, że mój wysiłek nie poszedł na marne. Ta przygoda nauczyła mnie również pokory. Opieka nad dziećmi pozwoliła znaleźć mi w sobie duże pokłady spokoju, opanowania i cierpliwości.
Agnieszka, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Tłumaczyłam córce, że Mikołaj może w tym roku nie przyjść. Nie chciałam niszczyć jej marzeń, ale musiała znać prawdę”
- „Mój były nie pamiętał o dziecku nawet w Wigilię, ale może to i dobrze. Ułatwił mi życie”
- „Dzieci siostry dostały pod choinkę drona i markowe ubrania, a moje – tandetę z bazaru. Nie pozwolę się tak traktować”