Reklama

Wciąż pamiętam te poranki, kiedy budziłam się sama w pustym mieszkaniu, a w powietrzu unosił się zapach niedopitej kawy. Dzieci dawno poszły na swoje, a ja zostawałam z ciszą, która czasem zdawała się krzyczeć głośniej niż jakiekolwiek słowa. W urodziny przypominają sobie o mnie, odbębniają życzenia i znikają, jakby przez resztę roku w ogóle mnie nie było. Moje serce czeka na telefon, na wiadomość, na gest, który pokazałby, że pamiętają. Czasem myślę, że jestem tylko cieniutkim echem w ich życiu, które pojawia się na chwilę, a potem znika.

Cały rok mijał w pustce

Poranki mijały mi na rutynowych czynnościach, które kiedyś dzieliłam z dziećmi – teraz sama myłam naczynia, prasowałam koszule, gotowałam śniadania, które nikogo nie czekały. Ich pokoje były uporządkowane, puste, pełne zdjęć z dawnych lat, gdy jeszcze moje słowo coś znaczyło. Na urodziny przychodziła krótka wiadomość, czasem telefon, zwykle szybkie „sto lat”, bez emocji, bez pytania, co u mnie. Zdarzało się, że odbierałam te życzenia stojąc przy oknie, patrząc na ulicę, gdzie nikt mnie nie zauważał.

Cały rok mijał w pustce, w oczekiwaniu na dzień, który zawsze był taki sam – szybkie pozdrowienia, a potem znów cisza. Czasami wyobrażałam sobie, że wchodzą do mojego świata, w którym istnieję nie tylko jako imię w kalendarzu, ale ktoś, kogo można przytulić, zapytać, wysłuchać. Marzyłam, by ich głosy brzmiały nie tylko na chwilę, a ich zainteresowanie trwało dłużej niż kilka sekund.

Często wracałam myślami do ich dzieciństwa – do wspólnych poranków, do śmiechu przy stole, do wieczorów pełnych opowieści i bajek na dobranoc.

– Mamo, poczytasz mi jeszcze trochę? – pytała córka zawsze przed snem.

– Oczywiście – mówiłam z uśmiechem, a potem sięgałam po jej ulubioną książeczkę.

Teraz te wspomnienia były jedynym ciepłem, jakie czułam. Siedziałam w pustym mieszkaniu, a echo ich głosów powracało jedynie w urodziny, jakby ktoś odmierzał mi miłość na kalendarzowe dni, a reszta roku była zarezerwowana dla ich własnych spraw, ich życia, w którym nie było miejsca dla mnie.

Ja byłam tylko wspomnieniem

Czas mijał, a ja obserwowałam ich życie z boku, jakby przez szybę, przez którą nie można wejść. Święta były szczególnie trudne – pełne zdjęć w mediach społecznościowych, gdzie uśmiechali się do innych, do przyjaciół, do świata, a ja byłam tylko wspomnieniem, które ktoś na chwilę wyciągnął z szuflady. Zdarzało się, że dzwoniłam, pytając o drobiazgi, a ich odpowiedzi były krótkie, pełne pośpiechu. Czasem wyobrażałam sobie rozmowy, które nigdy się nie odbyły. „Mamo, co dzisiaj jadłaś?" „Jak minął ci dzień?" – mogliby zapytać. Zamiast tego cisza. Moje myśli krążyły wokół ich problemów, pracy, obowiązków, a ja byłam tylko cieniem, który nie przeszkadza, nie domaga się, nie wymaga.

Wieczory były najgorsze. Siadałam w fotelu, patrzyłam w ekran telewizora, który nie dawał mi poczucia obecności. Czasem przeglądałam stare zdjęcia, trzymając w dłoniach ślady ich dzieciństwa – kartki z rysunkami, listy pisane w dziecięcym piśmie. W tych chwilach czułam, że wszystko, co zbudowałam, przeminęło, a ja zostałam sama. Gdy przychodziły urodziny, na moment znikała pustka. Krótki telefon, wiadomość, kilka słów, które nie dotykały mojego serca tak głęboko, jak kiedyś. – Sto lat, mamo – powtarzali mechanicznie, jakby odklejając się od swoich spraw.

I znikały, zostawiając mnie z tą samą ciszą, która towarzyszyła mi przez cały rok. Czasem próbowałam uciec, spotkać się z przyjaciółmi, wyjść na spacer, zajmować się swoimi pasjami. Jednak w środku czułam ciężar ich obojętności, jakby każda moja radość była niepełna, bo brakowało w niej ich obecności, ich słów, ich ciepła. Zostawałam z pytaniami, na które nie było odpowiedzi, i ze wspomnieniami, które raz w roku przypominały mi, że w ich życiu istnieję jedynie przez chwilę.

Wszystkiego najlepszego

Dni mijały w monotonnym rytmie, a ja czekałam na ten jeden moment w roku, kiedy dzieci przypominały sobie o mnie. Nadchodził dzień urodzin i byłam pełna nadziei, że tym razem będzie inaczej. Telefon zadzwonił, a ja odebrałam z mieszaniną radości i lęku.

– Cześć mamo – usłyszałam, a serce zaczęło mi bić szybciej.

– Wyskoczyło mi w kalendarzu, że masz dziś urodziny. No to wszystkiego najlepszego. Wiesz, zdrowia przede wszystkim i spokoju na stare lata.

Nie zdążyłam nawet powiedzieć dziękuję, a syn już rzucił w telefonie:

– Wiesz co, muszę kończyć, bo mam młyn w pracy. Zadzwonię innym razem. To trzymaj się tam.

Nie pojawiło się zainteresowanie, pytanie o moje życie, o to, co mnie cieszy lub martwi, a ja udawałam, że te kilka słów wystarczy. Po rozmowie znów nastała cisza. Zostawałam sama z obiadem przygotowanym dla jednej osoby, z pustym stołem, z odgłosami własnego oddechu w pustych pokojach. Próbowałam zająć się czymś, by myśli nie wracały do nich, do ich życia, w którym moje miejsce było ledwie wspomnieniem. Czasem włączałam stare filmy, sięgałam po książki, ale każda radość była przyćmiona przez poczucie osamotnienia.

Wieczorem spoglądałam na zdjęcia z dawnych lat, gdy wspólne urodziny były pełne śmiechu, tortów, świeczek i ciepła. Teraz świeczki paliły się tylko w mojej wyobraźni. Myślałam o tym, jak bardzo zmieniło się ich życie, jak ja nie pasuję do tej dorosłej rzeczywistości. Przypominałam sobie ich dzieciństwo, kiedy moje słowo miało znaczenie, a obecność była bliskością, nie formalnością.

Te kilka minut, kilka słów w urodziny, nie mogło wypełnić całego roku. Czułam, że istnieją tylko w wyobraźni, że ich miłość została ograniczona do kalendarza, a reszta mojego życia była dla nich niewidoczna. Każdy rok przynosił nowe rozczarowanie, kolejne echo ich obojętności, które wciąż odbijało się w mojej samotności.

A potem znów cisza, samotność

Czasem siadałam przy oknie, patrząc, jak świat za nim żyje własnym życiem, a moje dzieci były w nim obecne tylko na moment. Ich głosy w urodziny, choć krótkie, przypominały mi, że istnieją gdzieś tam, w innym wymiarze. Te słowa brzmiały pusto, bez pytania o mnie, o moje dni, o to, czy jestem szczęśliwa lub zmęczona. Chwila, która powinna łączyć, tylko przypominała o dystansie, jaki zbudowały przez lata. Kilka dni po moich urodzinach, spotkałam sąsiadkę na klatce.

– Dzień dobry Zosiu.

– Witaj Halinko.

– Nie miałam jeszcze okazji złożyć ci życzeń urodzinowych. Wszystkiego dobrego. Trochę spóźnione, ale szczere. – uścisnęła mnie.

– Nie szkodzi, dziękuję za pamięć – odpowiedziałam.

– No a jak tam świętowanie, pewnie dzieci się zjechały – kontynuowała sąsiadka.

– Nie miały czasu, ale dzwoniły z życzeniami – odparłam krótko.

– Takie czasy – westchnęła Halina. Każdy dziś zabiegany.

Nie chciałam dalej brnąć w tę rozmowę. Co miałam jej powiedzieć, że dzieci nie widuję prawie wcale? Że gdyby nie kalendarz, nie pamiętałyby o mnie wcale? Szukając pocieszenia, zagłębiałam się w drobne przyjemności: książki, muzykę, spacer po parku. Każda z tych czynności była próbą zapełnienia pustki, którą zostawiało ich milczenie przez resztę roku. Czasem siadałam z albumami ze zdjęciami, patrząc na małe buzie, które kiedyś biegły do mnie z radością, a teraz były tylko wspomnieniem, odległym echem. W tych chwilach czułam się jak ktoś, kto istnieje tylko dzięki przeszłości, a teraźniejszość nie należy do mnie.

Przypominałam sobie ich dzieciństwo, wspólne poranki, wspólne zabawy, śmiech w kuchni, opowieści przy stole. Te wspomnienia były słodko-gorzkie. To był moment, kiedy istniałam w ich świecie, choć tylko na chwilę. Wiedziałam, że nic nie da się odtworzyć, że czas i odległość zmieniły nasze relacje. Moje serce wciąż biło nadzieją, że może kiedyś pojawi się inny kontakt, głębszy, trwalszy. A potem znów cisza, samotność, echo pustki, która wypełniała moje mieszkanie.

Ich obecność była ulotna

Każdego roku czekałam na ich kontakt z mieszanką nadziei i lęku. Telefon, wiadomość, krótka rozmowa – to wszystko, co otrzymywałam. Brakowało pytań o moje życie, o to, jak minął rok, o moje myśli i uczucia. Ich obecność była ulotna, a ja pozostawałam z poczuciem, że jestem kimś, kto istnieje tylko na moment, w kalendarzu, a nie w sercu.

– Czy jeszcze kiedyś będzie inaczej? – pytałam siebie.

Czasem jednak cisza wracała ze zdwojoną siłą, przypominając, że ich życie toczy się dalej, a moje miejsce w nim jest ograniczone do krótkiego echa. Każdy dzień poza urodzinami był próbą ignorowania bólu, który pojawiał się nieproszony, jak zimny wiatr w pustym mieszkaniu. Mimo wszystko w sercu tliła się nadzieja, że pewnego dnia będzie inaczej. Może kiedyś zadzwonią nie z obowiązku, ale z chęci, by porozmawiać, by dowiedzieć się, co u mnie słychać. Może pewnego dnia ich obecność nie będzie ograniczona do urodzin. Do tego czasu uczyłam się żyć między nadzieją a rozczarowaniem, między miłością, która była ograniczona kalendarzem, a samotnością, która wypełniała wszystkie inne dni.

W głębi serca nauczyłam się godzić z tym dystansem, z ich nieobecnością przez większą część roku. Miłość, którą kiedyś dzieliliśmy, teraz istniała w krótkich fragmentach, a resztę musiałam wypełniać własnymi wspomnieniami i nadzieją. Każdy dzień był lekcją akceptacji, samotności, a także cierpliwości wobec ludzi, których kocha się bezwarunkowo, nawet jeśli oni zapominają o nas w codziennym życiu. Byłam gotowa na kolejne urodziny, na kolejne echo ich krótkiej pamięci, starając się zachować spokój i ciepło, które dawały mi wspomnienia, choć nie dawały obecności.

Zofia, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama