Reklama

Ferie zimowe to był zawsze ten czas w roku, kiedy w domu wreszcie robiło się cicho. Nie, żeby dzieci były aż tak uciążliwe, co to, to nie – po prostu lubiłam te dwa tygodnie, kiedy można było zjeść śniadanie bez odgłosu chrupania płatków i kłótni o pilota. Mój mąż miał nieco inne podejście – uważał, że skoro są ferie, to powinniśmy spędzać je wspólnie, całą rodziną. I choć brzmi to wzruszająco, to zazwyczaj kończyło się tak, że to ja z dziećmi lepiłam bałwana, a on „pilnował bagaży” w karczmie przy stoku. W tym roku jednak plan był inny – teściowa zaproponowała, że zabierze dzieci do Austrii, do swojej siostry, która mieszka w jakimś małym miasteczku w Alpach.

– Będzie im dobrze – mówiła – trochę świeżego powietrza, może nauczą się porządnie jeździć na nartach.

Przyklasnęłam temu pomysłowi bez cienia wahania. Marzyła mi się cisza. Wieczory z książką. Poranna kawa pita jeszcze w piżamie, bez miliona „mamo, gdzie jest…?”. Tydzień spokoju – a może i dwa, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Pożegnaliśmy ich na dworcu – dzieciaki były podekscytowane, teściowa w świetnym humorze. Wróciłam do mieszkania z uśmiechem, a potem... Zaczęłam odliczać dni do ich powrotu. I gdy już nadszedł ten dzień, pojechałam po nich z uśmiechem na twarzy. Jednak kiedy wysiedli z pociągu, nie rozpoznałam własnych dzieci.

Nie mogłam w to uwierzyć

Zanim jeszcze pociąg całkiem się zatrzymał, dostrzegłam ich przez szybę. Stali obok teściowej, w nowych, puchowych kurtkach i czapkach z pomponami, których wcześniej nie mieli. Niby moje dzieci. A jednak coś było nie tak.

– No cześć, kochani! – zawołałam, podchodząc do nich z rozłożonymi ramionami.

– Hej... – burknął Staszek, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Cześć, mamo – powiedziała Lena, ale nie podeszła. Nie przytuliła się. Wbiła wzrok gdzieś ponad moim ramieniem, jakby sprawdzała, czy przypadkiem nie przyszłam z kimś jeszcze.

– No co jest? – roześmiałam się nerwowo. – Nie poznajecie mnie czy jak?

– Spoko, poznajemy – Staszek rzucił, przewracając oczami.

Zerknęłam na teściową, ale ta tylko wzruszyła ramionami.

– Zmęczeni są. Podróż długa, no i wiesz... dorastają – rzuciła usprawiedliwiająco, jakby to wszystko miało być normalne.

Wzięłam walizkę Leny, choć i tak już sama ją ciągnęła.

– Zgłodnieliście? Zrobiłam pomidorową, taką, jak lubicie. I kupiłam ten chleb z ziarnami, co zawsze chcieliście. Pamiętasz, Lenka?

Jem bezglutenowe teraz – odpowiedziała chłodno.

– Co?

– Bezglutenowe. I bez laktozy. I zero cukru – dodała z dumą, jakby właśnie obroniła doktorat.

Szliśmy w stronę parkingu, a ja miałam wrażenie, że to są zupełnie inne dzieci, niż te, które wysłałam dwa tygodnie temu.

– No dobra, to może chociaż powiecie, jak było?

– Meh – burknął Staszek.

– Fajnie – odpowiedziała Lena, z uśmiechem, który był równie sztuczny, jak jej nowa, brokatowa bluza.

Załamałam ręce

W domu wszystko pachniało pieczonym chlebem i zupą, która pyrkała na kuchence. Lubiłam, gdy dzieci wracały do takich zapachów. Lubiłam, gdy mówiły „mniam!” i rzucały tornistry, gdzie popadnie. Teraz weszły jak do hotelu. Lena zdjęła buty, poukładała je równo obok siebie. Staszek zniknął w swoim pokoju, nawet nie zdjął kurtki.

– Ej, zaraz! – zawołałam. – Ręce myć i do stołu. Zupa czeka.

– Serio? Zupa? – mruknął Staszek, wychodząc niechętnie. – Nie masz czegoś normalnego?

– Co znaczy „normalnego”? To pomidorowa z ryżem.

Nie jem ryżu – powiedział tonem, jakby chodziło o trutkę na szczury. – Jem teraz kaszę jaglaną albo makaron pełnoziarnisty. Najlepiej orkiszowy.

– Co? – spytałam, jakby mówił po chińsku.

– Tak jedliśmy u cioci – dorzuciła Lena, siadając do stołu.

– Co? – założyłam ręce na piersi. – Nie rozpoznaję was.

– Może czas na zmiany, mamo – powiedziała Lena z manierą młodej terapeutki. – Ciocia mówi, że człowiek powinien eksperymentować.

– Słucham?

– Z tym, kim jesteś, kim chcesz być i jak się wyrażasz.

– A ty chcesz być kim? Influencerką bez glutenu?

A co, zazdrościsz? – prychnęła Lena.

– Nie. Po prostu zastanawiam się, co ci tam dali do jedzenia. I czy to było legalne.

Staszek uniósł wzrok znad telefonu.

– A może po prostu jesteśmy lepsi niż kiedyś?

Wzięłam głęboki wdech.

Byłam wściekła

Nazajutrz rano obudziłam się wcześnie, żeby zrobić dzieciom naleśniki. Takie zwyczajne – z dżemem, z twarogiem, z nutellą. Zapach roznosił się po mieszkaniu, a ja miałam nadzieję, że dziś będzie lepiej. Że może wczoraj byli po prostu zmęczeni.

– Naleśniczki! – zawołałam, gdy Lena weszła do kuchni. – Twoje ulubione!

Czy to pszenna mąka? – zapytała z grobową miną.

– A jakie ma być, z wiórów kokosowych?

– Mamo, przecież gluten to największe zło. Ciocia mówiła, że szkodzi nie tylko ciału, ale i duszy.

Wtedy wszedł Staszek. W ręku niósł szklaną butelkę z jakimś zielonym czymś.

Co to za bagno?

– Smoothie detoksykujące – powiedział z powagą. – Jarmuż, spirulina, seler naciowy. Oczyszcza czakry.

– Ty masz czakry?

– Każdy ma. Ciocia powiedziała, że niektórzy mają je kompletnie zablokowane.

– Aha – westchnęłam. – Czyli teraz ciotka diagnozuje mi dzieci?

– Ona ma certyfikat z ajurwedy – rzuciła Lena.

– A ja mam dyplom z robienia porządnych obiadów. Może ją kiedyś zaproszę na rosół.

– Nie jemy prawie wcale mięsa – odezwał się Staszek. – Jesteśmy fleksitarianami. Z przewagą na wegańskie.

– Jesteście rozpuszczeni. I zgłupieliście od mądrości ciotki.

– Mamo, nie musisz rozumieć. Wystarczy, że zaakceptujesz. Ciocia mówi, że to pierwszy krok.

– Powiedz cioci, że pierwszy krok to będą porządki w waszych pokojach.

Straciłam cierpliwość

Po południu postanowiłam wyrwać ich sprzed ekranów i zaproponowałam wspólny spacer do parku. Kiedyś to była nasza mała tradycja – karmiliśmy kaczki, kupowaliśmy watę cukrową. Teraz… no cóż.

– Przejdziemy się na spacer? Świeże powietrze, trochę ruchu. Park wygląda pięknie o tej porze.

– Spacer? – zapytał Staszek z miną, jakbym zaproponowałam mu wycieczkę na śmietnik. – Mamy rowery stacjonarne. I maty do jogi. Ciocia mówi, że ruch nie musi być bezmyślny.

– Bezmyślny?

– No tak – wtrąciła się Lena. – Marsz bez celu to strata energii. Trzeba mieć intencję. Ja na przykład dziś ćwiczę uważność. A potem będę medytowała. Pomaga na emocjonalne rozchwianie.

– Dzięki, jakoś przetrwam z moim wewnętrznym chaosem i bez waszych czakr – westchnęłam. – Może chociaż pomoglibyście mi z zakupami?

– Kupujemy tylko ekologiczne rzeczy – powiedział Staszek. – Najlepiej lokalne. I w szkle.

– To dobrze. Bo właśnie w szkle mam ogórki kiszone. Wniesiesz je?

– Nie dotykam fermentowanych rzeczy – oznajmił z dumą. – Ciocia mówi, że zaburzają florę.

– A kto, do jasnej cholery, karmił cię kiszonymi ogórkami od drugiego roku życia?

– No właśnie, mamo. I spójrz, jak długo się od tego zbierałem.

Wpatrywałam się w niego z otwartą buzią.

– Wiecie co? Jeśli to ma być wasza nowa osobowość, to zróbcie mi jedną przysługę.

– Jaką?

– Nie próbujcie mnie rekrutować do tej sekty. Bo moja cierpliwość jest ograniczona.

Straciłam cierpliwość

Wieczorem usłyszałam, jak Lena rozmawia przez telefon w swoim pokoju. Głos miała miękki, słodki, jakiego używała tylko wtedy, gdy czegoś bardzo chciała. Zbyt dobrze znałam ten ton.

– No wiem, ale mama tego nie zrozumie... Ona jest jeszcze... w starym paradygmacie. Tak, dokładnie.

Weszłam bez pukania, ignorując jęki oburzenia.

– Przepraszam, że cię zaskoczyłam, ale chciałam tylko sprawdzić, czy przypadkiem moja córka nie została porwana i podmieniona przez jakąś kosmiczną wersję siebie.

– Mamo, rozmawiam z Julią! Przeszkadzasz!

– Przepraszam. Zapomniałam, że teraz żyjemy w epoce celebracji samych siebie.

Zamknęłam drzwi, ale w kuchni czekał na mnie kolejny teatrzyk. Staszek stał przy zlewie i trzymał słoik ogórków.

– Co ty robisz?

– Sprawdzam, czy mają odpowiednie pH. Ciocia pokazywała, jak ocenić to po zapachu.

– Aha, i co ci wyszło?

– Że twoje ogórki są zbyt kwaśne.

– Zbyt kwaśne?! Sam jesteś zakwaszony.

Zaparzyłam sobie herbaty i dodałam 2 łyżeczki cukru. Patrzyli na mnie jak na przestępczynię.

– Wiesz, że biały cukier to trucizna?

– Tak, ale jest jedną z niewielu przyjemności, jakie mi jeszcze zostały.

– Chcesz się truć, twoja sprawa – wzruszył ramionami Staszek. – Ale nie każ nam żyć jak w średniowieczu.

– Jak w średniowieczu? Ja was kąpię w ciepłej wodzie i piorę wasze modne dresy! Nie każę wam orać pola motyką!

Lena stanęła w drzwiach.

– Mamo, jesteś taka nerwowa. Może powinnaś pójść na zajęcia z medytacji?

– A może wy powinniście pójść spać, zanim dostanę terapii wątrobowej od waszych mądrości?

Postawiłam na swoim

Minął tydzień, odkąd dzieci wróciły z Austrii. W ciągu tych siedmiu dni dowiedziałam się, że jestem toksyczna, nieoświecona i żyję w cieniu przeszłości. Przetrwałam jogę o piątej rano, wykłady o duchowym weganizmie i cztery awantury o szampon „z chemią”. Czułam się, jakbym mieszkała z dwójką samozwańczych guru. I wiesz co? Miałam dość. W niedzielę usiedliśmy przy stole.

– Słuchajcie – zaczęłam spokojnie. – Musimy porozmawiać.

– Otwarta komunikacja to podstawa – przytaknęła Lena, siorbiąc coś, co przypominało herbatę.

– Dokładnie. Dlatego otwarcie mówię: koniec tego cyrku. Zaczynacie jeść to, co jest w lodówce. Macie chodzić po ziemi, a nie lewitować między czakrami. A słowo „ciocia” ma zniknąć z waszego słownika.

– Mamo, przesadzasz – jęknął Staszek.

– Nie. Przesadziła ciocia, robiąc wam wodę z mózgu. I zadzwonię do niej jutro.

– Co?! – Lena wpadła w panikę. – Nie możesz! Obiecałam, że wezmę udział w rytuale oczyszczenia!

– A ja obiecałam sobie, że odzyskam własne dzieci. Takie, które jedzą pierogi, śmieją się z głupich memów i nie patrzą na mnie jak na niszczyciela energii życiowej. Staszek spuścił głowę.

– Ja… trochę tęsknię za kanapką z szynką.

– To ci zrobię. I bez spiruliny.

Lena milczała. W końcu westchnęła:

– Możemy dziś zjeść jak „dawniej”, ale tylko dziś.

– Uczcimy to. Mam colę. Taką, z cukrem.

– Mamo… jesteś potworem.

– Wiem. I jestem z tego dumna.

Mariola, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama