„Dzieci zrobiły mi remont mieszkania, ale urządziły je po swojemu. Tylko czekają, aż wyjadę z niego nogami do przodu”
„Ciężkie zasłony zostały zastąpione przez rolety typu dzień-noc. Ale najgorsze było to, co zrobili z meblami. Nie było kredensu. Nie było starych szaf. Zamiast nich stały jakieś kanciaste, białe bryły z płyty wiórowej”.

Wszystko zaczęło się od propozycji wyjazdu do sanatorium. Paweł, mój starszy syn, stwierdził, że wyglądam na zmęczoną i przyda mi się miesiąc nad morzem, żeby pooddychać jodem. Byłam wzruszona. Pomyślałam, że wreszcie, po tych wszystkich latach, kiedy to ja martwiłam się o nich, oni postanowili zadbać o mnie.
Wysłali mnie do uzdrowiska
Sylwia, moja córka, przyklasnęła temu pomysłowi z takim entuzjazmem, że powinnam była już wtedy nabrać podejrzeń. Zazwyczaj kłócili się o to, kto ma mnie zawieźć do lekarza, a teraz nagle zgodnie zrzucili się na dość drogi pobyt w Kołobrzegu.
Wyjechałam z lekkim sercem, zostawiając im klucze, żeby mogli podlać kwiaty. Pamiętam ten moment, gdy po moim powrocie Paweł otworzył drzwi mieszkania. Uśmiechał się szeroko, a za nim stała jego żona, Anita, trzymając w rękach butelkę soku, bo wiedzieli, że nie pijam niczego mocniejszego.
– Niespodzianka! – krzyknęli chórem.
Weszłam do przedpokoju i zamarłam. Zniknęła boazeria, którą mój mąż Tadeusz kładł własnymi rękami w latach osiemdziesiątych. Wiem, że nie była modna, ale była nasza. Zamiast niej ściany pokrywała jakaś gładź w kolorze złamanej bieli, a na podłodze lśniły szare, zimne kafle. W powietrzu unosił się zapach farby i nowości.
– I jak, mamo? – zapytała Anita, widząc moją minę. – Prawda, że teraz jest jaśniej? Przestronniej?
Weszłam do salonu i poczułam, jak uginają się pode mną kolana. Mój stary, wysłużony dywan zniknął. Ciężkie zasłony zostały zastąpione przez rolety typu dzień-noc. Ale najgorsze było to, co zrobili z meblami. Nie było kredensu. Nie było starych szaf. Zamiast nich stały jakieś kanciaste, białe bryły z płyty wiórowej, które wyglądały, jakby miały się rozpaść od samego patrzenia.
Zrobili remont
– Gdzie są moje rzeczy? – zapytałam cicho, bo gardło miałam ściśnięte.
– Mamo, to były stare graty – machnął ręką Paweł. – Wszystko wywieźliśmy. Teraz masz nowoczesny apartament. Styl skandynawski, minimalizm. Zobaczysz, jak łatwo będzie tu utrzymać porządek.
Patrzyłam na tę sterylną przestrzeń i czułam się jak intruz. To nie było mieszkanie starszej pani, która kocha pamiątki. To było mieszkanie z katalogu dewelopera. Bez duszy, bez historii, bez ciepła.
Pierwsza noc w odnowionym mieszkaniu była koszmarem. Nowy materac był twardy jak deska, bo podobno taki jest zdrowy na kręgosłup. Ja jednak przez całą noc przewracałam się z boku na bok, tęskniąc za moim starym łóżkiem, które miało idealnie wygniecione wgłębienie. Wpatrywałam się w sufit, na którym nie było już żyrandola z kryształkami, tylko jakieś płaskie plafony dające ostre, laboratoryjne światło.
Zaczęłam odkrywać, co jeszcze zniknęło. Moje książki. Miałam całą biblioteczkę. Zostało tylko kilka albumów, które Anita uznała za dekoracyjne i położyła na stoliku kawowym. Reszta?
– Oddaliśmy do biblioteki, mamo – powiedziała Sylwia, kiedy zadzwoniłam do niej z pretensjami. – Przecież i tak już ich nie czytałaś, tylko kurz zbierały. A teraz masz czysto. Alergia cię nie będzie męczyć.
Przeliczali to na zysk
Problem w tym, że ja nigdy nie miałam alergii. Miałam za to wspomnienia zaklęte w tych przedmiotach. W książkach były dedykacje. Kilka dni po moim powrocie przyjechała Anita, żeby pokazać mi, jak obsługiwać nową płytę indukcyjną. Moja stara kuchenka gazowa też wylądowała na śmietniku.
Anita przesuwała palcem po szklanej tafli i tłumaczyła coś o strefach grzania, a ja patrzyłam na jej staranny manicure i zastanawiałam się, dlaczego to robią. Przecież to kosztowało fortunę. Paweł zawsze narzekał na brak pieniędzy, spłacali kredyt za dom pod miastem, a tu nagle taki gest?
– Wiesz mamo – powiedziała w pewnym momencie Anita, rozglądając się po kuchni z zadowoleniem. – Teraz to mieszkanie zyskało na wartości przynajmniej trzydzieści procent. Te stare meble tylko odstraszały. A teraz? Lokalizacja w centrum, winda, wysoki standard wykończenia. To jest perełka.
Wtedy po raz pierwszy zapaliła mi się czerwona lampka. Słowo wartość. Nie wygoda, nie przytulność, ale wartość.
– Ale ja nie zamierzam go sprzedawać, Anitko – powiedziałam ostrożnie. – Tu jest mój dom.
Synowa zaśmiała się nerwowo, jakby moja uwaga była jakimś żartem.
– Oczywiście, mamo. Ale trzeba myśleć przyszłościowo. W razie czego… no wiesz, to doskonała inwestycja. Kapitał nie może się marnować w starych gratach.
Wyszła chwilę później, zostawiając mnie z tą myślą. Inwestycja. Dla nich moje życie, moje otoczenie, było tylko zamrożonym kapitałem, który trzeba było odkurzyć i przygotować do upłynnienia.
Podsłuchałam ich
Tydzień później zorganizowali rodzinny obiad. Chcieli uczcić zakończenie remontu i moje urodziny. Przy stole siedział Paweł, Anita, Sylwia ze swoim nowym partnerem i dwoje wnuków, którzy byli bardziej zainteresowani swoimi telefonami niż babcią.
Siedzieliśmy przy nowym stole, który był za wysoki, na krzesłach, które były niewygodne. Podałam rosół, ale w nowej zastawie smakował jakoś inaczej. Wszyscy zachwycali się gładzią na ścianach i tym, jak pięknie światło wpada przez okna bez firanek. Ja czułam się naga. Zawsze miałam firanki. Chroniły moją prywatność przed wzrokiem sąsiadów z naprzeciwka. Teraz każdy mógł zajrzeć mi do talerza.
Po obiedzie poszłam do kuchni zaparzyć herbatę. Drzwi do salonu były uchylone. Słyszałam ich rozmowy, gwar, śmiechy. I nagle głos Pawła przebił się przez ogólny szum.
– Teraz to mieszkanie wygląda jak te z apartamentowców na Powiślu. Jak mama… no wiesz, jak przyjdzie czas, to nie będziemy musieli nic robić. Od razu wystawiamy na rynek.
Zastygłam z czajnikiem w ręku. A więc to tak. Nie zrobili tego dla mnie. Zrobili to dla siebie. Urządzili to mieszkanie tak, żeby było gotowym produktem. Ja byłam tylko tymczasowym lokatorem, przeszkodą, którą trzeba tolerować, dopóki natura nie zrobi swojego. Czekali. Inwestowali w swoją przyszłość, wymazując moją przeszłość.
Zbuntowałam się
Zrozumiałam wtedy, dlaczego wszystko jest białe i szare. To kolory neutralne. Kolory, które lubią kupujący. Moja wygoda nie miała żadnego znaczenia. Liczyło się to, żeby po mojej śmierci mogli wejść tu z agentem nieruchomości już następnego dnia, bez konieczności opróżniania mieszkania z moich osobistych rzeczy, bo przecież już je wyrzucili.
Wróciłam do pokoju z herbatą, starając się nie trząść rękami. Uśmiechałam się, kiwałam głową, dziękowałam za komplementy dotyczące ciasta, ale w środku wszystko we mnie wrzało. Patrzyłam na moje dzieci i widziałam obcych ludzi. Biznesmenów, a nie rodzinę, która odwiedza matkę.
Kiedy wyszli, usiadłam w tym obcym salonie i rozpłakałam się. Płakałam za Tadeuszem, który pogoniłby ich wszystkich, gdyby żył. Płakałam za moim fotelem, który był świadkiem tylu wieczorów z książką. Płakałam nad swoją naiwnością. Ale płacz trwał krótko. Po nim przyszła złość. Zimna, twarda złość, bardzo podobna do tych szarych kafli, które mi zafundowali.
Chcieli je sprzedać
Zadzwoniłam do sąsiadki, pani Jasi. Jasia mieszkała piętro niżej. Jej mieszkanie było zaprzeczeniem mojego – pełne bibelotów, makatek, starych mebli i ciepła.
– Jasiu, musisz przyjść – powiedziałam. – I jeśli masz jeszcze ten stary fotel, którego chciałaś się pozbyć, to nie wyrzucaj go. Przyjmę go.
Jasia przyszła, rozejrzała się i pokręciła głową.
– Jak w szpitalu, Helenko. Jak w prosektorium – skwitowała szczerze. – Gdzie ty tu masz duszę?
– Ukradli mi ją – odparłam, nalewając jej herbaty do starych szklanek, które cudem ocalały, bo schowałam je w piwnicy, do której nie zdążyli się dobrać. – Ale tego tak nie zostawię.
Plan dojrzewał we mnie przez kilka dni. Zrozumiałam, że dopóki tu mieszkam, to ja ustalam zasady. Oni mogą być właścicielami spadku w przyszłości, ale teraz ja jestem właścicielką teraźniejszości. Zaczęłam od małych rzeczy. Poszłam na rynek i kupiłam najbardziej kiczowaty, kolorowy obrus, jaki znalazłam. Był w wielkie, czerwone maki. Położyłam go na tym ich minimalistycznym, białym stole. Wyglądał jak krzyk życia w kostnicy.
Potem przyniosłam od Jasi ten fotel. Był brązowy, welurowy, trochę przetarty na podłokietnikach, ale niesamowicie wygodny. Postawiłam go w centralnym punkcie salonu, naprzeciwko telewizora. Gryzł się ze wszystkim – z szarą podłogą, z białymi szafkami, z roletami. I to było w nim najpiękniejsze.
Odzyskałam część wspomnień
Kiedy tydzień później wpadł Paweł, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, stanął w progu jak wryty.
– Mamo, co to jest? – wskazał na fotel. – Przecież to nie pasuje do koncepcji! Mieliśmy utrzymać styl skandynawski.
– To jest mój fotel, Pawełku – odpowiedziałam spokojnie, siedząc w nim i popijając kawę. – I pasuje do mojej koncepcji. Koncepcji wygodnego siedzenia.
– Ale ten obrus… Mamo, to wygląda strasznie. Zasłaniasz stół.
– Stół jest zimny w łokcie, a obrus jest ciepły – ucięłam. – Poza tym lubię maki.
Paweł chodził po pokoju nerwowo, poprawiając rolety. Widziałam, jak bardzo go to drażni. Każdy element, który dodawałam, obniżał w jego oczach „estetyczną wartość” mieszkania.
– Zniszczysz ten efekt, na który wydaliśmy tyle pieniędzy – syknął w końcu.
– Pieniędzy, o które nie prosiłam – przypomniałam mu, patrząc prosto w oczy. – To jest moje mieszkanie, synu. Dopóki żyję. A mam zamiar pożyć jeszcze długo.
Prawdziwa burza wybuchła, gdy postanowiłam przemalować jedną ścianę. Miałam dość tej szpitalnej bieli. Poprosiłam wnuka mojej przyjaciółki, studenta, żeby pomógł mi pomalować ścianę za telewizorem na ciepły, słoneczny żółty kolor. Chciałam słońca, chciałam energii.
Wściekli się
Kiedy Anita to zobaczyła, dostała histerii.
– Zniszczyłaś gładź! – krzyczała, choć to nie była prawda, farba była dobrej jakości. – Ten kolor jest okropny! To wygląda tanio! Jak my to teraz…
Urwała, ale wiedziałam, co chciała powiedzieć. „Jak my to teraz sprzedamy?”.
– Anito – powiedziałam stanowczo, wstając z mojego welurowego fotela. – Usiądź.
Synowa była tak zaskoczona moim tonem, że usiadła na brzegu tej niewygodnej, szarej kanapy.
– Wiem, co zrobiliście – zaczęłam, nie podnosząc głosu. – Słyszałam waszą rozmowę w dniu moich urodzin. Wiem, że to mieszkanie to dla was tylko lokata kapitału. Że czekacie, aż się zwolni.
Anita poczerwieniała i zaczęła zaprzeczać, ale uciszyłam ją gestem dłoni.
– Nie przerywaj mi. Zrobiliście mi remont, żeby podnieść wartość rynkową, a nie komfort mojego życia. Wyrzuciliście moje wspomnienia na śmietnik, bo były niemodne. Ale zapomnieliście o jednym. Ja tu jeszcze mieszkam. I nie jestem gościem w hotelu, z którego można mnie wymeldować.
Wzięłam głęboki oddech. Czułam się silniejsza niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich lat.
– Od dzisiaj urządzam się po swojemu. Będą tu firanki, bo nie lubię, jak mi słońce świeci w telewizor. Będą kwiaty na parapetach, dużo kwiatów, i możecie się martwić o wilgoć, nie obchodzi mnie to. A jeśli wam się nie podoba… cóż, możecie tu nie przychodzić.
Postawiłam ultimatum
– Mamo, nie przesadzaj, chcieliśmy dobrze…
– Chcieliście dobrze dla siebie – poprawiłam ją. – A teraz posłuchajcie uważnie. Byłam wczoraj u notariusza.
Zapadła cisza. Taka absolutna, dzwoniąca w uszach cisza. Oczy Anity zrobiły się wielkie jak spodki.
– Co zrobiłaś? – zapytał chrapliwie.
– Nie martwcie się, nie wydziedziczyłam was – uśmiechnęłam się lekko. – Ale dopisałam klauzulę o dożywotnim użytkowaniu dla pani Jasi, gdyby jej zdrowie się pogorszyło i potrzebowała opieki. A jeśli ja odejdę pierwsza, Jasia ma prawo tu mieszkać do końca swoich dni.
To nie była do końca prawda. Jasia ma swoje mieszkanie i nie chce się przenosić, ale oni o tym nie wiedzieli. Chciałam zobaczyć ich strach. I zobaczyłam. Wizja tego, że ich inwestycja może być zablokowana przez obcą staruszkę na kolejne dziesięć czy piętnaście lat, była dla nich przerażająca.
– I jeszcze jedno – dodałam, patrząc na ten nieszczęsny szary dywan, który przynieśli ostatnio. – Zabierajcie ten chodnik. Jutro przyjeżdża mój stary pers, dałam go do renowacji, a nie na śmietnik, jak wam się wydawało.
Dostali nauczkę
Minęło pół roku. Mieszkanie wygląda teraz… eklektycznie. Na tle szarych ścian wiszą moje obrazy – pejzaże, które kupiłam trzydzieści lat temu. W oknach wiszą koronkowe firanki, które gryzą się z nowoczesnymi roletami, ale dają mi poczucie bezpieczeństwa. Na stole leży mój obrus w maki, a na nim stoi wazon z pękiem świeżych kwiatów.
Paweł i Anita przychodzą rzadziej. Atmosfera jest chłodna, ale poprawna. Widzę, jak zgrzytają zębami, patrząc na kolejne zmiany, które wprowadzam, by zepsuć ich dzieło. Ale milczą. Boją się, co jeszcze mogę wymyślić. Odzyskałam swój dom. Może ściany są nadal zbyt proste, a podłoga zbyt zimna, ale wypełniłam tę przestrzeń swoim życiem. Nie jestem już cichą staruszką, która przeprasza, że żyje. Jestem u siebie.
Siedzę w moim starym fotelu, słucham tykania zegara, który odkupiłam na targu staroci, bo przypominał ten, który wyrzucili, i uśmiecham się do siebie. Remont miał mnie usunąć w cień, a sprawił, że wyszłam na pierwszy plan. I nie zamierzam z niego schodzić jeszcze przez bardzo długi czas.
Helena, 78 lat.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki córka przedstawiła nam chłopaka. Wstyd mi, bo wychowałam ją po bożemu, a ona prowadza się z obdartusem”
- „Kiedy mąż przysłał mi do pracy róże na walentynki, aż pękałam z dumy. Szkoda, że drań pomylił moje imię na dedykacji”
- „Rodzice odwrócili się ode mnie i nie przyszli nawet na mój ślub. Liczą, że po latach powitam ich z otwartymi ramionami"