Reklama

Zawsze powtarzałam, że jak się człowiek za dużo użala, to go w końcu naprawdę wszystko zacznie boleć. Dziś jednak coś mnie ścisnęło w gardle. Może to przez datę w kalendarzu, która tak wyraźnie przypominała, że kiedyś Dzień Babci wyglądał zupełnie inaczej. Pachniał małymi rączkami, które nieporadnie przyklejały brokat na laurce. A teraz pachniał chłodem i samotnością. Wzięłam kubek herbaty, owinęłam się kocem i usiadłam w fotelu. Postanowiłam, że będzie to spokojny dzień. Bez wzruszeń, bez wspomnień. I jak na złość – właśnie wtedy zdarzyło się coś, co wywróciło mi ten plan do góry nogami.

Zakręciło mi się w głowie

Była dziesiąta rano, gdy zadzwonił domofon. Zerwałam się, myśląc, że może jakaś niespodziewana wizyta – może sąsiadka, może listonosz. Albo... może jednak ktoś z rodziny?

– Słucham? – powiedziałam do słuchawki, starając się ukryć cień nadziei w głosie.

– Ulotki – odpowiedział obcy głos.

– No oczywiście, czego się spodziewałaś – mruknęłam do siebie, odkładając słuchawkę.

Wróciłam do kuchni i zajęłam się obieraniem marchewki. Na obiad planowałam zrobić rosół. Taki, jaki moje wnuki kiedyś uwielbiały. Telefon zadzwonił akurat, gdy wkładałam garnek na kuchenkę. Spojrzałam na ekran – córka.

– No, masz rozmach – powiedziałam półgłosem i odebrałam.

– Mamo, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci! – usłyszałam wesoły głos mojej Małgosi.

– A dziękuję, dziękuję. Myślałam, że zapomniałaś.

– Mamo, no co ty! Tylko dzisiaj wszystko na wariackich papierach, ale... przysłałam ci coś. Sprawdź wiadomość na mailu!

Spojrzałam na ekran – plik wideo. Dotknęłam drżącym palcem.

– No, otwieraj się, no dalej... – szepnęłam, bo telefon oczywiście postanowił się zawiesić jak na złość.

W końcu się uruchomił. Na ekranie pojawiły się moje wnuki – Antoś i Emilka. Stali na tle kolorowego obrazka z napisem „Dzień Babci”.

– Babciu! – krzyknęli równocześnie. – Kochamy cię! Wszystkiego najlepszego! – Emilka pomachała serduszkiem z papieru, a Antoś dodał: – I tęsknimy!

Zakręciło mi się w głowie. Usiadłam na krześle, tuląc telefon do piersi. I wtedy łzy same zaczęły lecieć.

Miałam dość udawania

– Mamo, oglądasz? – zapytała Małgosia przez telefon, gdy filmik dobiegł końca.

– No oglądam… a teraz siedzę jak ta durna i chlapię łzami po stole. Piękne to było. Emilka się chyba podrosła, co?

– Ano podrosła. I zęby jej w końcu wyrosły – zaśmiała się Gosia. – A Antoś sam rysował tło, siedział nad tym godzinę.

– Nawet nie wiesz, jak się za wami stęskniłam – odparłam, ocierając nos w rękaw.

Chciałam ci poprawić humor. I żebyś nie myślała, że nie pamiętamy, że jesteś sama w ten dzień.

– Nie jestem sama. Mam rosół. I kompot. I… samotność też już się zadomowiła.

– Mamo, błagam, nie zaczynaj.

– Nie zaczynam, tylko mówię, jak jest. Wnuki mam tylko na ekranie, a córkę wiecznie zapracowaną. Jakby ktoś mnie na półkę odłożył, bo się już przydałam.

– Oj, przestań. Nie mów tak. Przecież wiesz, że cię kochamy.

– To się wcale z tym nie kłóci, że tęsknię za wami jak głupia. Myślałam, że wpadniecie, posiedzimy, Emilce książeczkę poczytam. A tu… filmik. No ładny, ale ciepła ręka to nie jest.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Poczułam, że przesadziłam. Jednak miałam dość tego udawania, że wszystko gra.

– Mamo… – odezwała się cicho Gosia – ja wiem. I masz rację. Może coś da się jeszcze dziś zrobić.

– No chyba tylko teleportacja wchodzi w grę. Wiesz, jak śnieg napadał?

– Sprawdź skrzynkę na listy. I nie gadaj już z tym rosołem, bo zgłupiejesz do reszty – dodała z lekkim śmiechem.

Zakręciło mi się coś w brzuchu. Co ona kombinuje?

Rozpłynęłam się z radości

Zegar w kuchni tykał głośniej niż zwykle. Co pięć minut wyglądałam przez okno, jakby miała zjawić się karoca z kurierem, a może i sam Święty Mikołaj na saniach. Czułam się jak nastolatka czekająca na pierwszą randkę. A przecież to tylko „sprawdź skrzynkę” – nic wielkiego. Tyle że serce tłukło mi się w piersi jak głupie.

– No dobra – powiedziałam do siebie w końcu, wciągając płaszcz na domowy fartuch. – Idę. Pewnie jakaś laurka, może zdjęcia?

Zeszłam po schodach ostrożnie, bo przecież moje kolano już dawno nie lubiło takich atrakcji. Otworzyłam skrzynkę i... zamarłam. W środku leżała biała koperta, a w niej... bilet kolejowy. Prawdziwy, wydrukowany. A na nim moje imię i nazwisko, godzina odjazdu za trzy godziny i miejsce docelowe: miasto mojej córki.

– No nie… – szepnęłam, czując, jak coś ściska mnie za gardło.

Zadzwoniłam od razu.

– Gosia?! Co to ma być?!

– Niespodzianka – powiedziała z rozbrajającym spokojem.

– A kto mnie niby zawiezie na dworzec?

– Taksówka będzie za godzinę. Już zamówiona, zapłacona. Masz tylko się ubrać i nie narzekać.

Ty mnie znasz, co?

– Jak własną matkę – uśmiechnęła się. – Pakuj się. Dzieci już nie mogą się doczekać.

Patrzyłam na bilet, jakbym miała w ręku złoty los. Nie umiałam się ruszyć, ale jednocześnie czułam, że jeszcze chwila i się rozpłynę z radości.

– No dobra. Skoro już mi zapłaciłaś taksówkę... – mruknęłam.

Śmiałam się przez łzy

Taksówkarz zjawił się punktualnie. Uśmiechnięty, młody chłopak, z czapką w kratkę i szalikiem zawiązanym niedbale.

– Pani Helena? – zapytał, pomagając mi z walizką.

– A pan to pewnie cudotwórca, który zabiera staruszki do wnuków, co?

Czasem się zdarza – zaśmiał się. – I to z przyjemnością.

– No proszę – mruknęłam.

Podróż minęła spokojnie. W pociągu oglądałam jeszcze raz filmik od wnuków, pauzując co chwilę, żeby przyjrzeć się dokładnie ich twarzom. Emilka miała moje oczy. Antoś mój podbródek. A może to tylko moje wymysły – ale potrzebne jak tlen. Na peronie czekała Małgosia z dziećmi. Emilka trzymała pluszaka, Antoś balonik.

Babcia! – krzyknęli, biegnąc w moją stronę.

– No chodźcie tu, moje złote – rozłożyłam ramiona, czując, jak wszystko we mnie mięknie.

– Babciu, pokażesz mi, jak się robi twoje kluski? – spytała Emilka, tuląc się do mnie.

– Oczywiście. A ty, Antoś, pomożesz mi w kuchni?

Ja chcę z tobą rysować! – zaprotestował chłopiec.

– No to się jakoś podzielimy, bo ja się nie rozdwoję – odpowiedziałam, śmiejąc się przez łzy.

– Mamo, wiesz, że oni od rana tylko o tobie mówią? – Małgosia objęła mnie ramieniem. – Dobrze, że jesteś.

Spojrzałam na nich. Moja rodzina. Moje miejsce.

– Też się cieszę – szepnęłam.

Byłam przeszczęśliwa

Po południu usiedliśmy razem przy stole. Na stole parowały kluski z serem i cynamonem. Antoś liczył dokładnie, kto ile dostał na talerz.

– Babciu, a czemu twoje kluski są inne niż mamy? – zapytał poważnie, mrużąc oczy jak detektyw.

– Bo mama gotuje po swojemu, a ja gotuję po babcinemu. Przepis mam z czasów, kiedy dinozaury jeszcze chodziły po kuchni – odpowiedziałam z miną znawczyni.

– I miały fartuszki?! – Emilka aż podskoczyła na krześle.

– Pewnie! A T-Rex miał najładniejszy, w groszki. Słabo mu szło siekanie koperku, ale był mistrzem w lepieniu pierogów.

Dzieci wybuchnęły śmiechem, a Małgosia tylko kręciła głową.

– Dobrze cię widzieć taka roześmianą – powiedziała córka i uśmiechnęła się ciepło.

Kto by się nie śmiał, jak się ma takie towarzystwo. Choć, szczerze, to na początku myślałam, że ten dzień będzie jednym wielkim siedzeniem w szlafroku i gadaniem do garnka rosołu.

– No, garnków już nie będzie. Jutro jedziemy do parku edukacyjnego. A wieczorem uroczysta kolacja.

– Ojej... czyli jednak zięć też będzie – powiedziałam z teatralnym westchnieniem. – Muszę znaleźć elegancki sweter, żeby nie myślał, że babcia całkiem zdziczała.

– Nie zdziczała, tylko trochę posmutniała, ale już ją mamy z powrotem – Małgosia ścisnęła mnie za dłoń.

A ja wzięłam tę dłoń i przytuliłam do policzka.

Czułam się częścią rodziny

Wieczorem siedzieliśmy razem na kanapie – dzieci już spały, a w kuchni cicho brzęczała zmywarka. Z Małgosią popijałyśmy herbatę, owinięte kocem, jak dwie przyjaciółki.

– Mamo, przepraszam, że tak rzadko dzwonię. Że nie przyjeżdżamy częściej... – zaczęła nieśmiało, patrząc w kubek.

– A co ja ci mam powiedzieć? Że nie tęsknię? – westchnęłam. – Ale jak mam wybierać między prawdą a tym, co dziś dostałam... to biorę to drugie. W ciemno.

Postaram się to zmienić – powiedziała cicho.

– Postaraj się mniej. Po prostu rób. Nie dla mnie. Dla dzieci. Żeby wiedziały, że mają nie tylko rodziców, ale i babcię. Taką, co zrobi kluski, powie coś głupiego i przypomni, że miłość to nie tylko całus na dobranoc.

Małgosia otarła łzę, uśmiechnęła się.

– Wiesz, jak Antoś mówi do ciebie, gdy cię nie ma?

– No?

– „Babcia w kieszeni”. Bo mówi, że zawsze przy nim jesteś, jak sobie wyobrazi. I że jak kiedyś będzie smutny, to wyciągnie cię z kieszeni i pogada.

Chciało mi się płakać ze wzruszenia, ale tylko kiwnęłam głową.

– To dobrze. Bo jak już mnie kiedyś nie będzie naprawdę, to niech wie, że zawsze jestem. W kieszeni. W zupie. W serniku. W kluskach.

Wstałam, podeszłam do okna. Za szybą śnieg sypał spokojnie.

To był dobry dzień, Małgosiu. Taki... co go się człowiek nie spodziewa, a zapamiętuje na zawsze.

– I to był dopiero początek – szepnęła córka, przytulając się do mnie.

Helena, 73 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama