Reklama

Nie byłam kobietą, która łatwo się wzrusza. Życie mnie trochę przeczołgało, więc z biegiem lat nauczyłam się trzymać fason, uśmiechać nawet wtedy, gdy serce ściskał żal. Jednak w ten dzień… w ten jeden dzień nie dałam rady. Siedziałam przy stole z zastawą, którą wyciągałam tylko na święta i wyjątkowe okazje. W piekarniku grzała się szarlotka – ta sama, którą tak lubi moja wnuczka. Nawet kupiłam nową sukienkę, bo pomyślałam, że może zdjęcie z babcią będzie jej się potem miło kojarzyć.

Nie chciałam niczego wielkiego. Po prostu być częścią tego dnia. Przecież od tygodni słyszałam od córki, że wnuczka cieszy się na występ w przedszkolu. Że szykują dla babć i dziadków niespodziankę. Wyobrażałam sobie, jak siedzimy razem w pierwszym rzędzie, klaszczemy, a potem idziemy na lody. Jak każda babcia marzyłam, żeby to był dzień tylko dla nas. A potem… potem nadeszła wiadomość, po której świat mi się zatrząsł.

Nie mogłam nic powiedzieć

Co chwilę wyglądałam przez okno, nerwowo rozchylając firankę. Telefon też milczał jak zaklęty. W końcu nie wytrzymałam i sama zadzwoniłam do córki.

– Cześć, kochanie… Wszystko w porządku? Miałyście być po jedenastej…

– Mamo, no właśnie… Muszę ci powiedzieć, że dziś nie damy rady. Zawiozłam Zosię do teściów.

Zamarłam na chwilę. W ustach mi zaschło i nie mogłam nic powiedzieć.

– Do niej? – zapytałam w końcu, choć znałam odpowiedź.

– Tak, bo wiesz… Mama Mariusza ma bliżej do przedszkola. I Zosia chciała, żeby to właśnie ona przyszła na występ. Mamo, nie gniewaj się…

– Nie gniewam się – powiedziałam tonem tak spokojnym, że sama się zdziwiłam. – Przecież to tylko jeden dzień, prawda?

– Właśnie. Zrobimy sobie inny dzień babci, co?

– Oczywiście – odpowiedziałam i się rozłączyłam.

Przez chwilę siedziałam nieruchomo. Potem wstałam i z impetem wylałam do zlewu cały dzbanek świeżo zaparzonej herbaty.

– Zosia chciała, żeby to była druga babcia – powiedziałam sama do siebie. – A ja? Za dużo się starałam? Za bardzo zależało?

Pokręciłam głową i spojrzałam na pusty fotel obok.

– No tak, przecież ona jest tą „fajną babcią”. A ja tylko… rezerwową.

Czułam się dziwnie

Następnego dnia rano nie chciało mi się nawet wstawać. Niby nic wielkiego się nie stało, a jednak cały dzień miałam jakąś kulę w żołądku. Próbowałam zająć się książką, potem krzyżówką, ale wszystko wypadało mi z rąk. Po południu zadzwoniła córka.

– Mamo, mogę wpaść z Zosią na chwilkę? Zostawiła u ciebie kredki ostatnio.

– A, no pewnie – wymamrotałam. – Czekają w szufladzie. Wpadajcie.

Nie powiem, żebym była w szampańskim nastroju, ale serce i tak mi zabiło szybciej, kiedy usłyszałam ich kroki na schodach. Zosia wbiegła pierwsza i od razu rzuciła mi się na szyję.

– Babciu! A wiesz, że śpiewałam piosenkę na scenie?

– Wiem, ptaszyno. Twoja mama mi mówiła.

– I narysowałam serce dla babci. Chcesz zobaczyć?

– Bardzo chcę.

Podała mi kartkę. Była kolorowa, pełna kwiatków i serduszek. Tylko na środku było napisane: „Dla Babci Eli”. Czyli dla tej drugiej.

– Ładne, prawda? – zapytała z dumą.

– Bardzo ładne.

– Tak! A wczoraj babcia Ela dała mi czekoladę i pozwoliła skakać po łóżku!

– No proszę… – wymusiłam uśmiech. – To rzeczywiście musi być fajna babcia.

Zosia spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.

– Ale ty też jesteś fajna, babciu. Tylko… inna.

– Inna? – uniosłam brwi.

– No… taka co piecze szarlotkę i się nie drze, jak ktoś zrzuci sok na dywan.

Córka rzuciła mi spojrzenie spod oka, jakby chciała powiedzieć: „No widzisz?” A ja tylko skinęłam głową, bo nie wiedziałam, czy mam się z tego cieszyć, czy płakać.

Czułam smutek

Kilka dni później poszłam do sklepu. Przy regale z jogurtami spotkałam sąsiadkę z trzeciego piętra.

– Ooo, pani Haniu! – zawołała z przesadnym entuzjazmem. – Jak tam wnusia? Występ udany? Bo ja to byłam u mojej Julci i dzieciaki były przecudne!

Nie wiem – odpowiedziałam, układając jogurty do koszyka.

– Nie wie pani? – zdziwiła się, aż przystanęła. – Myślałam, że każda babcia była zaproszona. U nas to się pobili o miejsca, a pani to zawsze z Zosią tak blisko…

Zacisnęłam usta.

Zosia zaprosiła drugą babcię – rzuciłam, próbując brzmieć obojętnie.

– A to ciekawe – sąsiadka uniosła brwi. – No, może po prostu bliżej jej było. Ta druga to, zdaje się, mieszka dwie ulice dalej?

– Może – burknęłam. – Dzieci wybierają, jak chcą.

– Oj, proszę się nie martwić. Przecież pani to taka elegancka babcia. Ułożona. Z klasą. Dzieci czasem wybierają tych, co pozwalają na więcej. Wie pani, cukierki przed obiadem, bajki do północy…

– Tak, wiem, wiem – przerwałam jej i ruszyłam do kasy.

W drodze powrotnej do domu wiatr szczypał w policzki, a myśli same się kotłowały. „Elegancka babcia. Z klasą” – powtarzałam sobie w głowie jak zaklęcie. Tylko co z tego? Gdy wróciłam do domu, zdjęłam płaszcz, zawiesiłam go starannie na wieszaku, a potem sięgnęłam po album ze zdjęciami. Na jednej z fotografii była mała Zosia w moich ramionach, z palcem w buzi i czapką przekrzywioną na bok. Uśmiechała się tylko do mnie.

– Kiedy to się zmieniło? – zapytałam cicho.

Niby się cieszyłam

W sobotę zadzwoniła do mnie córka. Miała ten swój głosik, który zawsze zapowiadał, że chce czegoś więcej niż tylko pogawędki.

– Mamo, słuchaj… Zosia ma teraz fazę na gotowanie. Wiesz, ogląda te programy kulinarne i bawi się w „małą szefową kuchni”. Pomyślałam, że może spędzicie razem trochę czasu? Upieczecie coś?

– A chce? – zapytałam chłodno, odruchowo.

– No pewnie, mówiła, że tylko u ciebie ciasto dobrze rośnie. To jak?

Westchnęłam cicho. Niby się cieszyłam, że chce przyjść, ale… coś mnie uwierało. Jakby przyszła nie do mnie, tylko do mojej kuchni.

– Dobrze – odpowiedziałam. – Mam jabłka, zrobimy szarlotkę.

– Wiedziałam, że się zgodzisz. Jesteś najlepszą babcią, mamo.

O szesnastej drzwi się otworzyły i Zosia wparowała z torbą pełną plastikowych foremek i książką kucharską pod pachą.

– Babciu, dziś nie ma nudy! Robimy trzy desery!

– Trzy? A kto to zje?

– Ty, mama i ja. Może jeszcze dziadek, jak zajrzy.

– No dobra, zobaczymy, co da się zrobić. Tylko najpierw ręce!

W kuchni panował chaos, mąka była wszędzie, a Zosia co chwilę coś próbowała, nawet surowe ciasto. Śmiała się, nuciła pod nosem.

– Wiesz, babciu, że u babci Eli wszystko się kupuje. Nawet pierogi są z paczki. A u ciebie to jak w bajce.

– W bajce? – uniosłam brwi.

– No, że pachnie ciastem, są ciepłe ręce i zawsze można się przytulić.

Nie odpowiedziałam. Wytarłam jej nos rękawem fartucha i tylko mocniej przytuliłam.

– To może zostaniesz u mnie na noc? – zapytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

– O matko! Mogę?! – zapiszczała.

A ja po raz pierwszy od dawna poczułam, że może… może jeszcze nie wszystko stracone.

Miałam miękkie serce

Poranek zaczął się od stóp na moim brzuchu i chichotu pod kołdrą.

– Babciu, wstawaj, bo ciasto czeka!

– Zosia, jest szósta trzydzieści – mruknęłam. – Nawet ptaki jeszcze śpią.

– Ale my musimy zjeść śniadanie!

Nie wiem, jakim cudem dzieci mają energię o tej porze. Ja o siódmej jeszcze miałam jedno oko zamknięte, a ona już biegała po kuchni i wyciągała jajka z lodówki.

– Babciu, smażysz najlepsze naleśniki na świecie. Zrobisz?

– Nie mam wyboru, co? – zaśmiałam się. – No dobra, tylko ubierz szlafrok, bo mi tu zamarzniesz w samej piżamce.

Zjadłyśmy naleśniki, wypiłyśmy kakao, obejrzałyśmy pół odcinka programu o gotowaniu, a potem zaczęłyśmy robić kolejne ciasteczka. W międzyczasie zadzwoniła córka.

– Jak tam dziewczyny? Nie zdemolowałyście kuchni?

– Jeszcze nie – odpowiedziałam. – Ale Zosia mówi, że jak nie pozwolę jej użyć posypki do wszystkiego, to się wyprowadzi.

– Bardzo możliwe – śmiała się córka. – Słuchaj, chciałam ci coś powiedzieć.

– No?

– Wiesz… Zosia wczoraj wieczorem powiedziała, że jednak żałuje, że cię nie zaprosiła na ten występ. Że jakby mogła cofnąć czas, to chciałaby, żebyś była.

Milczałam przez chwilę.

– Serio?

– Tak. I że tamta babcia jest fajna, ale że z tobą to jak… jak z takim domem z książki. Ciepłym, pachnącym i z miękkim kocem.

– Powiedziała tak?

– Dosłownie. Mamo, wiem, że cię to wszystko zabolało. Wiem, że cię zawiodłam, ale naprawdę nie chciałam cię skrzywdzić.

– Wiem – odpowiedziałam cicho. – I dziękuję, że mi to mówisz.

A potem spojrzałam na Zosię, która właśnie zlizując czekoladę z palców, zawołała:

– Babciu! A może w przyszłym roku zrobimy własny występ? Tylko dla ciebie?

Uśmiechnęłam się. Już wiedziałam, co jej odpowiem.

Było mi dobrze

Następnego dnia zadzwoniła córka.

– Mamo, Zosia nie przestaje o tobie mówić. Pokazała rysunek z sercem i powiedziała, że zrobi drugi – dla ciebie. Tylko musisz obiecać, że go powiesisz na lodówce.

– Obiecuję. Tylko niech go narysuje sama, bez twojej podpowiedzi.

– Ona nie potrzebuje podpowiedzi. Mówi, że ty jesteś „najbardziej babciowa” z wszystkich babć.

– Nie wiem, co to znaczy, ale brzmi… całkiem nieźle.

Uśmiechnęłam się do siebie. I pierwszy raz od dawna nie czułam się jak „ta druga”. Wiedziałam, że moja rola może nie jest krzykliwa, może nie na pierwszym planie, ale prawdziwa. Trwała. Niezamienna. I w tamtym momencie wiedziałam, że wszystko jest na swoim miejscu. Bez szampana, bez fanfar. Po prostu – z miłości.

Hanna, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama