„Dzień Babci traktowałam jak święto do odhaczenia w kalendarzu. Dziś żałuję, że nigdy nie byłam dobrą wnuczką”
„Właśnie – babcia. Janina. Kiedyś była moim całym światem. To u niej spędzałam każde lato, kiedy byłam mała. Robiła moje ulubione naleśniki i pozwalała mi siedzieć do późna, gdy mama się wściekała, że dziecko powinno być w łóżku. To ona tuliła mnie, gdy wracałam ze szkoły z płaczem po pierwszym zerwanym przyjaźni. Ale coś się zmieniło. Z roku na rok nasze relacje stawały się coraz bardziej powierzchowne”.

- Redakcja
Mam na imię Anka. Mam trzydzieści dwa lata, pracuję w agencji reklamowej i nie wiem, co to znaczy mieć wolny dzień. Zwykle zaczynam rano od dwóch kaw i skrzynki maili, kończę po osiemnastej, odpisując jeszcze jednym zdawkowym „OK, wrzucę to do priorytetów”. Mój kalendarz to lista cudzych oczekiwań, poupychanych w kolorowe bloki. Żyję szybko i dobrze mi z tym. Przynajmniej tak mi się wydaje. Rodzina? Cóż, kontaktuję się z nią głównie przez SMS-y i okazjonalne telefony – głównie od matki. Z reguły zaczynają się od „Anka, jesteś?” albo „Nie zapomnij…”. Nie dzwoni, żeby pogadać. Raczej przypomina o obowiązkach – złożyć życzenia cioci Stasi, coś kupić, odwiedzić babcię.
Właśnie – babcia. Janina. Kiedyś była moim całym światem. To u niej spędzałam każde lato, kiedy byłam mała. Robiła moje ulubione naleśniki i pozwalała mi siedzieć do późna, gdy mama się wściekała, że dziecko powinno być w łóżku. To ona tuliła mnie, gdy wracałam ze szkoły z płaczem po pierwszym zerwanym przyjaźni. Ale coś się zmieniło. Z roku na rok nasze relacje stawały się coraz bardziej powierzchowne. Babci coraz częściej nie podobało się to, co robię. A to że złe studia, że nieodpowiedni chłopak, że wolała, bym poszła do innej pracy. Teraz odwiedzam ją raz na kilka miesięcy, po przypomnieniu od matki. Rozmawiamy przez godzinę, pijemy herbatę, zjadam ciasto, mówię „No to ja już lecę”. Taki rodzinny rytuał bez głębi.
Ostatni telefon od matki był krótki:
– Anka, nie zapomnij o babci. Wiesz, że czeka.
Czeka? Pomyślałam wtedy: nie wiem, czy naprawdę chce, żebym przychodziła.
Nie potrafiłam rozmawiać tak, jak dawniej
Weszłam do kwiaciarni z zamiarem, by załatwić to szybko. Nie miałam siły się rozglądać, nie chciałam się zastanawiać. Wybrałam najtańsze róże. Zapłaciłam, rzuciłam krótkie „dziękuję” i wyszłam. Jechałam tramwajem na drugi koniec miasta. Wysiadłam na znajomym przystanku, obok sklepiku, który kiedyś był piekarnią. Teraz stały tam wyprzedażowe kartony ubraniami. Wzdłuż drogi wciąż rosły te same drzewa, ale wszystko wokół wyglądało inaczej. Mniej zadbane, mniej żywe. Bloki się postarzały, chodnik miał więcej dziur. Nawet powietrze wydawało się cięższe.
Stanęłam przed drzwiami. Odruchowo poprawiłam włosy, jakbym zaraz miała wejść na scenę. Naciągnęłam usta w coś, co miało udawać uśmiech. Otworzyła po chwili. Miała na sobie sweter, który pamiętałam z dzieciństwa. Zrobiła krok w tył, jakby zostawiała mi wolną drogę, ale nie powiedziała nic przez moment.
– Kwiaty? Dziękuję – powiedziała cicho.
– Zaparzę herbaty. Miętowa, chcesz?
– Obojętnie – rzuciłam, zdejmując płaszcz.
Usiadłyśmy w kuchni. Ten sam obrus w kratę, te same filiżanki. Nawet cukiernica była w tym samym miejscu. Tylko cisza była inna. Kiedyś potrafiłyśmy ją wypełnić śmiechem albo opowieściami. Teraz brzmiała pusto. Babcia krzątała się przy czajniku. Patrzyłam na jej ruchy – wolniejsze, ostrożne. Próbowała coś powiedzieć o sąsiadce z góry, która złamała biodro, o pogodzie, o programie w telewizji. Odpowiadałam zdawkowo. „Aha”, „mhm”, „tak, słyszałam”. Wiedziałam, że to nie wystarcza. Ale nie potrafiłam inaczej. Nie zapytałam, jak się czuje. Nie powiedziałam, że dobrze ją widzieć. Nie potrafiłam rozmawiać tak, jak dawniej. Coś we mnie się zamknęło i nie miałam klucza. Patrzyłam na babcię i czułam, jak ściska mnie w żołądku, ale nie z tęsknoty. Z napięcia. Chciałam już iść, ale nie wypadało.
Wolę samotność niż gościa z obowiązku
Siedziałyśmy naprzeciwko siebie ponad godzinę. Rozmowy były puste, sztuczne, wypełnione ciszą, którą obie starałyśmy się zakrywać banałami. Babcia mówiła coś o nowych oknach w bloku, o rachunkach, o tym, że wróble zrobiły sobie gniazdo w skrzynce na kwiaty. Kiwałam głową, ale myślami byłam już w drodze powrotnej. Myślałam o mailach, które czekają na odpowiedź, o zaległej prezentacji, o tym, co zjem na obiad. W końcu powiedziałam, że muszę już iść. Wstałam od stołu, sięgnęłam po płaszcz. Babcia wstała również. Odprowadziła mnie do drzwi, jak zawsze. Ale zanim zdążyłam włożyć buty, powiedziała cicho, spokojnie, bez wyrzutu, bez złości:
– Nie musisz już przychodzić. Wolę samotność niż gościa z obowiązku.
Zamarłam. Nie spojrzałam na nią od razu. Patrzyłam na swoje dłonie, jakby miały mi coś podpowiedzieć. Poczułam wstyd, złość, może też coś na kształt żalu. Ale nie umiałam tego nazwać.
– Babciu, przecież przyjechałam... – zaczęłam, ale głos mi zadrżał.
– Wiem. Ale nie dlatego, że naprawdę tego chciałaś – odpowiedziała patrząc mi prosto w oczy. I przez moment naprawdę nie mogłam oddychać.
Stałam w przedpokoju jak intruz, jak ktoś, kto wtargnął w przestrzeń, do której nie miał prawa. Chciałam powiedzieć coś więcej, wytłumaczyć się, zaprzeczyć. Ale nie miałam siły na żadne zdania. Uciekłam wzrokiem w bok. Wzięłam torbę, otworzyłam drzwi.
– Do widzenia – powiedziałam.
Babcia nie odpowiedziała. Zamknęła drzwi, zanim zeszłam po schodach. Wracałam do domu z głową pełną myśli, których nie potrafiłam zatrzymać. Wróciły obrazy z dzieciństwa – babcia, która piekła dla mnie drożdżówki, babcia, która trzymała mnie za rękę, gdy bałam się burzy. Wtedy była najbliższym człowiekiem. A potem coś się popsuło. Może to nie ona się zmieniła. Może to ja się zamknęłam.
Tak łatwo się od niej odwróciłam
Wróciłam do mieszkania, rzuciłam torebkę na krzesło i nie zapaliłam światła. Usiadłam w kuchni i wpatrywałam się w ciemność. Czułam w sobie ciszę, jakiej dawno nie znałam. Telefon zawibrował. Spojrzałam. Dwa nieodebrane połączenia – jedno od matki, drugie od numeru, którego nie zapisałam, ale wiedziałam, że to firma kurierska. Sięgnęłam po stary album ze zdjęciami. Nie wiedziałam, po co to robię. Przerzucałam strony jedna po drugiej. Aż trafiłam na starą fotografię.
Ja, może ośmioletnia, siedzę obok babci, obie jemy lody waniliowe. Uśmiecham się tak szeroko, że aż widać, jak brakuje mi jedynki. Babcia patrzy na mnie z tym samym wyrazem twarzy, który miałam przed oczami cały dzień – spokojnym, lekko zmęczonym, ale ciepłym. Przypomniałam sobie tamto lato. Słońce. Obcierające sandały. Zapach bzu z ogródka sąsiadki. I babcię, która po raz setny powtarzała, że najważniejsze, to nie iść spać pokłóconym. Zamknęłam oczy i zobaczyłam inną scenę. Tamtą, kiedy wyjeżdżałam na studia do innego miasta. Babcia tuliła mnie wtedy mocno i długo, jakby wiedziała, że coś się kończy.
– Jedźcie ostrożnie – powiedziała do matki, ale matka tylko skinęła głową i poganiała mnie, bym się pośpieszyła.
Nigdy nie mówiłyśmy o uczuciach. Ani z matką, ani z babcią. Z roku na rok coraz bardziej oddalałam się od babci. Ona jednak nigdy się nie skarżyła. Aż do dziś. Patrzyłam na zdjęcie i czułam coś między bólem a nostalgią. Nie umiałam sobie wybaczyć, że tak łatwo się od niej odwróciłam.
Nie sądziłam, że znowu przyjdziesz
Następnego dnia długo kręciłam się po mieszkaniu bez celu. Zrobiłam kawę, ale jej nie wypiłam. Zabrałam się za porządki, ale tylko poprzesuwałam kilka rzeczy z miejsca na miejsce. W końcu ubrałam się i wyszłam, nie wiedząc do końca, dokąd idę. Nogi same poprowadziły mnie na przystanek. Nie miałam żadnego prezentu, żadnych kwiatów. Dojechałam pod znajomy blok i przeszłam chodnikiem do jej klatki. Stałam przed drzwiami może pięć minut, może więcej. Zastanawiałam się, czy da się jeszcze coś naprawić. Bałam się zapukać. W końcu jednak się odważyłam.
Babcia otworzyła drzwi po chwili. Tym razem nie uśmiechałam się sztucznie, nie poprawiałam włosów. Nie miałam w dłoni ani kwiatów, ani ciasta z pobliskiej cukierni.
– Wchodź – powiedziała tylko.
Weszłam do środka. Znów usiadłyśmy przy stole. Babcia zaparzyła herbatę. Bez pytania. Postawiła kubek przede mną.
– Nie sądziłam, że znowu przyjdziesz – powiedziała spokojnie, patrząc przez okno.
– Zrobiłam to, bo chciałam– odpowiedziałam.
Skinęła głową.
Wiem, że ludzie mają swoje życie
Chwilę siedziałyśmy w ciszy, ale tym razem była inna. Zaczęłyśmy rozmawiać. O pierogach, które kiedyś robiłyśmy razem, o starym kremie , którego już nigdzie nie można kupić, o wronach za oknem. I nagle to wszystko zaczęło brzmieć jak wspomnienie czegoś, co kiedyś było normalne. Prawdziwe. Niewymuszone. Babcia mówiła o swojej samotności. Nie użalała się. Nie narzekała. Mówiła spokojnie, rzeczowo, jakby podsumowywała jakąś długą drogę.
– Nie chcę być ciężarem. Wiem, że ludzie mają swoje życie. Ale czasem... czasem nie chodzi o to, żeby ktoś przyszedł. Tylko żeby naprawdę był – powiedziała, nie patrząc na mnie.
Nie potrafiłam nic odpowiedzieć. Bo miała rację.
– Wiem, że miałaś do mnie żal, że często krytykowałam twoje wybory. Ale ja naprawdę chciałam dla ciebie jak najlepiej – dodała.
Tego dnia nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie rzuciłyśmy się sobie w ramiona, nie płakałyśmy. Ale coś się przełamało. Kiedy wychodziłam, spojrzała na mnie i powiedziała:
– Przyjdź znów, jak będziesz chciała. Nie wtedy, gdy musisz.
– Dobrze – odpowiedziałam.
Wracałam do domu i czułam coś nowego. Nie ulgę, nie radość. Raczej początek czegoś innego. Czegoś, co dopiero trzeba zbudować. Na nowo, od zera.
Anna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kolejny Dzień Babci znów spędzam sama w kapciach przed telewizorem. Niedługo całkiem zapomnę, jak wygląda mój wnuk”
- „W Dzień Babci teściowa zachowywała się jak rozkapryszona królewna. Córka dała jej laurkę, a ona tylko kręciła nosem”
- „Po wizycie wnuków w Dzień Babci mój dom wyglądał jak śmietnik. W przyszłym roku niech nie liczą, że otworzę im drzwi”