„Dzień Babci zapamiętam na długo. Wnuki mówiły tylko o moich pieniądzach i potraktowały mnie jak stary mebel”
„O szóstej rano wstałam z uśmiechem. Ubrałam się w ulubioną garsonkę, tę bordową z haftem, bo dzieci mówią, że wyglądam w niej najbardziej jak babcia. Przypięłam broszkę od świętej pamięci męża i poszłam rozłożyć obrus. Patrzyłam na puste talerze i czułam, jak w sercu coś mięknie. Tego dnia tak bardzo chciałam być dla nich kimś więcej niż tylko… bankomatem”.

- Redakcja
Mam czwórkę wnuków, dwójkę dorosłych dzieci i serce, które nie przestaje tęsknić za nieżyjącym mężem. Zawsze byłam silna. Pracowałam jako nauczycielka, trzymałam dom w ryzach, byłam dla wszystkich – mamą, żoną, sąsiadką, koleżanką. A teraz jestem… sama. Sama, choć mam rodzinę.
I właśnie dlatego tak bardzo czekałam na Dzień Babci. Bo w mojej wyobraźni wyglądał inaczej. Widziałam to wszystko: śmiejące się wnuki, pachnący sernik, szklanki z herbatą na obrusie po mojej mamie. Widziałam moją córkę Kasię i mojego syna Marka, jak przytulają mnie i pytają: „Mamo, co u ciebie?”. Marzyłam o tym „babciu, kocham cię” szeptanym na ucho przez najmłodszego Olka. I o tym, że chociaż przez jeden dzień nie będę się czuła jak zbyteczny mebel, który się tylko przesuwa z kąta w kąt.
Przez ostatni tydzień robiłam wszystko, by ten dzień był idealny. Przetrzepałam dywany, upiekłam trzy ciasta – każdy wnuk ma inne ulubione. Natalia przepada za szarlotką, Bartek zje wszystko z czekoladą, a Olek uwielbia sernik „jak z bajki”. Marek kiedyś żartował, że mój rosół potrafi wskrzesić umarłego, więc rosół też się gotował. W lodówce czekały śledzie w dwóch wersjach oraz pierogi.
O szóstej rano wstałam z uśmiechem. Ubrałam się w ulubioną garsonkę, tę bordową z haftem, bo dzieci mówią, że wyglądam w niej „najbardziej jak babcia”. Przypięłam broszkę od świętej pamięci męża i poszłam rozłożyć obrus. Patrzyłam na puste talerze i czułam, jak w sercu coś mięknie. Tego dnia tak bardzo chciałam być dla nich kimś więcej niż tylko… bankomatem.
„Co mi babciu kupiłaś?”
– Babciu, masz może Wi-Fi? – zapytał Kuba już od progu, nie zdejmując kurtki.
Bartek ledwo rzucił „cześć”, wpatrzony w ekran telefonu. Natalia pomaszerowała w stronę salonu, zostawiając buty rozkopane na środku przedpokoju. Olek rzucił mi się na szyję, ale zaraz potem zapytał:
– Babciu, a kupiłaś żelki?
Stałam w fartuchu, z dłonią wciąż mokrą od sałatki jarzynowej. Nie zdążyłam nawet powiedzieć „dzień dobry”.
– Cześć, mamo! – rzuciła Kasia zza pleców dzieci, już biegnąc do kuchni. – O matko, pachnie jak zawsze! Marek jeszcze parkuje, zaraz będzie. Pomóc ci w czymś?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo z salonu dobiegły mnie słowa:
– Ej, w zeszłym roku babcia dała mi stówę. – To Bartek. – Ciekawe, czy w tym coś się zmieniło.
– Mama mówiła, że babcia ma oszczędności. Może będzie coś ekstra – dodała Natalia.
– Ja chcę kartę do Xboxa – rzucił Kuba. – Albo nie, nową myszkę.
Stanęłam w progu. Uśmiech zbladł mi na twarzy. Przez chwilę miałam nadzieję, że źle usłyszałam. Ale nie. Mówili o mnie – jak o bankomacie. Jakby przyjechali tu po coś, a nie do kogoś.
Marek wszedł, pocałował mnie w policzek. Uśmiechnęłam się, mechanicznie. W salonie dzieci już włączały telewizor.
– Mamo, spokojnie – rzucił, jakby wyczuł, że coś we mnie pęka. – Dzieciaki teraz takie są. Ważne, że przyszliśmy.
Ale czy naprawdę o to chodzi? Czy to ja mam się cieszyć, że przyszli, choć myślami są gdzie indziej? Stałam chwilę w kuchni, wpatrzona w parującą zupę. I po raz pierwszy od dawna poczułam, że to wszystko chyba naprawdę nie ma sensu.
Nie przesadzaj?
– Kasiu, mogę z tobą na chwilę? – szepnęłam, kiedy kroiła chleb. – Tylko na sekundę.
Weszłyśmy. Zamknęłam drzwi. Kuchnia pachniała rosołem i koperkiem, a mimo to czułam, jakbym nie była u siebie. Nie byłam pewna, czy powinnam to w ogóle mówić. Ale już nie mogłam znieść tego wszystkiego.
– Słyszałaś, o czym dzieci rozmawiają? – zaczęłam cicho, unikając jej wzroku.
– No tak... coś tam przebąkiwali, że... – Kasia wzruszyła ramionami. – Ale mamo, dzieciaki. Co się przejmujesz? One tak tylko gadają.
– Kasiu, mnie to boli – powiedziałam stanowczo. – Nikt nie zapytał, co u mnie. Nikt nie powiedział nawet „dziękuję” za obiad. Tylko: „czy babcia coś da”. Jakbym była skarbonką, a nie człowiekiem.
Westchnęła.
– Mamo... nie dramatyzuj. Przecież przyszliśmy. Zebraliśmy się, żeby cię odwiedzić, zjemy razem obiad. Nie do wszystkich babć dzieci przyjeżdżają, ty to wiesz najlepiej.
– Ale czy to znaczy, że mam się cieszyć z czegokolwiek? Nawet jeśli jestem traktowana jak portfel?
– No już nie przesadzaj – powiedziała chłodno. – Sama ich tego nauczyłaś. Zawsze coś dajesz, to co się dziwisz?
Zabolało.
– Więc to moja wina? Że chciałam być dobrą babcią?
W tym momencie do kuchni wszedł Marek. W ręku trzymał kubek z herbatą.
– O co chodzi? – zapytał podejrzliwie.
– Twoje dzieci właśnie planują, co od „babci dostaną”. I nikt nie zapytał mnie, jak się czuję – rzuciłam. – Może to drobiazg, ale...
– Mamo, jak chcesz powiedzieć, że nic nie dasz, to powiedz. Ale nie rób z tego afery – uciął Marek.
Spojrzałam na niego. Było mi zimno. Nie fizycznie – w środku. Jakby coś we mnie zamarzło. Nie odpowiedziałam. Wróciłam do kuchennego blatu, sięgnęłam po nóż i zaczęłam kroić chleb. Ręką, która lekko drżała.
Nie będę tego dusić w sobie!
Usiedliśmy do obiadu. Talerze zadźwięczały, ktoś poprosił o sól, ktoś inny o dokładkę rosołu. Patrzyłam, jak jedzą. Jakby byli w restauracji. Szybko, bez zastanowienia. Bez spojrzenia w moją stronę.
– Babciu, a tak w ogóle… – odezwał się Bartek, odkładając łyżkę. – To jak w tym roku? Dzień Babci jest, nie?
Zamarłam.
– No właśnie – podchwycił Kuba. – Bo ja bym chciał nową kartę graficzną. Stara już ledwo ciągnie.
– Mama mówiła, że babcia odkładała pieniądze – wtrąciła Natalia, niewinnie, jakby mówiła o pogodzie. – To może coś się znajdzie?
Serce mi stanęło. Spojrzałam na Kasię. Jadła dalej. Na Marka. Udawał, że słucha Olka.
– Babciu? – Bartek uniósł brwi. – Słyszysz?
Wstałam tak nagle, że krzesło zaskrzypiało o podłogę.
– Czy ktoś z was zapytał mnie dziś, jak się czuję? – zapytałam drżącym głosem. – Czy komuś przyszło do głowy, że mogę być samotna? Że mogę tęsknić? Że może chciałam tylko usiąść z wami i porozmawiać?
Zapadła cisza. Dzieci spuściły wzrok.
– Dla was jestem tylko kimś, kto „ma oszczędności” – ciągnęłam. – Nie babcią. Portfelem. Bankomatem.
– Mamo, przestań… – Kasia wstała nerwowo. – Nie rób scen. To miał być miły dzień.
– Miły dla kogo? – spojrzałam na nią. – Dla was?
Nikt nic nie powiedział. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
– Przepraszam – powiedziałam cicho. – Już nie przeszkadzam.
Wyszłam z pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. A przy stole znów zaczęły stukać sztućce.
Chciałam być za bardzo potrzebna
Zdjęłam broszkę. Tę, co ją miałam od męża. Położyłam na toaletce i patrzyłam, jak błyszczy samotnie na drewnie. W lustrze zobaczyłam siebie – starszą panią z czerwonymi oczami, w bordowej garsonce, w której teraz wyglądałam nie jak babcia z reklamy, ale jak ktoś, kto się za bardzo postarał. I za bardzo chciał być potrzebny.
Z kuchni dobiegały głosy. Śmiech Marka, szept Kasi. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby moje słowa spłynęły po nich jak po deszczu. Jakby to był tylko kaprys staruszki.
Usiadłam na brzegu łóżka. Zsunęłam pantofle. I nagle zrobiło mi się zimno. Tak fizycznie. Miałam ochotę wejść pod kołdrę i zniknąć. Ale zamiast tego siedziałam i gapiłam się w ramkę ze zdjęciem – ja i mój mąż, trzymamy w ramionach małego Marka. Jak bardzo wszystko wtedy było prostsze. Jak bardzo czułam się kochana.
Rozmyślałam. O tym, że kiedyś dzieci biegały po domu i malowały laurki. Że krzyczały: „babciu, kocham cię!” i tuliły się do mojej szyi. A teraz przychodzą po to, by coś dostać. I wychodzą, zostawiając po sobie tylko bałagan i ciszę.
Zapukało.
– Babciu? – to był cichy głos Natalii. – Mogę wejść?
– Wejdź, kochanie – powiedziałam, próbując wyprostować się i zetrzeć łzy.
Stanęła w progu. W rękach trzymała serwetkę, na której narysowała serduszko.
– Babciu, przepraszam. Ja cię kocham. Naprawdę.
Spojrzałam na nią. Mała dziewczynka z ogromnymi oczami.
– Dziękuję, skarbie – uśmiechnęłam się smutno. – Ale nie wystarczy powiedzieć. Trzeba też pokazać.
Przytuliła się do mnie. Pachniała dzieciństwem. I przez chwilę znowu poczułam, że może jeszcze nie wszystko stracone.
Pieniążki trafiły tam, gdzie powinny
Dom opustoszał chwilę po deserze. Nikt nie zaproponował pomocy przy sprzątaniu. Kasia powiedziała tylko szybko: „Dzięki, mamo, było pyszne”, całując mnie w policzek. Marek rzucił: „Zadzwoń, jakby co”, i już go nie było.
Natalia uściskała mnie na pożegnanie najmocniej. Na chwilę zawisła mi na szyi jak dawniej. Ale nie zdążyła nawet założyć czapki, bo Kasia już poganiała:
– Chodźcie, musimy jeszcze zahaczyć o galerię.
Zamknęłam drzwi i przekręciłam zamek. W kuchni stały talerze, niektóre z resztkami ciasta, herbaty w szklankach już wystygły. Oparłam się o blat i pomyślałam: „Dosyć”. Z miłości dałam im wszystko – czas, jedzenie, pieniądze. I nigdy nie przyszło mi do głowy, że w zamian nie dostanę nawet pytania: „Babciu, jak się czujesz?”.
Tego wieczoru otworzyłam teczkę, w której od lat trzymałam dokumenty. Wyjęłam kartkę z numerem konta fundacji, o której czytałam kilka tygodni temu – pomagają samotnym seniorom. Przelałam tam część oszczędności. Sporo. Prawie tyle, ile co roku dzieliłam między wnuki.
Potem wysłałam wiadomość:
„Dziękuję za wizytę. W tym roku prezenty poszły do tych, którzy naprawdę ich potrzebują”.
Nie minęło pięć minut, gdy zadzwonił Marek.
– Mamo, co to ma być? – zapytał bez przywitania.
– To, że w końcu zrobiłam coś z serca. Dla siebie.
– Ale dzieci... czekały.
– A ja czekałam całe popołudnie, żeby ktoś spytał mnie, czy nie jestem samotna. I nikt nie spytał.
Usłyszałam w słuchawce ciszę. A potem tylko krótkie „dobranoc” i klik. Odłożyłam telefon i położyłam się spać. Wreszcie spałam bez ciężaru. Dlatego, że po raz pierwszy postawiłam granicę.
Zofia, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Babcia krótko przed odejściem dała mi klucz do skrytki. Ukryła złoto, pieniądze i rodzinne tajemnice”
- „W Dzień Babci pojechałam odpocząć sama nad morzem. Rodzina ma pretensje, ale przecież w końcu to ma być moje święto”
- „W moim związku od dawna wiało nudą. Mąż był zimny jak lód, więc szukałam ciepła w ramionach innego”