Reklama

Nie lubiłem Dnia Dziadka. Zawsze był taki przesłodzony, sztuczny, na siłę. Dzieciaki z kolorowymi laurkami, czekoladki, które niepotrzebnie podnosiły cukier, i uśmiechy, za którymi czaiło się zniecierpliwienie. Widziałem to po nich. Od lat wiedzieli, że muszą, bo tak wypada. Wizyta u dziadka – obowiązek do odhaczenia. Chociaż mieszkali niedaleko, nie było ich tygodniami. Nie, nie byłem zgorzkniałym starcem.

Po prostu nauczyłem się już nie mieć złudzeń. Nawet własne dzieci odwiedzały mnie bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Nie miałem im tego za złe. Rodzina ma swoje sprawy, a stary dziadek z kapciami i kubkiem melisy nie jest szczególnie ekscytujący. Dzień Dziadka zawsze przeczekiwałem z herbatą, książką i radiem. Czasem ktoś zadzwonił, czasem nie. Przestałem się tym przejmować. Aż któregoś roku wydarzyło się coś, co zupełnie wywróciło moje myślenie o rodzinie.

Coś mi od razu nie pasowało

Siedziałem w fotelu, obok parował kubek z rumiankiem. W radiu puszczali piosenki o miłości, o rodzinie, o tym, jak to dziadkowie są niezastąpieni. Wzruszające. Akurat miałem zamiar wstać i podlać fikusa, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek – 17:23. Za późno na listonosza, za wcześnie na sąsiadkę z dołu, która czasem wpadała pożyczyć cukier.

O, dziadek! – usłyszałem głos mojej wnuczki, tej starszej.

– No pewnie, że dziadek – burknąłem, ale jednak się odsunąłem, żeby weszli.

Za wnuczką wszedł jej chłopak. Znam go, znam. Taki, co zawsze ma na nogach te śmieszne trampki i pachnie jak perfumeria w centrum handlowym.

– Wszystkiego najlepszego! – zawołała wnuczka i wyciągnęła w moją stronę czekoladki.

– Dzięki – mruknąłem i wziąłem pudełko.

Usiedli. I coś mi od razu nie pasowało. Nie było spojrzeń na zegarek i ziewania ukradkiem. Mieli miny jak uczniowie, którzy zaraz mają coś wyznać wychowawcy.

– Dziadku – zaczęła nagle – my… przyszliśmy nie tylko z okazji święta. Chcemy cię o coś poprosić.

Zamieszałem łyżeczką w herbacie.

– No, słucham. Bo jak to znowu coś zepsuliście, to nie liczcie, że wezmę to na siebie.

Spojrzeli po sobie. I wtedy chłopak się odezwał.

– Chcielibyśmy… żebyś udzielił nam błogosławieństwa.

Myślałem, że żartują

Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem. Błogosławieństwa? W dzisiejszych czasach? Z trudem powstrzymałem się, żeby nie parsknąć śmiechem.

Błogosławieństwa? Wy mi tu z kolędnikami przyszliście, czy co? – zapytałem i odstawiłem kubek na stolik.

Wnuczka nerwowo poprawiła włosy.

Chcemy się pobrać. I zanim powiemy to wszystkim… chcieliśmy, żebyś nas pobłogosławił.

Chłopak kiwnął głową. Wyglądał, jakby to ćwiczyli przed lustrem przez ostatni tydzień.

To dla nas ważne, dziadku – dodała. – Ty zawsze byłeś takim… filarem w rodzinie.

– Filar, powiadasz… Ciekawe – mruknąłem. – A gdzie byliście, jak przez trzy miesiące leżałem w szpitalu po operacji biodra, co? Gdzie były te wasze filary wtedy?

Spojrzała na mnie ze skruchą, a chłopak spuścił wzrok.

– Przepraszamy – powiedziała cicho. – Wiem, że nie byliśmy. I to nie ma usprawiedliwienia. Jednak to nie znaczy, że nie jesteś dla nas ważny.

Westchnąłem. Przez moment naprawdę miałem ochotę ich wygonić. Pokazać, że nie da się mnie używać od święta. A potem coś mnie tknęło.

– A ty – zwróciłem się do niego – masz pojęcie, w co się pakujesz?

– Mam. I chcę w to wejść z całym sercem.

Prychnąłem.

– No to usiądźcie. Porozmawiamy o tym „całym sercu”.

Uśmiechnąłem się pod nosem

Usiedli na kanapie jak uczniowie wezwani na dywanik. Dobrze, niech poczują, że nie rozdaje się tu zgód jak ulotek w markecie.

Ile wy w ogóle razem jesteście? – zapytałem, krzyżując ręce na piersi.

– Trzy lata – odpowiedziała wnuczka.

– A ile z tego w ciszy, a ile w kłótniach?

– Różnie bywało – przyznał chłopak. – Ale zawsze się dogadywaliśmy.

– Dogadywać to się można przy kasie w markecie. Małżeństwo to nie kółko wzajemnej adoracji. To codzienność. Nudna, czasem trudna. Jak jej powiesz coś głupiego, to nie ma opcji „wyloguj się”. Jak on będzie cały dzień w telefonie, to nie ma „zostaw, bo nie mój problem”. Myślicie, że dacie radę?

Wnuczka pokiwała głową.

– Dziadku, my wiemy, że to nie bajka. Rodzice już się rozwiedli. Widziałam, jak to wygląda. Wiem, że trzeba rozmawiać, słuchać. I nie rzucać talerzami, tylko rozwiązywać problemy.

– O, patrzcie państwo, psycholożka się znalazła – mruknąłem, ale w głębi coś we mnie drgnęło.

Chłopak też się odezwał.

– Jestem gotowy. Nie tylko na miłe chwile. Na obowiązki, na pomoc, na wszystko. Wiem, że twoja wnuczka to nie dekoracja, tylko partnerka. I zamierzam być dla niej takim samym partnerem.

Spojrzałem na nich. I nagle pomyślałem o mojej żonie. Gdy się pobieraliśmy, też nie miałem nic poza miłością i uporem. I jakoś przeżyliśmy razem pół wieku.

– No dobra – mruknąłem. – Ale błogosławieństwo to nie pstryknięcie palcami. Jak już je ode mnie chcecie, to mam warunki.

– Jakie? – zapytali jednocześnie.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

– Najpierw was sprawdzę.

Zaskoczyłem ich

Na ich twarzach pojawiło się coś między przerażeniem a ciekawością. Dobre. Niech się trochę pomęczą.

– Sprawdzisz? – zapytała wnuczka, marszcząc brwi. – Jak to?

– Normalnie. Jak na prawo jazdy. Też trzeba zdać egzamin, zanim się wsiądzie za kierownicę.

– A co mamy zrobić? – chłopak próbował brzmieć pewnie, ale głos mu zadrżał.

– Na początek – powiedziałem, wstając z fotela – wpadniecie tu jutro. I zabierzecie się ze mną za porządki.

– Porządki? – jęknęła wnuczka.

– Tak. Szafka w piwnicy się nie domyka, okna w kuchni nie były myte od świąt wielkanocnych, a rynna przecieka. Małżeństwo to też wspólna robota. Jak nie potraficie posprzątać razem starej piwnicy, to co dopiero dzieci, kredyty i codzienność.

– Myślałam, że to będzie rozmowa o uczuciach, a nie o mopie – wymamrotała pod nosem.

– O uczuciach się pogadamy, jak się pokłócicie przy wynoszeniu gratów – odparłem.

Chłopak spojrzał na nią, uniósł brwi i wzruszył ramionami.

– Dobra. Damy radę. Jutro o dziewiątej jesteśmy.

– W porządku – potwierdziłem. – I jeszcze jedno. Bez telefonów. Jak któryś z was zacznie przeglądać telefon przy segregowaniu śrubek, to koniec testu.

Wstali trochę zdezorientowani i już mniej pewni siebie.

– Do jutra, dziadku – powiedzieli zgodnie.

– Do jutra – odpowiedziałem.

A kiedy drzwi się za nimi zamknęły, przez moment uśmiechnąłem się sam do siebie. Miałem dziwne wrażenie, że pierwszy raz od lat naprawdę na coś czekam.

Miałem dobre przeczucia

Punkt dziewiąta zapukali do drzwi z takim zapałem, jakby przyszli zdobywać Mount Everest.

– Dzień dobry, panie egzaminatorze – zażartował chłopak, podając mi rękę. – Jesteśmy gotowi na test.

– Zobaczymy, czy tak chętni będziecie za trzy godziny – mruknąłem i wręczyłem im po parze rękawic roboczych.

Zaczęliśmy od piwnicy. Kurz, pajęczyny, stare słoiki, które pamiętały PRL. Ja patrzyłem, oni pracowali.

Jakieś porady, dziadku? – rzuciła wnuczka, wyciągając z szafy starą maszynę do szycia.

– Tak. Nie wyrzucać tego, co nie wasze. Najpierw zapytać. I nie kłócić się o głupoty.

– Przypadek? Czy mowa o małżeństwie? – zapytał chłopak, przecierając czoło.

– Jedno i drugie – odpowiedziałem. – Nie buduje się związku na fochach i obrażaniu. Jak raz coś wyrzucisz przez złość, trudno to potem odzyskać.

W kuchni było weselej. Piana z płynu, ścierki, kapiąca woda z okna. I oni – nadal razem. Żadne nie zrzucało winy na drugie, żadne nie marudziło. Pomyślałem, że może jednak coś z nich będzie.

– Dziadku, ile jeszcze tych prób? – spytała wnuczka, ocierając mokre dłonie w ręcznik.

– Jeszcze tylko jedno – odparłem. – Spacer ze mną. Bez słów. Tylko chodźcie ze mną. Jak wytrzymacie w ciszy, to znaczy, że się naprawdę rozumiecie.

Ruszyliśmy alejką w parku. Przez dziesięć minut nikt się nie odezwał. A potem ona złapała go za rękę, a on na nią spojrzał, jakby właśnie zobaczył cały sens świata. Uśmiechnąłem się. Nie zauważyli. I dobrze. Może naprawdę byli gotowi.

Dostali moje błogosławieństwo

Wróciliśmy do domu w milczeniu. I dobrze. Słowa są przereklamowane. Usiedli naprzeciwko mnie, zmęczeni, ale dziwnie spokojni. Bez tej udawanej pewności siebie, z którą przyszli pierwszego dnia.

– No to co, dziadku? Zdaliśmy? – zapytał chłopak, próbując zażartować, ale było w nim coś jak u ucznia przed wynikami matury.

– Zdaliście – powiedziałem krótko. – Ale nie dlatego, że posprzątaliście moją piwnicę czy umyliście okna. Tylko dlatego, że nie rzuciliście się sobie do gardeł. A mogliście. I nawet był moment, że myślałem, że rzucicie.

– Był? – zapytała wnuczka z uśmiechem. – A kiedy?

– Jak przewróciłeś wiadro z wodą, a ona zamiast się wydarć, tylko westchnęła i przyniosła ścierkę. To była wasza próba.

Spojrzeli na siebie z miłością w oczach. A potem nagle poważnieli.

Dziękujemy, dziadku – powiedziała wnuczka. – Za wszystko. I za te testy też.

– Nie dziękujcie. Tylko pamiętajcie, że błogosławieństwo to nie talizman. Ono wam nie pomoże, jeśli nie będziecie chcieli pomagać sobie nawzajem. To tylko słowo. A słowo znaczy tyle, ile wy za nim postawicie.

– Postawimy wszystko – odpowiedział chłopak, ściskając jej dłoń.

Podniosłem się z fotela, stanąłem przed nimi. Wziąłem ich ręce, złożyłem razem i powiedziałem cicho:

– To macie to moje błogosławieństwo. Na trudy, nie na fajerwerki. Na codzienność, nie na bajki. Na ciepło rąk, kiedy będzie zimno.

Chyba pierwszy raz w życiu widziałem, jak mojej wnuczce lecą łzy ze wzruszenia. Nie wiem, czy będą szczęśliwi. Jednak przynajmniej zaczęli od czegoś prawdziwego.

Marian, 78 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama