„Dzień Dziadka miałem spędzić samotnie z książką. Nie sądziłem, że tego tego dnia to ja zostanę czyimś bohaterem”
„I właśnie wtedy zadzwonił domofon. Spojrzałem na zegarek. Dziesiąta rano. Czy ktoś o zdrowych zmysłach przychodzi do emeryta o tej porze, bez zapowiedzi? Nie miałem ochoty wstawać”.

- Redakcja
W moim wieku człowiek nie oczekuje już cudów od życia. Szczególnie jeśli mowa o takich dniach jak ten. Zaplanowałem sobie, że Dzień Dziadka spędzę z książką. Zrobiłem sobie herbatę z goździkami, usiadłem w fotelu, założyłem okulary i odnalazłem zakładkę. I właśnie wtedy zadzwonił domofon. Spojrzałem na zegarek. Dziesiąta rano. Czy ktoś o zdrowych zmysłach przychodzi do emeryta o tej porze, bez zapowiedzi? Nie miałem ochoty wstawać. Uznałem, że jak naciśnie drugi raz, to się zastanowię. Nacisnął. I to nie raz, jakby się paliło. Westchnąłem. Przez głowę przeszło mi, że to pewnie sąsiadka z trzeciego piętra. Ruszyłem z niechęcią do drzwi. Wtedy jeszcze nie przeczuwałem, że tego dnia nie tylko nie doczytam ani jednej strony książki, ale że wyląduję w samym środku czegoś, co przypominało dziką przygodę. I że zostanę bohaterem.
Próbowałem złapać równowagę
Domofon zamilkł, ale po chwili rozległo się stukanie do drzwi. Westchnąłem jeszcze raz, otworzyłem i od razu dostałem obuchem w postaci dwóch energicznych dzieciaków.
– Dziadku! – krzyknęła Zosia i rzuciła się na mnie tak, że aż się cofnąłem o krok.
– O matko i córko – mruknąłem, próbując złapać równowagę. – Kto was tu przysłał?
– Mama! – oznajmił radośnie Staś. – Musiała jechać do fryzjera i powiedziała, że masz dzisiaj święto, więc mamy ci robić niespodzianki.
– To ja już się boję – jęknąłem półżartem i przepuściłem ich do środka. – A tata?
– W pracy. Znowu. Zawsze jest w pracy – Zosia przewróciła oczami i zrzuciła kurtkę na podłogę.
– Widzisz, dziadku? – Staś rozrzucił buty w przedpokoju. – Mama mówiła, że dzisiaj będziemy cały dzień u ciebie. My wymyśliliśmy, że będzie to misja specjalna!
– Misja? – zmarszczyłem brwi. – Ja to miałem misję czytania książki w ciszy.
– Nieee, nuda! – Zosia zrobiła minę, jakbym właśnie zaproponował obieranie ziemniaków. – Lepsza będzie misja pod tytułem: „Uratować pluszowego jeża z rąk złego potwora”.
– A kto jest potworem?
Zamienili spojrzenia. I wtedy Zosia wypaliła:
– Ty, dziadku!
– Pięknie – mruknąłem.
Nie dali mi wyboru
Nie zdążyłem zaprotestować, bo już ciągnęli mnie za rękawy w stronę salonu. Zosia zarządzała wszystkim jak generał, a Staś tupał za nią jak dzielny żołnierzyk.
– Dziadku, usiądź tutaj na tronie z poduszek – powiedziała, układając stos z koca, poduchy i mojej własnej peleryny kąpielowej. – To będzie twoja jaskinia zła. A my cię zaraz zaatakujemy.
– Nie wiem, czy umiem być potworem – burknąłem, ale usiadłem, zerkając z rezygnacją na moją książkę leżącą samotnie na stoliku. – A co z jeżem?
– Jeż jest w niewoli – wyjaśnił Staś, pokazując pluszaka związanego moim paskiem od szlafroka. – Ty go porwałeś, bo jesteś zazdrosny, że dzieci lubią jeże bardziej niż ciebie.
– I tak sobie myślicie, że ja się teraz przyznam do zbrodni i oddam wam jeża?
– Nie! – Zosia tupnęła. – Musimy cię przechytrzyć! Albo… przekupić.
– A co oferujecie w zamian?
– Dwa ciastka, pół banana i piosenkę – Staś spojrzał na mnie poważnie, jakby to była oferta nie do odrzucenia.
– Dodajcie jeszcze kawę – powiedziałem z udawaną powagą – i może się zastanowię.
Zosia klasnęła w dłonie.
– Umowa stoi! Staś, idź po kawę, a ja szykuję plan ucieczki jeża!
Staś pobiegł do kuchni, a ja zostałem sam z pluszowym jeżem na kolanach, owiniętym paskiem jak zakładnik.
Cieszyłem się razem z nimi
Staś wrócił z kuchni z kubkiem w dłoniach.
– Dziadku, gorąca, uważaj! – ostrzegł, podając mi kawę z dumą. – Sam zrobiłem!
– No, no – powiedziałem, ostrożnie biorąc kubek. – Masz potencjał, młody człowieku. Może jeszcze coś z ciebie będzie.
– Tylko nie hydraulik, jak tata – mruknął Staś, siadając na dywanie. – On zawsze wraca brudny i mówi, że nie ma siły na nic.
– Tata ciężko pracuje – wtrąciła Zosia z powagą. – Ale dzisiaj my pracujemy! Musimy odbić jeża!
– Chciałbym zauważyć, że jeż czuje się dobrze. Ma zapewnione posiłki, poduszkę i towarzystwo – powiedziałem, wskazując na siebie. – Czy naprawdę trzeba ryzykować życie dla jeża?
– Tak! – oboje krzyknęli jednocześnie.
Zosia rzuciła się do kredensu i po chwili wróciła z rolką papieru toaletowego i dwiema skarpetkami.
– To będą nasze granaty! – obwieściła. – Papierem obwiązujemy jeża, żeby wyglądał jak mumia i udajemy, że jest duchem. Ty się przestraszysz, a my go porwiemy!
– To już nie jest plan ratunkowy, to teatr – westchnąłem. – Jak ja potem wyjaśnię waszej mamie, że pluszowy jeż nawiedzał mnie jako duch?
– Powiesz, że to była misja edukacyjna – Staś spojrzał na mnie poważnie. – Żebyśmy się uczyli strategii i działania zespołowego.
Popatrzyłem na nich, jak wirują wokół mnie, zawijając nieszczęsnego jeża w papier. I poczułem, że tak właśnie powinien wyglądać Dzień Dziadka.
Bawiłem się w najlepsze
Misja trwała w najlepsze. Zosia kazała Staśkowi czołgać się pod stołem z jeżem owiniętym papierem, podczas gdy sama rysowała „mapę ewakuacji” na odwrocie starego rachunku za prąd.
– Jak tylko wyjdziemy z jaskini, biegiem na balkon! – szepnęła konspiracyjnie. – Tam będzie helikopter ratunkowy.
– Balkon?! – spojrzałem na nią z grozą. – Tylko mi nie wychodźcie na balkon! Jest ślisko, a ja nie mam OC na wnuki.
– Nie będziemy wychodzić, dziadku! – uspokajał Staś. – Tylko udajemy! Helikopter będzie z koca i mopa.
– Uff. Bo już widziałem was w wiadomościach jako bohaterów akcji ratunkowej – mruknąłem.
Wtedy Staś uniósł pluszowego jeża wysoko nad głowę.
– On jest gotowy! Mówi, że nie boi się złego potwora! Chce wrócić do domu!
– No to niech się lepiej spieszy, bo zaraz się z niego zrobi zbity kłębek papieru – zauważyłem.
Zosia zrobiła poważną minę.
– Dziadku, ostatni raz pytamy: oddasz jeża dobrowolnie czy mamy ruszyć z pełną mocą armii?
– A co to za armia? – uniosłem brew.
– Ja, Staś i ten robot z twojej półki! – wskazała palcem na mój stary budzik.
– W takim razie… poddaję się – powiedziałem teatralnym tonem i oddałem jeża. – Nie mam szans z takim przeciwnikiem.
– Misja zakończona sukcesem! – wrzasnęła Zosia i przytuliła pluszaka. – Teraz można świętować. Gdzie są ciastka?
Próbowałem za nimi nadążyć
Zanim zdążyłem zareagować, dzieci już były w kuchni. Słyszałem trzask szafki, potem krzyk Zosi:
– Staś, nie wszystko na raz! To nie wyścigi do ciastkowego raju!
– Ale te z kremem się psują najszybciej! – odpowiedział chłopiec z pełnymi ustami.
Wszedłem do kuchni i zobaczyłem, jak siedzą na podłodze, otoczeni pokruszonymi herbatnikami i pustym talerzem po serniku. Moja kuchnia przypominała pole po bitwie.
– A to niby co? – zapytałem, wskazując na zamazany blat.
– Trening kulinarny – odpowiedziała Zosia bez mrugnięcia okiem. – Staś próbował zjeść sernik bez użycia rąk.
– I jak mu poszło?
– Sernik wygrał – Staś wzruszył ramionami.
Westchnąłem i zacząłem zbierać serwetki z podłogi.
– Dobrze, że wasza mama tego nie widzi. Ona by wam zorganizowała prawdziwe manewry wojskowe z mopem i wiadrem.
– A możemy jej nie mówić? – zapytał cicho Staś.
– Zależy – odpowiedziałem z namysłem. – Jeśli pomożecie mi to posprzątać, może zapomnę. Może.
– No dobra – Zosia podniosła się i wzięła zlepek trzech serwetek jako narzędzie sprzątające. – Ale dziadku?
– No?
– I tak jesteś najlepszy. Żaden potwór nie byłby taki śmieszny jak ty.
Uśmiechnąłem się. Może to nie był dzień na książkę. To było moje święto. I oni o tym pamiętali.
Zrobiło mi się ciepło na sercu
Po sprzątaniu usiedliśmy razem na kanapie. Dzieci były zmęczone. Zosia oparła się o moje ramię, a Staś wtulił się z drugiej strony, trzymając jeża, jakby był z porcelany.
– Dziadku? – zapytała cicho Zosia.
– Hm?
– A ty byłeś kiedyś naprawdę bohaterem?
– Zależy, co rozumiecie przez „naprawdę”. Nie uratowałem świata ani nie goniłem złoczyńców na dachu pociągu, jeśli o to pytacie.
– Mówiła, że jak była mała, to wszystko umiałeś. Naprawiałeś rower w pięć minut i znałeś tabliczkę mnożenia – powiedział Staś.
– To fakt – przyznałem z uśmiechem. – Miałem swoje pięć minut
Zosia zamruczała:
– To może nie jesteś bohaterem z peleryną…, ale jesteś naszym najlepszym na świecie dziadkiem. Tylko naszym.
Staś podniósł głowę.
– Tak. I dzisiaj byłeś bardzo dzielny. Dałeś się związać i nie uciekłeś. Nawet jak kazaliśmy ci pić kawę bez cukru.
– To był prawdziwy test odwagi – przytaknąłem. – Ale pamiętajcie jedno.
– Co? – zapytali razem.
– Że najlepszym prezentem dla dziadka jest dzień z wnukami. Nawet jeśli zamieniają kuchnię w strefę wojny i jeża w ducha.
– My też cię kochamy, dziadku – wyszeptała Zosia.
Patrzyłem na nich i czułem w sercu coś ciepłego, czego żadna książka mi nie da. Tego dnia nie przeczytałem ani jednej strony. I nie żałowałem ani chwili.
Adam, 75 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”
- „W Dzień Babci usłyszałam, że jestem toksyczna, bo się wtrącam. Odchowałam dziecko, więc mam większe doświadczenie”
- „To miały być moje ferie z tatą, ale jego kochanka skutecznie nam to zniszczyła. Nigdy więcej z nim nie pojadę”